“To nie jest nowoczesny pop, lecz odwołujący się do czegoś zamierzchłego” – nasza rozmowa z Olą Bilińską i Konradem Kuczem

Ola Bilińska i Konrad Kucz, których twórczość mieliśmy okazję poznać w innych projektach, po raz pierwszy połączyli muzyczne siły, przedstawiając materiał na płycie “Kucz/Bilińska”, która ukazała się pod naszym patronatem medialnym. Z tej okazji mieliśmy okazję porozmawiać z artystami.

fot. materiały prasowe

Konradzie, Twoje poczynania muzyczne były bardzo różne. Masz na swoim koncie wiele płyt. Podobno nagrywałeś nawet dla dzieci?

Konrad: Swego czasu nagrałem cztery piosenki dla dzieci, na płytę do dystrybucji radiowej. Można powiedzieć, że to było zupełnie nowe doświadczenie. Z tego co wiem dzieciom ta muzyka się podobała, bo stworzyłem skoczne, wpadające w ucho melodie. Zrobienie fajnej piosenki dla dzieci wcale nie jest łatwe.

Niedawno ukazała się jednak Wasza nowa płyta pt. “Kucz/Bilińska”. Czy wydawanie albumu w formie fizycznej, kiedy płyty sprzedają się coraz gorzej, przynosi jeszcze jakąś radość?

Konrad: Ja jestem z pokolenia, dla którego ważne jest wydanie płyty w formie fizycznej. Pamiętam czasy, kiedy winyl był czymś istotnym. Przecież wtedy muzyka mogła dotrzeć do słuchacza tylko poprzez czarny krążek. Jestem ogromnym miłośnikiem tego nośnika, biorę udział w targach winylowych. Uważam, że krążek, okładka i wszystkie elementy składające się na album są istotnym, a nawet zasadniczym dopełnieniem muzyki. Fizyczność płyty sugeruje też charakter i treść, którą można znaleźć w muzyce. Poza tym nośnik fizyczny wzbudza pewien szacunek do muzyki. Lubię otwierać płytę, wąchać książeczkę, oglądać… to jest pewne dopełnienie twórczości.

Ola: Nagrywać to można sobie do szuflady. Najważniejsze, żeby muzyka spotkała się z odbiorcą. Sztuka jest kodowaniem emocji, po to, żeby ktoś ją odkodował i coś przeżył. Muzyka daje ogromne możliwości. Można w niej ukryć emocje, ale też obrazy. Proces nagrywania jest dużą radością. Pierwsze efekty tworzenia dają wiele satysfakcji. Wymyślanie melodii, która zostaje w głowie, wyzwalanie emocji czy też tworzenie barw przynosi ogromne zadowolenie.

Natomiast płyta jest fizyczną manifestacją czegoś niematerialnego, co żeśmy stworzyli. Dla mnie ekscytujące jest obcowanie z fizyczną formą muzyki. Jestem z pokolenia CD, więc zawsze ta namacalna część muzyki będzie miała dla mnie znaczenie. Nie jestem fanką odsłuchiwania muzyki w wersji cyfrowej. Myślę, że słuchacze tego krążka także są z tych, którzy doceniają wartość muzyki zamkniętej w formie fizycznej.

Czy można powiedzieć, że Wasza płyta należy do kogoś w większej części?

Konrad: Ten album jest w równej części mój, Oli i dwóch producentów – Filipa Oleckiego i Marcina Kleibera. Twórca muzyki czy też w ogóle artysta jest w pewnym sensie egoistą. W przypadku sztuki jest to dobra cecha. Jeśli chodzi o robienie piosenek związanych bardziej z muzyką popularną lubię współpracować z ludźmi. Czuję, że jestem kreatywny tylko do jakiegoś momentu. Kiedy tworzę, czasem docieram do punktu, w którym zaczyna mi czegoś brakować. Wtedy potrzebuję osobowości, która ruszy moje pomysły dalej i nada im dodatkowej formy. Tak było z Gabą Kulką, z którą nagrałem płytę “Sleepwalk”. Na tamten album miał też duży wpływ producent – Bogdan Kondracki.

Nowa płyta powstała z Olą Bilińską i to także nie był przypadek, bo Ola wydaje mi bardzo interesującą artystką. Przy tym albumie współpracowała też Karolina Kozak. Ona napisała tekst. Jej udział był na tyle istotny, że materiał na ten album czekał sobie na realizację niemal 10 lat. Chciałem zrobić go z Karoliną, a ona ciągle była zajęta pracą z innymi ludźmi. W końcu odmówiła mi, bo wciąż nie mogła oddać się całkowicie tej płycie. Ola też ma wiele pracy w różnych projektach, ale udało nam się znaleźć czas, by móc razem współpracować. Trafiłem na twórczość Oli w internecie i podobało mi się jej naturalne podejście do muzyki. W końcu dogadaliśmy się i nie można powiedzieć, że ten album jest bardziej mój. Wkład Oli w ten materiał jest bardzo duży i istotny.

Znalazłem takie stwierdzenie, że najbardziej w duszy Oli gra muzyka rodzimego zespołu Babadag. Po co więc potrzebowałaś nagrać wspólną płytę z Konradem?

Ola: Akurat z Konradem poznałam się trzy lata po wydaniu pierwszej płyty Babadag. Wtedy byłam w momencie, w którym nie czułam możliwości nagrania kolejnego albumu z moim zespołem. Konrad trafił na mnie w momencie, kiedy byłam otwarta na nowe inspiracje i osoby. Chciałam też stworzyć coś, co będzie moim romansem z ambitniejszą odmianą muzyki pop. A ta współpraca dawała mi taką możliwość. Kiedy dostałam pierwsze szkice tych piosenek, zachwyciła mnie elegancka przystępność. To nie jest klasyczny, nowoczesny pop, ale odwołujący się do czegoś zamierzchłego. Nazwijmy to retro-popem.

Uwielbiam szerokie spektrum muzyczne, piękne orkiestracje i dużo różnych barw muzycznych w aranżacjach. Współpracowałam przez chwilę ze Zbigniewem Wodeckim, gdzie była sekcja smyczkowa, instrumenty dęte… a Konrad potrafił sam zamknąć wiele takich elementów w formie kompozycji, gdzie za pomocą malowniczych sampli tworzył całą muzyczną historię. Tym bardziej wydawało mi się to ciekawe. Czułam w tym potencjał i chciałam z nim tworzyć.

Czy ta płyta celowo została nagrana tak, żeby tworzyła dwie części? Pierwsza – piosenkowa z polskimi tekstami i druga bardziej klimatyczna, gdzie znajduje się przewaga angielskich tekstów?

Konrad: Decyzja o kolejności piosenek pojawiła się dosyć późno. Nie było w tym żadnego przypadku. Dla mnie najtrudniejszym było ułożenie tej płyty tak, żeby tworzyła jakiś spójny klimat i była pewnego rodzaju opowieścią.

Ola: Tym bardziej było to trudne, że Konrad pracował nad tym albumem wiele lat. Nie było zamysłu jak te piosenki poukładać i gdy już nagraliśmy całość, usiedliśmy razem i zaczęliśmy kombinować, jak ułożyć tę opowieść. Ważne też były teksty, które musiały spajać się tak ze sobą, żeby nie było jakichś nieścisłości. Chcieliśmy, żeby ta płyta kierowała odczuciami słuchacza i tworzyła emocjonalną całość. Później okazało się, że tekstowo ułożyła się też jak należy, chociaż tutaj nie analizowaliśmy tych piosenek aż tak bardzo. Pewne aranżacyjne zabiegi Konrada wyznaczyły tropy dla tekściarzy, bo muzyka kojarzyła się na przykład z nocą i tak powstał “Lunar”, w którym pojawiły się obrazy, gwiazdy…

Te dwie części były zamierzone. Na początku chcieliśmy umieścić piosenki bardziej dynamiczne, kojarzone z czytelniejszym popem. Później pojawiają się te bardziej spokojne i mniej oczywiste momenty.

Płyty Konrada nie mają swoich kontynuacji. Czy Wasza wspólna płyta to jest historia zamknięta od strony muzycznej i tekstowej? Czy można pokusić się o jej kontynuację.

Konrad: Wszystko, co wiąże się ze sztuką pozostawia pewien niedosyt. Kiedy płyta jest już zamknięta, nie można w niej nic zmienić i wtedy pojawia się pokusa, że może warto napisać jej ulepszoną kontynuację. Z każdym albumem jest tak, że można do niej dopisać kolejną część. Kiedy nagrywałem płytę z Gabą Kulką, mieliśmy pomysł na te piosenki od początku do końca. Wybraliśmy konkretny okres inspiracji muzyką przedwojenną. Pojawiła się bardzo wyraźna koncepcja i trzymaliśmy się jej. Później zaczęły napływać pytania czy nagramy drugą część tego krążka. Byłem otwarty na jej kontynuację, ale pojawił się wtedy problem ze znalezieniem pomysłu. Powielanie pewnych rzeczy nie wchodziło w grę, gdyż dla mnie byłoby to “strzeleniem sobie w stopę”.

Stąd wiele zespołów ma “syndrom drugiej płyty”. Jak nagrać kontynuację, która przebije pierwszy album i nie będzie marną kopią debiutu? W moim przypadku lubię podejmować się innych wyzwań muzycznych i szukać nowych ludzi, którzy mi w tym pomogą. Dlatego kontynuacja zawsze jest możliwa, jeśli znajdzie się na to oryginalny pomysł.

Skoro mowa o Gabie Kulce, to pojawiła się ona także na Waszej płycie jako tekściarka. Kilka tekstów napisała sama Ola. Są także słowa Karoliny Kozak, z którą zacząłeś nagrywać ten album przed laty.

Konrad: Gaba potrafi pisać bardzo dobre teksty. Na naszą płytę napisała piękne słowa do “Węgielków”. Do płyty z Olą pierwsze szkice powstały w 2008 roku, co jest zupełnym ewenementem. Tak naprawdę to jestem przeciwnikiem tego, żeby tak długo czekać z wydawaniem płyty. Czasy się zmieniają, kontekst jest inny, publiczność już nie jest taka sama… Ogromnym ryzykiem jest wracanie do rzeczy, które powstały kiedyś. Dlatego też, płyta z Olą jest pod tym względem wyjątkowa. Podobały mi się te stare pomysły zaczęte z Karoliną Kozak, i dlatego chciałem wykorzystać kompozycje powstałe przed laty.

A co dla Was stanowi największą wartość tej płyty?

Ola: Wydaje mi się, że największym walorem naszej płyty jest jej spójność. Te piosenki posiadają ulotny wdzięk i zostały namalowane pastelowymi, a nawet przygaszonymi barwami. Kiedy dostałam szkice od Konrada usłyszałam w nich pełne uroku orkiestracje, które kojarzą mi się z produkcjami z lat 60. Wtedy pisano jeszcze zupełnie inne piosenki pop, będące bardziej szlachetną odmianą muzyki. Jeśli chodzi o teksty staraliśmy się dopełnić te utwory, żeby stworzyć ich spójny klimat. Mam wrażenie, że tekściarze – w tym między innymi ja – ważyliśmy słowa, by nie stracić cennej wartości tej płyty. Według mnie stworzyliśmy album, przepełniony eleganckimi melodiami, czego mi w dzisiejszych czasach brakuje. Być może przez to jest on nieco niszowy, ale dzięki temu ma unikatowy pierwiastek.

Konrad: Tworząc ten album chciałem bawić się melancholią i budować nastrój. Ola ma swój artystyczny świat, który bardzo mi odpowiada i idealnie pasuje do naszej płyty. Urzekła mnie już wcześniej swoimi produkcjami, żydowskimi pieśniami i ogólną wrażliwością. Dlatego bez jej udziału wartość tej płyty nie byłaby taka sama.

Czy przy współpracy dwóch osób zdarzają się spięcia? Jak dogadywaliście się tworząc materiał na ten album?

Konrad: O spięciach nie ma mowy. Wydaje mi się, że dałem Oli przestrzeń do własnych pomysłów i tego, żeby mogła w ten materiał wnieść jak najwięcej siebie.

Ola: Konrad nie ingerował zupełnie w moje pomysły wokalne. Pamiętam, że dyskusje odbywały się na etapie “doaranżowywania” instrumentów. Chciałam ożywiać jego elektronikę, dokładając brzmienie instrumentów żywych typu trąbka, harfa. Pewne moje pomysły wydawały się Konradowi zbyt śmiałe, lub nawet zbędne. Zdarzały się sytuacje, że czasem poszaleliśmy za bardzo i na etapie miksów praca bywała utrudniona. Dyskusje były jednak otwarte, bardzo twórcze i zawsze dochodziliśmy do kompromisu. Mamy podobny gust i wiedzieliśmy, że znajdziemy wspólny artystyczny język.

Posługując się elektroniką może pojawić się wątpliwość czy będzie to oryginalne. Czy przy procesie twórczym zastanawiasz się nad tym? W końcu elektronicznych produkcji jest teraz bardzo dużo.

Konrad: To jest moje zasadnicze założenie, żeby nie powielać pewnych pomysłów. Należę do pokolenia, które starało się być zawsze oryginalnym. Wychowałem się na zespołach takich jak Deep Purple i Led Zeppelin. Kiedy się ich słucha z perspektywy czasu, można zauważyć jak im mocno zależało na typowym tylko dla siebie brzmieniu. I to we mnie zostało. Nie chcę zlewać się z ogólnymi tendencjami w muzyce. Moim założeniem jest być niekonwencjonalnym. Od tego zaczyna się zawsze moja praca twórcza.

A co Wam się nie podoba w dzisiejszych tendencjach muzycznych, jeśli chodzi o pop lub elektronikę?

Konrad: Nacisk na rytm jest dla mnie nie do zniesienia. Nastąpił przerost formy nad treścią. A nawet brak jakiejkolwiek formy. Coraz mniej jest dbałości o jasność harmonii i warstwę czysto muzyczną.

Ola: Nastąpiło coś takiego, że jest mało muzyki w muzyce. Wszędzie obowiązująca konwencja jest męcząca. Boli mnie aspekt komercyjny w popie. Dlatego słuchanie radia przestało być już przyjemnością. Ważne, żeby dotrzeć do jak największej rzeszy odbiorców, a zapomina się w tym wszystkim o muzyce. Piosenka ma być chwytliwa. Tworzenie podciąga się pod czyjeś oczekiwania. Dlatego chcieliśmy zrobić muzykę popową, która nie idzie na żadne kompromisy i nie dostosowuje się do oczekiwań.

Można powiedzieć, że macie jakieś oczekiwania względem tej płyty?

Ola: Chcemy być jak hip-hopowcy. Chcielibyśmy mieć rzeszę groupies i kupić sobie super furę (śmiech). A tak naprawdę mamy nadzieję trafić do naszej publiczności i spotkać się z nią na koncertach. Ten materiał bardzo dobrze sprawdza się na żywo. Mamy zespół, który stworzyliśmy z Marcinem Kleiberem i Michałem Piotrowskim. Jesteśmy więc w pełni gotowi grać te piosenki. Dołączyła też do nas Kasia Kolbowska, która gra na harfie i uzupełni jeszcze bardziej te kompozycje na koncertach. Chcemy trafić do ludzi, którzy odnajdą wartość tej płyty.

Rozmawiał – Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz