“To ostatni raz, gdy nie słuchasz Chivasa”, czyli recenzja albumu “młody say10” Chivasa

Nasz ocena

Chivas powraca z albumem “młody say10” po ponad roku od premiery dobrze przyjętego “nauczyłem się przeklinać”. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydarzenia.

Recenzja płyty “młody say10” – Chivas (Gugu Label, 2022)

Czy jeżeli jesteś producentem muzycznym to na pewno powinieneś zaczynać rapować? Idąc tropem chociażby najświeższego dużego przykładu, tego typu zachowania na polskiej scenie, czyli Kinny’ego Zimmera miałbym wątpliwości. Ten po paru singlach pogubił się, wydając średniej jakości płytę, której dodatkowo totalnie nie potrafi dźwignąć na koncertach. U Chivasa jest natomiast inaczej.

Fani szaleją, miliony wyświetleń przybywają, a dziennikarska śmietanka hejtuje. Jednym słowem – dobrze rozwijająca się rapowa kariera. Bo dlaczego miałoby być inaczej, skoro słuchasz singli z nowej płyty i już wiesz, że co druga osoba z przedziału wiekowego 15-25 lat wrzuci je sobie na playlistę. “młody say10” to po prostu młodzieżowo ubrany szatan, bez większej napinki na to, czy ktoś z tej płyty wyciągnie coś więcej niż tylko chwytliwą melodię i połamany tekst. Jeżeli nie postarasz się skumać tej płyty od strony emocjonalnej, to będzie ona wydawała Ci się tylko stekiem bzdur.

Lecz nie o to nam chodzi w muzyce, prawda? W każdym razie nie każdemu. Chivas to zdolny gość, który nie dość, że zrobi sobie bit, napisze tekst, a później go jeszcze zarapuje, to dodatkowo rozumie rynek i panujące w nim trendy. Aktualnie najlepsze utwory trwają najczęściej mniej niż 3 minuty, a ich repeat value stanowią chwytliwe refreny pojawiające się w owej piosence co najmniej z 5 razy.

Chivas zmienił nieco styl od pierwszej płyty “nauczyłem się przeklinać”, na której było więcej wydziwień, ciężkich do słuchania na dłuższą metę. Nowa płyta jednak nadal zawiera specyficzny dla rapera sposób nawijania, lecz podany on jest w bardziej łagodny, wręcz można powiedzieć – znormalizowany sposób. To co stawia tę płytę level wyżej od poprzedniej, to także lepiej zaaranżowane produkcje, które uwypuklają największe zalety Chivasa. A ten ma ich sporo, jeżeli tylko chce się je zauważyć.

Błogosławieństwem, ale równocześnie przekleństwem tej płyty są jej single, których jakość i wyrazistość jest na tyle duża, że powoduje kompleksy pozostałych utworów. Te nawet próbując się bronić, nie są w stanie utrzymać wysoko zawieszonej poprzeczki. Kontrast powstający między utworami sprawia, że ciężko tak naprawdę słuchać tej płyty za każdym razem od początku do końca. Dodatkowo powielane w nich te same patenty tylko z gorszymi rezultatami pokazują chęć zachowania albumowej spójności, ale jednocześnie obnażają go z jego największych słabości. Styl prezentowany przez Chivasa działa trochę na zasadach kodu binarnego. Albo się uda albo nie. Nie ma nic pośrodku.

Jak można wywnioskować najlepszymi utworami są singlowe utwory takie jak “anyżowe żelki“, “kupić jej gaz czy torebkę?” oraz ten, do którego nawiązałem w tytule, czyli “to ostatni raz gdy jadę nad bałtyk“. Warto też wymienić “narcyza“, który różni się od pozostałych utworów m.in. żywą perkusją, sprawiającą, że utwór nabiera lekkości i przestrzeni.

Nową płytę Chivasa charakteryzuje konsekwencja, świetnie skrojone bity i absorbujące refreny. Tekstowo raper odnosi się do swojej (na szczęście) wyleczonej już depresji, byłych związków czy majątku nie dającego mu szczęścia. Może i są to oklepane tematy, lecz nadal śpiewa o nich pół rynku, nie tylko rapowego. Chivas opowiada nam po prostu swoją historię, która choć nie najbardziej oryginalna, tak ujmuje za serce nie w mniejszy sposób niż dzieje się to w przypadku innych artystów.

Mateusz Kiejnig

 

Leave a Reply