Margaret – “Maggie Vision” [RECENZJA]

Nasz ocena

Blisko dwa lata po premierze płyty „Gaja Hornby”, nominowanej do Fryderyka w kategorii Album Roku Pop, Margaret wraca z nowym krążkiem „Maggie Vision”, który ukazał się 12 lutego. Poznajcie naszą recenzję tego wydarzenia.

Recenzja płyty “Maggie Vision” – Margaret (Sony Music Poland, 2021)

Jeszcze parę lat temu nikomu nawet przez myśl nie przeszłoby, że topowa polska artystka muzyki pop zamieszka w lesie i zacznie robić muzykę na pograniczu hip-hopu, urban music, a nawet momentami zahaczając o trap. Wydawałoby się to irracjonalne i szalone. Tym bardziej, że artystka posiadała międzynarodowy kontrakt, tworzyła muzyką z uznanymi i światowymi producentami, a także prowadziła (jakby mogło się wydawać) ciekawe, lekkie i bezproblemowe życie.

 

Wydając prawie dwa lata temu płytę „Gaja Hornby”, można było dostrzec duże zmiany w życiu artystki. Zmieniła się też jej koncepcja pojmowania, rozumienia oraz tworzenia muzyki, a fakt pójścia w kierunku bardziej miejskiej muzyki pozwolił Margaret na swobodniejsze i pełniejsze opowiedzenie swojej historii.

Prawdziwa konfrontacja z demonami przeszłości przyszła dopiero na nowym albumie o tytule „Maggie Vision” wydanym 12 lutego 2021 roku przez jej wytwórnię Gaja Hornby Records i Sony Music Entertainment Poland. Jego wydanie, pierwotnie zaplanowane na 27 listopada 2020 roku, zostało opóźnione z powodu pandemii COVID-19. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Krążek doczekał się jeszcze dwóch przedpremierowych singli („Antipop” feat. Kara oraz „Sold Out” feat. Natalia Szroeder wydany w dniu premiery), a także dostał więcej czasu na dotarcie do nowych odbiorców, a także na dotarcie się (patrzcie jaka gra słowna) wśród nowych stref muzycznych, które artystka bada zgrabnie, lecz trochę po omacku.

 

Intuicja, wyrachowanie, smak, słuch i dobry gust to cechy, dzięki którym Margaret wraz z Kacezetem stworzyli płytę dynamiczną, nie idącą na kompromis, a z drugiej strony pełną luzu, wdzięku i gracji. Specyfika tekstów hip-hopowych pozwoliła stworzyć słowa, którymi artystka nie owija w bawełnę, jest bezpośrednia i do bólu prawdziwa. Gatunki czerpiące z szeroko pojętego hip-hopu umożliwiają pisanie prostych zwrotów, takich, które bazują na grze słownej, follow up’ach, czy zamieszczeniu większej ilości treści. Grzechem byłoby nie wspomnieć o możliwości zmieniania czasów, rzucaniu skojarzeń czy robieniu volt. Z drugiej strony trap wprowadza za sobą chwytliwe melodie, przyjemne dźwięki czy specyficzne loop’y.

Muzycznie album jest wyważony, a zarazem różnorodny. Znajdziemy tutaj bardziej chwytliwe utwory („Reksiu” ft. Otsochodzi, czy „Roadster” ft. Kizo), ostrzejsze, wymowne kawałki („No Future” ft. Kukon, „Antipop” ft. Kara), ale też te ze spokojniejszymi melodiami („Introwersje” ft. Stanislavv, „Wielkie Mam Sny”). Spójność między kompozycjami zachowana jest dzięki produkcji Kacezeta, który stworzył utwory z wielu wyszukanych, ciekawie poukładanych dźwięków. Oczywiście Maggie również w procesie producenckim uczestniczyła, gdzie dołożyła masę swojej wrażliwości oraz estetyki. Znaczne urozmaicenie, ale też kontrast do wokalu artystki stanowią goście, którzy pojawiają się aż na 8 z 14 kawałków na tym wydawnictwie. A są to głosy nie byle jakie, bo w większości to czołówka polskiej sceny muzycznej. Zaczynając od damskiej części pojawia się Kara i Natalia Szroeder, przechodząc do męskiej napotykamy już wyżej wymienionych Kizo, Otsochodzi, Kukona i Stanislavva, a także Young Igiego  oraz Urboishawty’ego. Taki zestaw to nie lada gratka przede wszystkim dla fanów polskiego rapu.

 

Maggie ciężką pracą zdobyła sobie uznanie na rodzimym rynku przez co takie kolaboracje były po prostu kwestią czasu. Czy się odnalazła? Powiedziałbym nawet, że pasuje tu jak ulał. Polska damska scena rapowa została w podziemiach, gdzie przebicie się z niej, do powiedzmy mainstreamu, idzie reprezentantkom tego gatunku niełatwo. Margaret miała o tyle trudniej (a może i łatwiej?), iż od kilku lat była znana w środowisku polskiej muzyki pop. Zmieniając drastycznie swój styl muzyczny zaczęła budować swój fanbase na nowo, co „zaowocowało” niezadowoleniem dotychczasowego środowiska muzycznego i wylaniem na Maggie wiadra pomyj. Wydaje się, że najgorsze już za nią, bo choć wcale go nie potrzebowała, to chyba już dostała środowiskowo-muzyczne “przyzwolenie”.

Tekstowo artystka stawia na swoim i porusza tematy ważne, osobiste, a także opowiada swoją przeszłość z własnej perspektywy, gdzie sława i pieniądze nie rekompensowały wszystkiego. Są treści współczesne o tym jaka jest, co myśli i czego pragnie. Nie brakuje interesujących nawiązań, gdzie najciekawsze znajdują się w utworze „Przebiśniegi” i wykorzystują fragment wywiadu Maggie dla TVP3 Opole, który odbył się w celu promocji płyty “Gaja Hornby” w 2019 roku. Ciężko to dobrze opisać, więc odsyłam do obadania sprawy. Krótko mówiąc rzadkością jest używanie wpadek wywiadowych w utworach. Margaret to zrobiła i wyszło jej to na duży plus.

Podsumowując ten krążek, trzeba zaznaczyć dużą otwartość wokalistki na wszelkiego rodzaju eksperymenty, nowe doświadczenia czy współprace. Nadal pozostała przy pisaniu w języku polskim, co jest trudniejsze, ale też skraca dystans między artystą a słuchaczem. Cała płyta to zlepek emocji i różnych przeżyć. Cieszę się widząc i słysząc Margaret szczęśliwą. Robi taka muzykę, jaka jej się podoba, wypowiada się na różne tematy i nie zwraca uwagi na to, co pomyślą inni. Podobnie jak przy „Gaji Hornby” to właśnie prawdziwość i szczerość wybrzmiewają z tego albumu najgłośniej. Jakby się chwilę zastanowić to jest chyba właśnie ten moment. Margaret dojrzała muzycznie i życiowo, staje się coraz głośniejszym głosem swojego pokolenia, a równocześnie rozkwita na oczach wszystkich, jeśli chodzi o kolejne publikowane produkcje.

Mateusz Kiejnig

 

 

Dodaj komentarz