,

„Dziennikarze muzyczni w zasadzie unikają nowej polskiej muzyki” – Nieme Kino [WYWIAD]

Niedawno ukazał się „Niemy 5.0” – trzeci album projektu Nieme Kino, poznańskiej formacji tworzącej elektroakustyczną melopoezję, opartą na stanach wyrażanych ciszej, niż się je myśli. O intrygującej muzyce zespołu, jego aktualnym miejscu oraz wyzwaniach związanych z docieraniem do słuchacza opowiada w naszym wywiadzie lider – Bartosz „Niemy” Stróżyński.

Niedawno ukazał się „Niemy 5.0” – trzeci album projektu Nieme Kino, poznańskiej formacji tworzącej elektroakustyczną melopoezję, opartą na stanach wyrażanych ciszej, niż się je myśli. O intrygującej muzyce zespołu, jego aktualnym miejscu oraz wyzwaniach związanych z docieraniem do słuchacza opowiada w naszym wywiadzie lider – Bartosz „Niemy” Stróżyński.

fot. materiały prasowe

„Niemy 5.0” zapowiadasz jako projekt, za który odpowiadasz właściwie w całości. Co zmieniło się w Twoim myśleniu o autorstwie, że tym razem postanowiłeś przejąć pełną kontrolę nad każdym etapem powstawania materiału?

Wbrew pozorom nie zmieniło się zbyt wiele. Wszystkie dotychczasowe albumy są moimi autorskimi tworami. Byłem na nich w zasadzie odpowiedzialny za wszystko: pomysł, kierunek, muzykę, słowa, aranżację i produkcję. To, co różniło te etapy, to skład muzyków, który uczestniczył w nagraniach. „Najsmutniejsze Auto w okolicy” zrealizowaliśmy w duecie z Najduhem, „Nieoczywistość” w kwintecie, a „Niemy 5.0″ zagrałem sam i z tego powodu uznałem za ważne poinformowanie słuchaczy o solowym wymiarze tego wydawnictwa. Nie dlatego, że chciałem podkreślić wymiar solowy, a raczej poinformować, że nie był nagrany w poprzednim składzie. Jest to niewątpliwie zmiana w stosunku do „Nieoczywistości”, ale tylko zmiana, nie jakaś głęboka artystyczna wolta. Szeroki skład muzyków, który nagrał drugi album, czy fenomenalne saksofony Najduha na pierwszym albumie bezdyskusyjnie nadały charakteru tym albumom. Zdecydowałem jednak, że na tym etapie rozwoju Niemego Kina będzie inaczej. To również nie oznacza, że tak zostanie na stałe. Wizja artystyczna, choć ewoluuje, nadal jest bardzo bliska pierwotnemu pomysłowi, to co się zmienia, to środki wyrazu.

Czy dopisek w tytule „5.0” można odczytać wersję samego siebie, nowy etap Niemego Kina czy raczej próbę zresetowania wcześniejszego sposobu opowiadania o świecie?

Nie jest to reset, nawet jeśli solowy charakter mógłby to sugerować. Moje artystyczne podróże mają raczej charakter ewolucyjny, długoterminowy. Konsekwentnie przechodzę między kolejnymi etapami wyrazu, ale unikam wolt, skoków z kwiatka na kwiatek, bo to byłoby nieszczere, niezgodne z moją naturą, charakterem, sposobem patrzenia i rozumienia życia. Ten tytuł wskazuje raczej na etap, ale podoba mi się sugestia zawarta w pytaniu i myślę, że świetnie wyjaśnia genezę. Wykorzystując terminologię informatyczną, mogę powiedzieć, że tak: to jest moja aktualna wersja. Proszę jednak pamiętać, że kiedyś nowe wersje ukazywały się raz na kilka lat, a teraz dużo częściej. Moje kolejne wersje bezwątpienia będą inne; nie wyobrażam sobie jednak, aby była to zmiana całego systemu operacyjnego.

 

fot. okładka płyty

Muzyka Niemego Kina zawsze balansowała między piosenką autorską, alternatywą, elektroniką i czymś trudnym do nazwania. Czy dziś jeszcze interesuje Cię przekraczanie gatunków, czy stało się to już po prostu naturalnym językiem?

Myślę, że jest to już bardzo naturalny język Niemego Kina. Chociaż instrumentalnie projekt się zmienia i będzie się zmieniał, jego elektroakustyczny charakter i poetycki wymiar się nie zmienią i pozostaną naszym DNA. Ta trudna do nazwania stylistyka jest zamierzona, ale podkreślam, szczera i nieudawana, choć przyznam, dość uciążliwa w kontekście promocji muzyki. Nie mamy możliwości podczepienia się pod istniejących artystów czy trendy; co więcej, algorytmy cyfrowe, które decydują dziś prawie o wszystkim, nie znają takiej muzyki. Wielu dziennikarzy muzycznych starało się nazwać muzykę Niemego Kina, ale jak dotąd bez sukcesu. Próbowałem nawet wykorzystać do tego nowoczesne narzędzia AI, które miały znaleźć artystów tworzących coś podobnego, zbliżonego. Najwyższą zgodność, jaką uzyskałem, było 30%. Innymi słowy: sztuczna inteligencja, przeglądając Spotify i inne platformy, w zasadzie nie znalazła artystów podobnych do twórczości Niemego Kina.

To oczywiście powoduje we mnie dumę, bo oznacza, że stworzyliśmy coś bardzo wyjątkowego i unikalnego. Ale jednocześnie jest to naszym przekleństwem. No cóż, coś za coś. Większość artystów woli podążać utartymi ścieżkami. Dziennikarze muzyczni w zasadzie unikają nowej polskiej muzyki: prezentują dźwięki, którą już znają. A nawet jeśli już szukają, to z niezrozumiałych mi powodów często preferują niszowych artystów z zagranicy… Niestety media muzyczne, zamiast wyszukiwać nowych trendów i rozwijać wrażliwość słuchaczy, bez końca powtarzają to, co trafia szybko i skutecznie na podatny grunt. Ponieważ Nieme Kino jest nieklasyfikowalne i jakby nie pasuje do tej całej układanki, postanowiłem stworzyć własną szufladkę stylistyczną, którą nazwałem elektroakustyczną melopoezją i na dziś jesteśmy jedynym przedstawicielem tego nurtu.

Jeśli miałbyś wskazać jeden moment na „Niemy 5.0”, w którym udało Ci się osiągnąć dokładnie to, co miałeś w głowie – który to byłby utwór i dlaczego właśnie ten?

Myślę, że wszystkie numery oddają to, co zamierzałem wyrazić. Z tego punktu widzenia nie jestem w stanie któregoś wyróżnić. Każdy z nich opowiada pewną historię, wyraża ważne dla mnie emocje. Są na tym albumie utwory, które podobają mi się bardziej, ale nie dlatego, że lepiej oddałem swój zamysł artystyczny, wynika to raczej z wagi tematów, których dotykam w tekście.

Nie jest przypadkiem, że album otwiera utwór „Labada”. Moje ulubione utwory z płyty „Niemy 5.0″ to trzy pierwsze piosenki, czyli wspomniana już „Labada”, „Dziura” i „Niecud”, choć szczerze mówiąc mój odbiór tego materiału jest bardzo nieobiektywny i zależy od danej chwili, a sympatie się zmieniają. Kiedy tworzy się muzykę samodzielnie od A do Z, intensywność tego procesu, zaangażowanie, skupienie na szczegółach, niuansach, a wreszcie zmęczenie tym długotrwałym, pracochłonnym procesem twórczym są tak duże, że moment wydania płyty jest raczej chwilą ulgi i resetu emocjonalnego, niż trzeźwego patrzenia na to, co powstało. To przychodzi z czasem. Szczerze powiem, że dopiero dziś, słuchając pierwszej płyty „Najsmutniejsze auto w okolicy”, naprawdę dostrzegam i czuję całą moc tego albumu. Już nie pamiętam tego twórczego trudu, upadków i wzlotów podczas tworzenia materiału. Jest już tylko tu i teraz, muzyka i wrażliwość. Nie rozumiem, dlaczego ten album nie uzyskał większego medialnego rozgłosu. Myślę, że bardzo na to zasługuje.

Podobnie jest z „Nieoczywistością”, czas zmienia perspektywę, również weryfikuje pomysły i sposób ich wyrazu. Jak pewnie wiesz, w swojej artystycznej tułaczce zajmuję się również filmem i fotografią. W przypadku fotografii od lat stosuję dość rygorystyczny model: zdjęcia oglądam dopiero po kilku miesiącach po powrocie z wyprawy. Sprawia to, że efekty smakują dużo lepiej, nie pamiętam tego, co się nie udało, skupiam się na tym, co dobre. Niestety nie jestem w stanie zastosować takiego modelu pracy w muzyce. To bardzo szybka branża, dlatego kiedy kończę produkcję, mimo zmęczenia i braku dystansu publikuję, a naprawdę doceniam materiał dopiero po jakimś czasie. Słuchacze na szczęście mają więcej szczęścia, bo mogą odbierać nowy materiał bez żadnych obciążeń i szybko, celnie ocenić nowe utwory.

 

 

Pierwszym zwiastunem tego albumu był utwór „Historia”. Czym ten singiel jest osobiście dla Ciebie na tle pozostałych propozycji na płycie?

Chociaż może się wydawać, że „Historia” powinna raczej zamykać album, zdecydowałem inaczej i nie żałuję tej decyzji. To jedyny utwór z tej płyty, który dotarł do pierwszego miejsca Aferzastej, listy piosenek w Radio Afera, chociaż nie można zapominać, że „Labada” weszła na tę najważniejszą listę, czyli listę piosenek Radia 357. Nie zabawiła tam długo, ale jednak spełniła jedno z moich młodzieńczych marzeń: znalezienie się na Liście Przebojów Trójki, której w pewnym sensie kontynuacją jest lista Radia 357. Co więcej, „Labada” znalazła się na liście dzięki propozycji Marka Niedźwieckiego, co napawa mnie prawdziwą dumą. Historia, jak większość utworów zawartych na moich płytach, jest bardzo osobista. Wybrałem ją jako otwierający singiel bardzo intuicyjnie, wydawało mi się, że to będzie dobre otwarcie.

W singlu „MUCH” pojawia się bardzo mocna metafora ludzi krążących wokół światła i tracących zdolność widzenia czegokolwiek poza sobą. Czy to krytyka współczesnej kultury widzialności czy bardziej opowieść o mechanizmach obecnych również w sztuce niezależnej?

Mam jakiegoś pecha, że dość często dotyka mnie nieuczciwość. Mam chyba jakiś magnetyzm, który przyciąga do mnie takie zjawiska, a może z jakiegoś powodu widzę je ostrzej niż inni. Tak czy owak, być może Państwo pamiętają utwór „Copywryj” z „Najsmutniejszego auta w okolicy”, który komentował problematykę kradzieży wartości intelektualnej, kradzieży tworów artystycznych, kopiowania muzyki i tym podobnych mrocznych stron światka artystycznego. Pisałem ten tekst bardzo sfrustrowany konkretnym wydarzeniem, które mnie spotkało, wzbogacając go różnymi opowieściami zasłyszanymi podczas niezobowiązujących rozmów z innymi artystami.

„Much” jest kolejną artystyczną reakcją na to, co mnie dotknęło ze strony pewnego popularnego artysty. Otóż uznał on, że może bezkarnie okraść mnie z mojej własności intelektualnej w stylu podobnym do słynnej sceny z „Misia”: „Nie mam pana płaszcza i co pan mi zrobi” i udawać, że nic się nie stało. Byłem zdruzgotany i już prawie zdecydowany na proces sądowy, ale biorąc pod uwagę cały bałagan sądowniczy w Polsce, postanowiłem skomentować to zajście tylko artystycznie. Gdzieś w środku mam nadzieję, że jak będzie tego słuchał, chociaż przez chwilę zrobi mu się głupio. Chociaż utwór jest bardzo zakotwiczony w konkretnej sytuacji, to opowiadając tę historię, wskazuję na powszechne problemy tzw. showbiznesu, w sposób naturalny mocno dotykającego świat sztuki niezależnej: kumoterstwo, nepotyzm, układy mediów i dziennikarzy z wytwórniami płytowymi i wydawnictwami, relacje osobiste jurorów festiwalowych z uczestnikami konkursów, nieformalne powiązania decydentów przydzielających środki finansowe na wydarzenia artystyczne z podmiotami otrzymującymi wsparcie, patologie festiwali muzycznych itp. Jestem dorosły i wiem, jak ten świat działa, więc nie mam złudzeń i nie żalę się. Daję jedynie znać innym artystom, że to co czują widzą wokół siebie, to nie jest urojenie, niestety i powinni być ostrożni. Z zasady trzymam się od tego środowiska na dystans i idę swoją drogą. Być może w związku z tym skazany jestem na pewnego rodzaju niebyt artystyczny, ale tak wolę. Są rzeczy ważniejsze od tych na pozór ważnych.

 

 

„Labada” opowiada o mechanizmach podporządkowania i powielania narzuconych wzorców. Czy w dzisiejszej rzeczywistości muzycznej zachowanie własnego stylu i niezależności wymaga od artysty większego uporu niż kiedyś?

„Labada” identyfikuje pewien mechanizm, ale raczej nie przypisuje go branży muzycznej. Przypisuje go raczej bardzo szeroko człowiekowi jako takiemu. Oczywiście ludzie są częścią branży muzycznej, więc bez wątpienia te mechanizmy nie są jej obce. Nie sądzę, że bardziej niż kiedyś. Każdy czas ma swoje prawa i reguły. W latach 80–90. artyści myśleli o muzyce, stylu, przekazie, ale również o bardzo prozaicznych sprawach, jak instrumenty, wzmacniacze, jakkolwiek możliwość rejestracji materiału. Te wszystkie kwestie były poza zasięgiem większości artystów. Nie było demokracji twórczej lub była ograniczona, przy jednoczesnym monopolu/oligopolu medialnym. Rynek muzyczny i medialny był bardzo wąski i działał na zupełnie innych zasadach i wbrew pozorom i narracji był bardzo naśladowczy, czerpiąc z Zachodu, ile się dało.

Współcześnie mamy całkowitą demokratyzację twórczą: każdy może być artystą, każdego stać na instrument, nagranie i opublikowanie własnego materiału, i to bardzo dobrze. Po drugiej stronie jednak niewiele się zmieniło. Chociaż może się wydawać, że dostęp do odbiorcy jest łatwiejszy niż kiedyś, to tylko pozory. Wprawdzie większość projektów nie jest kompletnie anonimowa, jak to było kiedyś, bo są widoczne w mediach społecznościowych, to po ekscytującym pierwszym wrażeniu zwykle niewiele pozostaje. Monopol po stronie dystrybucji muzyki, kompletna komercjalizacja dużych wydarzeń muzycznych, plaga „takich samych” festiwali i artystów, brak fermentu artystycznego, bezrefleksyjne podążanie za światowymi trendami: przez dziennikarzy, festiwale, słuchaczy i ALGORYTMY.

Na szczęście w każdym czasie są twórcy, którzy idą własną drogą. Robią to z różnych powodów, ale najczęściej dlatego, że po prostu tacy są, mają w sobie ten naturalny bunt, potrzebę poszukiwania czegoś nowego, innego, nawet jeśli nie będzie to zrozumiane przez odbiorców i prawdopodobnie trafi do nielicznych. Nie jest dla nich najważniejsze. Poczucie rzeczywistego tworzenia ma większą wartość niż komercyjnie opłacalne, bezkrytyczne powtarzanie po innych. Jestem dumny, że Nieme Kino jest jednym z reprezentantów tego nurtu, artystów, którzy niczego nie muszą, a mogą prawie wszystko.

 

 

Co Twoim zdaniem odróżnia ten materiał od poprzednich płyt najbardziej – od strony emocjonalnej, a także brzmieniowej?

Jak już wspominałem, odmienny skład i instrumentarium nadają temu materiałowi specyficzny charakter. Na pierwszym albumie dodanie saksofonów Najduha nadało materiałowi bardzo nowatorski i eksperymentalny charakter, w tamtym czasie bardzo niewiele zespołów w Polsce wykorzystywało saksofony w ten sposób; obecnie bardzo wielu. Na drugim albumie czuć silnie ten wyjątkowy wymiar performatywny, bardzo zawodowe partie basowe Flavia, ciche, ale bardzo soczyste bębny Piotra, oczywiście również saksofony, chociaż już w trochę innej roli niż na „Najsmutniejszym aucie w okolicy”. Na trzecim albumie pojawiły się po raz pierwszy Moogi i niejako przejęły rolę saksofonów z pierwszego albumu, nadając mu bardzo charakterystyczne brzmienie. Zagrałem też w kilku utworach na gitarze, co wystąpiło pierwszy raz w muzyce Niemego Kina. Aranżacje są bogatsze, jest mniej ciszy, bardzo obecnej na pierwszej płycie.

Emocjonalnie nie zmieniło się wiele, album jest bardzo osobisty, czasem do bólu, chociaż niektóre teksty są też bardziej uniwersalne i dotykają zagadnień szerszych społecznie, wcześniej nieobecnych w naszej twórczości. Wydaje mi się, że album jest bardziej piosenkowy, chociaż nadal bardzo charakterystyczny i jeśli ktoś zna Nieme Kino, to po pierwszych dźwiękach, słowach wie, kto wybrzmiewa z głośników. Poczytuje to za ogromną wartość. Album jest dużo głośniejszy niż poprzednie. Chciałbym nagrywać utwory bardzo dynamiczne, minimalistyczne, z małą kompresją, ale niestety współczesny świat wymaga, żeby płyty były głośne i konkurencyjne. To jedyny obszar twórczy, w którym na „Niemy 5.0″ nagiąłem się do obowiązujących trendów. Z perspektywy czasu nie jestem pewien, że to była najlepsza decyzja, ale tak zdecydowałem i poszło.

Jak wiele w Twojej muzyce zostaje „pierwszego impulsu”, a ile jest późniejszej rekonstrukcji, eksperymentowania, poszukiwania innych brzmień?

Impuls jest najważniejszy, co często niestety jest moim przekleństwem, bo ogranicza w dalszym etapie produkcji. Szybko przywiązuję się do tego początkowego pomysłu i trudno mi potem istotnie od niego odejść. To sprawia, że sporo utworów nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo aby brzmieć jak Nieme Kino, wymagają odejścia od pierwotnej wersji, a ja nie jestem w stanie udźwignąć tego emocjonalnie. Bardzo przywiązuję się również do brzmień, np. saksofonów czy Mooga, i tak długo miksuję, aż osiągnę to, co mi gra w głowie. Chociaż brzmieniowo pomysł ewoluuje do samego końca procesu produkcyjnego, polega to raczej na próbie osiągnięcia tej ciężko uchwytnej i wyrażalnej słowami emocjonalnej wizji utworu, która gra mi w duszy, niż na poszukiwaniu czegoś nowego, rewolucyjnego.

Jaką role w twórczości Niego Kina pełnią teledyski?

Nieodłącznym wytworem twórczości Niemego Kina są teledyski. To nie są tylko kolejne obrazy nakręcone jako wynik pragmatyki procesu promocji muzyki. To twór symbiotyczny, równoległy wymiar albumu zaprezentowany w wersji wizualnej. Czasem nawet mocniejszy i trafniejszy niż wersja dźwiękowa, ale zawsze nieoczywisty, intrygujący, otwierający zupełnie inne obszary wyobraźni, nadający zupełnie inny, często bardzo zaskakujący wyraz już znanych utworów. Co najmniej kilka utworów jest kojarzonych przez odbiorców bardziej z wizualną wersją tworu niż tą audio.

Pamiętam, kiedy po nurkowaniu w jeziorze spotkałem przypadkowych turystów, którzy po kilku zdaniach rozmowy wypalili: „a wy to jesteście od tego pianina pod wodą”, wprost nawiązując do teledysku do utworu „Szaman” i podwodnego koncertu Niemego Kina zaprezentowanego w tym obrazie. Nie pamiętali tytułu, pewnie nie pamiętali również muzyki, ale obraz zostawił w nich trwały ślad. W teledyskach z premedytacją używam obrazów ze świata podwodnego, mojego ulubionego świata, co myślę, jeszcze bardziej podkreśla unikalność twórczości Niemego Kina.

Uwielbiam mierzyć się z interpretacją wizualną własnych tekstów. To wyjątkowo trudne, bo co do zasady, z drobnym wyjątkiem, nie może ona być tożsama z tym, co pierwotnie zainspirowało mnie do napisania tekstu. Muszę uciekać od pierwotnych skojarzeń i tworzyć w głowie zupełnie inny wymiar, który pozwoli mi popatrzyć na daną historię inaczej. Często zaskakuję sam siebie, nie mogąc uwierzyć, jak wielowymiarowo można odczytywać te same słowa i o jak uniwersalnych stanach opowiadają. Ponieważ podobnie jak w wymiarze muzycznym klipy tworzę osobiście od początku do samego końca, prawdopodobnie jeszcze bardziej hermetycznie niż muzykę, jestem z nimi związany supermocno emocjonalnie i jest to relacja bardzo rodzicielska.

Czy myślisz o prezentowaniu nowego materiału podczas koncertów? Jeśli tak, to jak będzie wyglądać jego odsłona podczas występów na żywo?

Koncerty to ważny wymiar dla każdego artysty, chociaż niełatwy dla niszowego. Mam nadzieję na kameralną trasę jesienią tego roku, którą zainicjujemy 15 sierpnia w Tucznie. Niewykluczone, że będziemy ją kontynuować również wiosną. Będziemy grali w elektroakustycznym składzie, prawdopodobnie kwartecie. Nareszcie spełnię swój młodzieńczy sen koncertowy, kiedy emocjonowałem się występami live Stanisława Soyki, zawsze marzyłem o akustycznym fortepianie lub pianinie na scenie: zupełnie nieosiągalny rarytas dla niszowych artystów na małych scenach. Do tej pory używałem elektronicznych substytutów, świetnie brzmiących, ale jednak elektronicznych.

Od tego sezonu koncertowego zobaczycie Państwo na scenie prawdziwe pianino, bardzo specyficzne, bo dużo mniejsze od tradycyjnego i specjalnie tuningowane. Pozwoli mi to wyrazić się dużo bardziej akustycznie, jednocześnie korzystając z ulubionych brzmień elektronicznych. Warto podkreślić, że podczas koncertów nie mogą Państwo oczekiwać tych samych wersji aranżacyjnych, które znalazły się na płycie. Jestem wierny idei, że spotkanie na żywo powinno być unikalnym doświadczeniem, innym od tego z odsłuchu płyty. Poza tym muzyka na płycie to fotografia chwili, dokumentacja emocji w momencie jej tworzenia, a koncert to jednak już uaktualniona wersja nas samych, bogatszych o doświadczenia i upływający czas.

Każdy nasz koncert jest w związku z tym trochę inny i niepowtarzalny emocjonalnie. Staramy się, aby ten charakterystyczny dla Niemego Kina wymiar filmowy był również dostępny podczas naszych występów na żywo, w formie wizualizacji. Na tym etapie przygody scenicznej nie jest już dla mnie tak ważna skala koncertów, a raczej możliwość dotarcia do właściwych odbiorców, którzy rozumieją nasze klimaty i chcą się wybrać w naszą podróż. Będziemy się zatem spotykać na bardzo kameralnych scenach, grając naszą muzykę dla mniejszej, ale bardzo otwartej na nieoczywistość, poezję i muzyczne poszukiwania publiczności.

Zapraszamy Państwa do słuchania naszej muzyki na platformach streamingowych, zostawiania tam śladu tych wizyt, no i oczywiście zapraszam na koncerty Niemego Kina. Jedyne, co Państwo ryzykujecie, to to, że zostaniecie z nami na zawsze. Dostępna jest również bardzo limitowana edycja płyty w formacie CD w bardzo ekskluzywnym wydaniu. Jeśli chcieliby Państwo dodać album „Niemy 5.0″ do swojej kolekcji, zapraszam na nasz kanał FAKEbooka, tam można znaleźć wszystkie szczegóły. Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich.

 


  • Mieczysław Kosz – „Ikar. Solo na Jazz Jamboree” [RECENZJA]
  • „Dziennikarze muzyczni w zasadzie unikają nowej polskiej muzyki” – Nieme Kino [WYWIAD]