,

Agata Kulis – „Liberty & Identity” [RECENZJA]

26 czerwca ukazał się najnowszy album Agaty Kulis – „Liberty & Identity”, wydany nakładem SJ Records. To osobista i dojrzała muzyczna opowieść o dwóch wartościach, które przez lata kształtowały artystkę: tożsamości i wolności. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa.

fot. okładka albumu

Nasza ocena:

26 czerwca ukazał się najnowszy album Agaty Kulis – „Liberty & Identity”, wydany nakładem SJ Records. To osobista i dojrzała muzyczna opowieść o dwóch wartościach, które przez lata kształtowały artystkę: tożsamości i wolności. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa.

Recenzja płyty „Liberty & Identity” – Agata Kulis (SJ Records, 2026)

Dużo czasu musiało minąć od płyty „Come a Little Closer” (2017), zanim Agata Kulis dojrzała do tego, by zaprezentować nowy, nieco odmienny materiał, wypełniający album „Liberty & Identity”. Tym razem artystce towarzyszą znakomici muzycy pod przewodnictwem pianisty i kompozytora Adama Jarzmika, którego obecność wyraźnie wpłynęła na muzyczny kształt całości. Otrzymaliśmy więc porywający – ale nieprzytłaczający – zestaw kompozycji, urzekający fuzją brzmień wypływającą z jazzowej otwartości, wzbogaconej o indywidualnie ukształtowaną organiczność formy i ekspresję, która nie podporządkowuje się bez reszty warstwie wokalnej.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to doskonała koordynacja muzyczna całego przedsięwzięcia, znajdująca dodatkową siłę w wokalnym uniesieniu całości. Wokalistka posiada wyjątkową zdolność malowania głosem i tworzenia magnetyzujących relacji z brzmieniem, poruszając się po skali z niezwykłą lekkością, emocjonalnym zaangażowaniem i precyzją wynikającą z dużej wrażliwości oraz wyczulenia na detale. Dzięki temu niemal każda z propozycji prezentuje odmienny charakter, a jednocześnie łatwo dostrzec element spajający cały zamysł. Ciepło obecne w interpretacjach wokalistki przyciąga, intryguje, momentami wręcz hipnotyzuje, ale pozostawia też przestrzeń na indywidualny odbiór tej muzycznej opowieści.

Jak podkreśla Agata Kulis, dopiero życie w Stanach Zjednoczonych pozwoliło jej w pełni zrozumieć znaczenie polskości. Nie pozostaje to bez znaczenia dla samego albumu, bo odnajdujemy tu umiejętne połączenie kulturowych wpływów pomiędzy wspomnianą Ameryką — miejscem, w którym artystka spędziła wiele lat, kształcąc się w Berklee College of Music — a Polską, krajem ojczystym, od którego trudno uciec. Bardzo dobrze słychać to w wykręconym, a przez to niezwykle interesującym „Folklove”, gdzie mocne gitarowe akcenty otwierające kompozycję mieszają się z piosenkowo-folkową formułą, która pulsuje soulową energią. Wciąż pozostaje tu miejsce na szerokie przestrzenie improwizowane, podporządkowujące się przyjętej idei, choć mnogość zastosowanych środków nie pozwala patrzeć na ten numer jednowymiarowo. Zresztą artystka chętnie podkreśla swoje pochodzenie — chociażby poprzez obecność polskich tekstów przeplatających się z angielskimi, które nie zawsze idealnie do siebie pasują. Nie zmienia to faktu, że język polski jest najważniejszą częścią jej tożsamości, co słychać chociażby w zwiewnie, ale jednocześnie zupełnie niestandardowo podanym utworze „Moje korzenie”.

Wokalistka wraz z zespołem Adam Jarzmik Quintet lubi poszukiwać i dekonstruować typowe podejście do piosenki, pokazując szeroki wachlarz swoich możliwości. Nie brakuje też momentów bardziej stonowanych, nieco lirycznych, a przy tym wciąż nieoczywistych, bo wyłamujących się z przewidywalnej konwencji smooth jazzu („Manuel”). Czuć w tym język duszy i pewną słowiańską elegancję, potrafiącą czarować wyrafinowaniem oraz bogatym kolorytem instrumentalnym – czego dobrym przykładem są saksofonowe wejścia Jakuba Łępy w poetyckim „Czułość, lekkość, czar”. Wiele tu autentycznego powabu, opartego na wokalnych niuansach oraz zaskoczeniach, które nie służą efektowi samemu w sobie, harmonizując w nieoczywisty sposób poszczególne momenty („Muzyka mojej duszy”).

„Liberty & Identity” Agaty Kulis nie jest płytą, która odsłania wszystko od razu i próbuje zdobyć uwagę pojedynczym gestem. Jej siła ujawnia się stopniowo – w sposobie prowadzenia narracji, umiejętności operowania napięciem i świadomym pozostawianiu miejsca na niedopowiedzenia. To album wymagający obecności i gotowości do wejścia w jego rytm, ale odwdzięczający się czymś coraz rzadszym, czyli poczuciem obcowania z muzyką, która nie kończy się wraz z ostatnim dźwiękiem, tylko zostawia po sobie delikatny, ale trudny do zignorowania ślad.

Łukasz Dębowski

*****


  • Mieczysław Kosz – „Ikar. Solo na Jazz Jamboree” [RECENZJA]
  • 30 lat później. Big Day – „Dzień trzeci” [RECENZJA]