“Jestem polskim Kanyem Westem” – nasza rozmowa z Karoliną Czarnecką

Płyta „Cud”, to trzeci album Karoliny Czarneckiej, artystki interdyscyplinarnej, która tym razem ruszyła w zmaskulinizowany świat hip-hopu. Swoją opowieść snuje na tle bitów, w które zgrabnie zostały wplecione wątki folkowe. Wynikiem tego mariażu jest jedyny w swoim rodzaju folkorap. Z okazji premiery płyty mieliśmy okazję porozmawiać z artystką.

fot. Kuba Dąbrowski

Płyta „Cud” ma niecałe dwa miesiące. Czy po takim okresie jesteś już w stanie spojrzeć na tę płytę z dystansem?

Na pewno czuję, że jestem z nią sklejona. Próbują łapać do niej dystans, nie traktować jej jeden do jednego, choć nie jest to łatwe. Bo ta płyta to jestem cała ja, każda piosenka to jest moja tkanka, mój organ. Czuję trochę jakby to było moje dziecko, które jest ważniejsze nawet ode mnie samej.

A jakie masz podejście do wcześniejszych swoich wydawnictw? Patrzysz na nie inaczej niż kiedyś?

Tak, tak. Złapałam do nich więcej dystansu, a śpiewanie tych piosenek na koncertach w zmienionych aranżacjach wywołuje jeszcze inne emocje. Jednak nadal nie zmieniłabym ich w żadnym stopniu. Na koncercie mogę sobie pozwolić na lekki odjazd, ale studyjnie powinny pozostać takie same. To zapis pewnego czasu, a także moje poszukiwania muzyczne, dzięki którym każdy album jest tak bardzo różnorodny.

Czy są takie utwory na nowej płycie, które brzmiały inaczej w Twojej głowie niż później w wersji finalnej? Czy może przerzuciłaś wszystko 1 do 1 z głowy na nuty i słowa?

Dużo zmieniało się w trakcie pracy, ale są też takie piosenki, jak chociażby „Perun” na bicie Wojtka Sobury, do których pisząc tekst już słyszałam, jak będzie ona brzmiała ostatecznie. Natomiast np. dla utworu „Dom” długo szukaliśmy odpowiedniej struktury i udało nam się stworzyć coś na kształt folkorapu, który na tej płycie staraliśmy się pokazać.

„Dom” jest właśnie taką kwintesencją tego albumu. To w nim najbardziej uwydatniasz połączenie rapu i folku. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

Myślimy właśnie nad kolejnym singlem, może to jest dobra wskazówka (śmiech). Udało nam się zawrzeć w nim rap na trzy, który właściwie trzyma się tej naszej polskiej muzykalności. Bardzo cieszyliśmy się z tego odkrycia, że nie muszą to być takie triole. Okazało się, że w rdzeniu naszej słowiańskiej muzyki mamy właśnie rap.

Poprzednia płyta „Solarium” ukazała się wiosną 2018 r. i różni się znacząco od „Cudu”. Zauważyłaś w sobie jakąś wewnętrzną przemianę? Chciałaś pokazać się w nowej odsłonie czy wyszło to samoistnie?

Trochę samoistnie, a trochę też miałam taką potrzebę. Ciężko jest mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze gdzieś fascynowałam się rapem i czy to w Gangu Śródmieście, czy to nawet na „Solarium” są takie utwory jak np. „Marsz Śmieci” czy „Wycinanka”, które w pewnym sensie stanowią zalążek najnowszej płyty.

Jednak nie spodziewałbym się po tych utworach, że stworzysz taką płytę. Było to dla mnie duże zaskoczenie, nawet patrząc na obecne single.

Ja lubię się wypuszczać w nieznane. Poza tym miałam poczucie, że przez rozkminę feminizmu chciałam też przekroczyć pewne granice. Nie tylko opowiadać o tym, ale też wejść na teren trochę zawłaszczony przez facetów.

No właśnie. Niestety rap jest taką strefą muzyczną przejętą przez mężczyzn. I mimo, że dziewczyny próbują się w nim udzielać, to jednak zostają przy popie czy elektronice. Ty jednak weszłaś sobie w tę strefę i nie można powiedzieć, że zrobiłaś to delikatnie. Jakbyś się w ogóle nie bała.

Nie bałam się. To znaczy lęki zaczęły mnie dopadać bliżej wydania płyty, bo wiedziałam, że zbliża się czas weryfikacji. Wiedziałam, że będą oceny ludzi, którzy w hip-hopie mocno siedzą i to jest bardziej ich muza.

Uderzasz też w swojego stałego słuchacza, który po raz kolejny dostaje Karolinę w nowej odsłonie. Zauważasz jednak przypływ fanów z drugiej tej właśnie rapowej strony?

Chciałabym, żeby widownia hip-hopowa rzeczywiście przypłynęła, choć nie wiem na ile oni będą otwarci. Zrobiłam to głównie z myślą o dziewczynach, bo ku mojemu zdziwieniu na koncertach raperów, gdzie treści bywają szowinistyczne, to właśnie pod sceną skaczą przede wszystkim dziewczyny. Ja pokazuję nową drogę, takiego trochę wyzwolenia i tego, jak wygląda to z perspektywy kobiety.

Na „Módl się za nami” pokazujesz siebie jako chłopczycę. To jest typowo retrospekcja czy jednak nadal poczuwasz, że bliżej Ci do towarzystwa mężczyzn?

Jest to taka trochę retrospekcja, ale dużo jest wzięte z tu i teraz. Miałam dużą rozkminę przy tej piosence, na ile się w niej uzewnętrzniać. To jest moja historia, na tej płycie nie zasłaniam się za żadną postacią. Naprawdę miałam krótkie włosy, lubiłam spędzać większość czasu z chłopakami i tak dalej i tak dalej. Nie czuję, że jest to na wyrost, nawet w samej formie chciałam użyć tego specyficznego języka, jego wymowy, dynamiki, energii. Jest to takie hip-hopowo męskie, natomiast, jeśli chodzi o treść, to wszystko jest prawdą. Zależało mi żeby na całej płycie była duchowość, delikatność, kobiecość, żeby nie było to tylko coś bardzo współczesnego i drapieżnego.

Wiem też, że w przeszłości słuchałaś Paktofoniki czy Tic Tac Toe. Masz takich współczesnych raperów, których poczynania śledzisz? Ameryka, Polska?

Bardziej Ameryka powiem szczerze, choć ostatnio wynalazłam rapera z Francji, nazywa się Moha La Squale. Śpiewa po francusku, więc interpretuję go raczej przez klipy i przez melodykę (śmiech). On jest ostrym graczem i gangsterem, ale kocha kobiety i jest wrażliwym, młodym mafiozą. Ja generalnie preferuję zagranicę, a z polskich wolę starą szkołę jak Pezet czy O.S.T.R.. Na mojej płycie jednak jest też autotune, który jest znowu charakterystyczny dla młodego pokolenia twórców. Nie jest nachalny, ale zawsze chciałam spróbować tego narzędzia. Moi producenci chcieli go jednak zdecydowanie więcej niż ja (śmiech). Myślę, że jest to super narzędzie do wykorzystania, mam już nawet na nie pomysł w kontekście nowych piosenek.

Wielu artystów twierdzi, że autotune jest ich kolejnym instrumentem do przekazywania swojej treści. Uważasz, że można nadać mu miano instrumentu?

Można, bo on stroi głos! Nadaje melodykę słowom. Jeśli ktoś go nadużywa to można mieć wrażenie, że słuchamy komputera. I to jest super. Jest to moim zdaniem klucz, że można użyć go celowo. Właśnie po to, żeby ukazać, że to jest maszyna.

Z drugiej jednak strony to każdy mógłby to robić, każdy mógłby być raperem i nie miałoby znaczenia kto za tym stoi.

I trochę tak niestety jest. Schafter jest chyba ciekawy, chociaż nie słuchałam go na tyle, żeby się jednoznacznie wypowiadać.

A miałaś taki pomysł kiedyś, żeby nagrać coś  wspólnie właśnie z raperem?

Myślę, że prędzej czy później coś takiego stworzę. Jak Pezet zadzwoni, to nie odmówię (śmiech).

fot. Kuba Dąbrowski

Na Twoich płytach nie znajdziemy wielu gości. Na „Solarium” nie mamy nikogo, na „Córce” mamy tylko LUCa, a na „Cudzie”?

Na „Cudzie” mamy Karolinę Cichą i Svetę. Jako symbol wschodu i folku zaprosiłam Karolinę, która totalnie w tym siedzi i jest taką magiczną osobą z Podlasia. Sveta z kolei jest młodą laską, która rapuje i bierze udział w slamach poetyckich. Jest bardzo zdolna i cały świat przed nią. To są dla mnie symbole, z których chciałam wyciągnąć coś swojego, zainspirować się i uwypuklić coś, co mamy dobre. Takie nasze mocne strony, które nie są aż tak komercyjne, a są z dwóch różnych światów. No i dośpiewuje mi białym głosem moja siostra, Paula.

„Cud” wyznacza już pewien kierunek Twojej kariery? Jak dotąd każda płyta odbiega stylistycznie od siebie. Znajdujesz na niej jakieś elementy wspólne?

Zobacz, każda ma różową okładkę (śmiech). To są odrębne opowieści i widzę, że ludzie przychodzący na moje koncerty się tym jarają. To są moje poszukiwania i jeśli gdzieś mi będzie dobrze i będę chciała tam zostać, to tam zostanę. Nie będę za wszelką cenę starała się znajdywać coś nowego.  Trudno powiedzieć co się wydarzy w przyszłości. Na pewno, podobnie jak publiczność, muszę oswoić się z tym materiałem. Mam już nowe pomysły na kolejne utwory, lecz teraz, po premierze nowej płyty, staram się zadbać o spokój i znaleźć czas na odpoczynek.

 W takim razie Twoja publiczność musi być specyficzna, bo nie przyzwyczajasz ich do konkretnej muzyki. Oni chcą nadążać za tym co robisz, a może nawet oczekują pewnych zmian?

To prawda, chociaż przybywa też wielu nowych słuchaczy. Myślę, że wynika to z tego, że każda płyta jest pełniejsza, bardziej moja.

Na „Cudzie” znajdziemy już wyłącznie teksty napisane przez Ciebie. Był to kolejny duży krok artystyczny dla Ciebie?

Tak, bardzo chciałam to zrobić. Miałam naprawdę wiele momentów, w których wątpiłam, czy podołam, ale dałam radę i jestem z siebie dumna.

Część tych tekstów pisałaś pod rap, którego specyfika pozwala na tworzenie dłuższych zdań. To też musiało być trudne wyzwanie skoro kładziemy w nim nacisk także na poszczególne słowa. 

Wyszło to bardzo naturalnie. Już na „Solarium” numery napisane przeze mnie, czyli np. wspominana „Wycinanka”, były takimi trochę strumieniami świadomości. Taki słowotok oczywiście obrabiałam, ale bazą większości tych tekstów to niepohamowane ciągi myślowe, które idealnie łączą się z hip-hopem. Jeśli wypluwasz słowa i robisz to w rytmie, możesz przez to zmieścić więcej treści. Mnie się to strasznie podoba, bo jest w tym doza abstrakcji, surrealizmu. Ogólnie piosenka na to pozwala, lecz tylko w hip-hopie możesz robić volty, zmieniać czasy czy rzucać skojarzenia.

Wielu raperów stosuje taki manewr przeplatania poważnych wersów z tymi niedojrzałymi. Często poddają to tylko lekkiej obróbce co sprawia, że całość utworu niesie przekaz, ale też pewną dawkę humoru.

Tak, bo oni bardzo dużo czerpią ze swojego freestyle’u. Ja też trochę freestyle’owałam. Wydaje mi się, że jest to tak naprawdę rodzaj oswobodzenia i wyzwolenia. To spore wyzwanie zrobić to dobrze. Ja próbowałam wielu rzeczy. Jeździłam na Podlasie, byłam blisko natury, a jeśli pracowałam u siebie, to wymyślałam swoje rytuały, żeby wyzwolić w sobie ten freestyle.

Od strony producenckiej jak wygląda ta płyta? Z kim miałaś przyjemność współpracować? Tworzyliście razem w studio czy raczej wysyłaliście sobie materiały przez internet?

Wikson Szczygieł, Vitalis Popoff, Enzak, Wojtek Sobura i Kuba Galiński.  Sobura mieszka w Londynie, więc pracowaliśmy zdalnie. Stworzyliśmy razem „Peruna”, czyli jeden z moich ulubionych numerów z tego albumu, który powstał bardzo naturalnie. Wojtek wysłał mi bit i szybko złapałam pewien flow, który w ogóle się nie zmienił w studio, a wręcz nawiązywaliśmy do pierwotnego demo przy produkcji. Z Wiksonem czy Vitalisem uprawialiśmy duży “rzeźbing” dlatego, że mieliśmy też taką możliwość. Chcieliśmy podrążyć ten wątek, stworzyć ten folkorap. Chłopaki mieli swoje wyobrażenie, ja miałam swoje, więc musieliśmy trochę czasu nad tym spędzić, co było bardzo fajne i odkrywcze.

fot. Kuba Dąbrowski

Podzieliłaś tę płytę na trzy etapy, gdzie każdy zaczyna się pieśnią folkową, a dopiero potem przechodzimy do dalszej części. Od samego początku był zamysł zrealizowania tego w taki sposób?

Nie aż tak. Chciałam trzymać kontrolę nad wszystkim. Cały proces pokazał mi, że czasami trzeba poczekać, coś odpuścić i poszukać inspiracji, żeby dojść do tego ostatecznego rysu płyty. Dużo siedziałam w pieśniach podlaskich i myślałam, że trochę więcej ich wykorzystam, lecz materiał okazałby się za bardzo patriarchalno-konserwatywny. Temat pieśni podlaskich bardzo mnie fascynuje i na pewno będę go zgłębiała, ale może nie w muzyce, a na innej płaszczyźnie. Sama zaczynałam śpiewać białym śpiewem i to właśnie wtedy zaczęłam fascynować się taką muzyką. To były moje początki początków, jeszcze przed festiwalami piosenek itd. Jest to mój taki trochę powrót do korzeni. Mam wrażenie, że folk jest zapomniany, zaniedbany i mało kultywowany.

Zauważyć można, że kładziesz tutaj zdecydowany priorytet na tekst, na przekazywane przez niego wartości. Muzycznie album jest bardziej stonowany od poprzednich. Taki był zamysł, aby to myśl przewodnia charakteryzowała ten album?

Nie myślałam o tym, ale na pewno tekst ma dla mnie duże znaczenie. Niektórzy muzycy twierdzą, że  nikt nie słucha słów, lecz ja mam nadzieję, że jest inaczej (śmiech).

W tekstach używasz zwrotów religijnych takich jak „zbawić”, „procesja”, „boże ciało”, „błogosławić słowem”, „rozum przenajświętszy”. Mało artystów używa takich słów, gdyż są one w polskiej kulturze i religii mocno zakorzenione. Jaki był ich dokładny zamysł?

Ja sama wyrastam z tej kultury i nie czuję, że nie mam prawa z nich korzystać. Płytę traktowałam na zasadzie, że jest to łączenie rzeczy kompletnie z dwóch biegunów, czyli coś i z sacrum i z profanum, coś bardzo współczesnego i bardzo tradycyjnego, coś pozytywnego i smutnego. Dla mnie jest ona dwubiegunowa, choć mam wrażenie, że wszystkie moje płyty są trochę dwubiegunowe. Te słowa i taki właśnie język we mnie po prostu istnieje. Dostałam od moich rodziców i najbliższej rodziny dużo wolności, ale dorastałam w modelu konserwatywnym, katolickim, polskim.

Po drodze dużo wylało się na Ciebie nieprzyjemnych rzeczy, o czym może świadczyć fakt, że zmieniłaś fanpage na Facebooku. Na ile to miało związek z muzyką?

Oprócz muzyki, wypowiadam się też na różne tematy. To był moment, w którym policja weszła do mieszkania dziewczyny odpowiedzialnej za słynną tęczową aureolę Matki Boskiej. Ja wstawiłam jej zdjęcie na znak solidaryzowania się z nią. Wtedy też okazało się ilu na fanpege’u mam fanów takich powiedzmy z ery “herakokowej”. Polały się niewybredne komentarze, także na mój temat. To był dobry moment, by odświeżyć swój sieciowy pokój. Teraz, mam nadzieję, zrzeszam tych ludzi, którzy rzeczywiście mają podobną wrażliwość do mnie i którzy naprawdę interesują się tym, co robię.

A jak możemy definiować okładkę „Cudu”? Jest to sugestia, że ludzie zlewają się z tłem w czasach, gdzie trudno znaleźć swoją osobowość?

Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest ona powiązana z warstwą muzyczną i tekstową płyty. To jest całość. Nad okładką pracowała Dominika Grzybek i Łukasz Kundzicz, którzy nie są dla mnie przypadkowymi ludźmi. Znam ich podejście do życia, przemyślenia, bardzo dobrze się rozumiemy, więc wiedziałam komu powierzyć pracę. Wiedziałam też, że oni będą potrafili te wątki przełożyć na język wizualny. O niektórych rzeczach aż głupio mówić i tłumaczyć, bo zaraz musiałabym też robić interpretację moich piosenek (śmiech).

W „Córach” możemy usłyszeć wers „Wiem, że o swojej wartości muszę wiedzieć przede wszystkim ja”. Jak długo się dorasta do takiego spostrzeżenia?

Myślę, że całe życie. Tworząc muzykę można poznać siebie lepiej. Sama się często zaskakuję, patrząc na swoje teksty.

Patrząc na tę płytę jesteś w stanie stwierdzić, że zamieściłaś wszystkie tematy, które chciałaś poruszyć publicznie?

Chciałam jeszcze coś tam wrzucić. Parę rzeczy nie weszło. Było to związane z faktem, że wybrałam po prostu najlepsze utwory. Było trochę odrzutów, ale nie mam poczucia niedosytu. Zbieram takie piosenki do szuflady i może jeszcze kiedyś je wykorzystam.

A na Twoich koncertach jesteśmy w stanie usłyszeć coś z poza albumów? Niektórzy artyści wykonują covery.

Raczej można usłyszeć tylko to, co jest na płytach. Zobaczyłam jednak na festiwalach letnich, że ludzie kochają covery i pomyślałam sobie, że ja na pewno też coś takiego zrobię.

Masz już jakieś konkretne plany na 2020 roku?

Trasa. Niedługo pojawią się daty kolejnych koncertów klubowych, potem festiwale. Chcę na razie skupić się na promocji tego albumu. W moim starym zwyczaju byłoby tworzenie kolejnej płyty, ale teraz czuję, że „Cud” zasługuje na to, żeby poświęcić mu więcej czasu.

Lubisz czytać opinie o swoich płytach? Jak inni ludzie je interpretują, jakie mają przemyślenia?

Czytam recenzje, ale tylko te konstruktywne. Raczej dobrze ludzie piszą o tej płycie, lecz są już też opinie dotyczące mojej „raperskości”, że to moje nienaturalne środowisko. Nie będę się kłócić, bo to w jakimś sensie nie jest moje naturalne środowisko. Nie palę zioła czy nie siedzę na ławce przed blokiem. To jest też chyba stereotyp, bo ci raperzy już też tak nie mają. To jest inny rap. Zderzenie z opiniami ludzi jakoś tam mnie nawet fascynuje. Widzę, że słuchacze są w szoku, że jak to… dziewczyna może rapować, przecież to do siebie nie pasuje, nie da się tego razem złożyć. Ludzie przychodzący na moje koncerty i są zaskoczeni, że w moim rapie jest aż tyle kobiecości. Padają też ciepłe słowa o tekstach.

To prawda, poszerzyłaś ten gatunek w Polsce.

Dlatego nazwałam to folkorapem. Ja wymyślam trochę te gatunki. Z Gangiem Śródmieście wymyśliłyśmy feminopolo i w Muzeum Etnograficznym na wystawie Disco Relaks jest już cały dział o feminopolo. Na wystawie leci nawet nasz klip. To jest praca u podstaw, może czasem trudna i żmudna, ale ja nie lubię nudy i uważam, że trzeba tworzyć rzeczy aktualne do dzisiejszych czasów. A nie tylko korzystać z tego, co już jest oklepane. Kanye West robi dokładnie to samo, łączy gospel z hip-hopem. Muszę do niego napisać „Ej, stary tworzymy w tym samym gatunku, może zrobimy coś razem”. Także no cóż, jestem polskim Kanyem Westem. (śmiech)

Wracając jeszcze do Twoich początków muzycznych. Jak traktujesz utwór „Hera koka hasz LSD”. Jest to takie Twoje małe przekleństwo?

Nie, to zdarzyło się na mojej drodze, którą szanuję.

 

Rozmawiał Mateusz Kiejnig

 

fot. Łukasz Dębowski

Jedna odpowiedź do ““Jestem polskim Kanyem Westem” – nasza rozmowa z Karoliną Czarnecką”

Dodaj komentarz