“Zbudowałam Mery Spolsky z rzeczy, które mówię wprost” – Mery Spolsky [WYWIAD]

Po wydanym w czerwcu 2021 debiucie literackim „Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj”, Mery Spolsky ogłosiła trasę i zaprosiła publiczność na LIVE ACT, czyli teatralno-muzyczną adaptację swojej książki. Jednocześnie ukazał się audiobook w dwóch odsłonach. O tym wszystkim mieliśmy okazję porozmawiać z artystką.

fot. Piotr Porębski

Dużo rzeczy dzieje się w Twoim życiu. Wydałaś dwie płyty, książkę, audiobook, czego efektem są koncerty w formie „live actów”, ale byłaś też prowadzącą galę rozdania nagród Fryderyk. Kim w takim razie Mery Spolsky czuje się na dzień dzisiejszy?

Faktycznie od jakiegoś czasu wiele się dzieje. Powstała książka, którą planowałam napisać w dalekiej przyszłości, a nie po wydaniu dwóch płyt. Los potoczył się jednak inaczej, bo w trakcie lockdownu miałam więcej czasu na pisanie. Ciężko jest mi powiedzieć, kim się czuję. Na pewno nie „wokalistką” z książkowej definicji, bo według mnie wokalistka to ktoś kto świetnie zaśpiewa każdą piosenkę – od Mieczysława Fogga po Whitney Houston. Raczej robię jakąś formę performance’u, bo łapię się wielu sztuk muzycznych, literackich oraz audiowizualnych. Mieszam to wszystko ze sobą, tworząc własny styl wyrażania siebie. Podobnie było z książką, która przerodziła się w audiobook.

Przyznam, że chętnie posłuchałbym Whitney Houston w Twoim wykonaniu.

Właśnie musiałabym to zrobić całkowicie po swojemu, bo nie dysponuję taką skalą głosu i nie śpiewam w estradowy sposób. Piosenki wielkich wokalistek wymagają konkretnych umiejętności, a ja nie należę do tego typu piosenkarek, dlatego wspomniałam, że taki tytuł nazywania mnie nie bardzo do mnie pasuje. Zresztą zdarzyło się, że nagrałam w życiu kilka coverów i zawsze robiłam to inaczej, bo w typowej formie nie umiałabym się odnaleźć. Często są bardzo trudne i nie pasują do mojego sposobu śpiewania.

Nie ciągnie Cię już do nagrywania coverów?

Kiedy zaczynałam nie lubiłam wykonywać coverów. Robiłam to w ramach konwencji festiwali, na których kiedyś występowałam. Startowałam w różnych konkursach, aby się pokazać szerszej publice i móc potem nagrywać swoje piosenki w pełnym wymiarze jako Mery Spolsky. Robienie coverów jest trudne, bo po co nagrywać jeszcze raz coś, co już jest znane z doskonałego wykonania i w jakiś sposób stało się już legendą, tak jak to było w przypadku Ciechowskiego i Osieckiej? Wiem, że covery mi na początku pomogły. Nagrałam przecież utwór „Kiedy mnie już nie będzie” Agnieszki Osieckiej, który sprawił, że do określonej grupy odbiorców. Ostatnio też wzięłam udział w akcji Kayaxu z okazji XX-lecia, gdzie mogłam zaprezentować swoją wersję utworu Marii Peszek. To było bardzo fajne doświadczenie i cieszę się, że utwór został tak ciepło przyjęty.

Pozwoliłabyś zrobić komuś cover Twojej piosenki?

Myślę, że tak. Kiedyś znalazłam wykonanie mojej piosenki na akordeonie. Takie sytuacje odbieram ze wzruszeniem. Dotknęło mnie to bardzo osobiście. Nie mam więc nic przeciwko, jeśli ktoś zdecyduje się nagrać mój utwór i wyda go profesjonalnie. Byłabym z tego powodu szczęśliwa. Uznałabym to nawet za sukces, że ktoś zdecydował się nagrać moją piosenkę.

A jak Ty odbierasz swoje kolejne sukcesy? Przecież druga płyta to był niewątpliwy sukces, później wyprzedane koncerty i książka, która także trochę namieszała.

Jako osoba, która miała długą drogę muzyczną, bardzo doceniam każdy kolejny projekt i to co się dzieje wokół nich. Pokonywanie kolejnych schodków w moim życiu, żeby dotrzeć do publiczności wymaga dużo pracy, a wejście na następny z nich jest dla mnie kolejnym etapem. Strasznie się cieszę, że ludzie kupują moje płyty, przychodzą tłumnie na koncerty i interesuje ich to, co mam do zaproponowania, ale nigdy nie umiem powiedzieć: o, to już jest mój zawodowy sukces. Kiedy tworzyliśmy z No Echoesem audiobook, to zastanawiałam się, czy w ogóle ktoś tego będzie chciał posłuchać. Jego reakcja była zupełnie odwrotna, mówił mi, że przecież mamy swoją publiczność, docieramy do coraz większej liczby ludzi… A we mnie pojawiały się wątpliwości, bo każdy mój nowy projekt odbieram jako kolejną niewiadomą. Niczego nie jestem pewna, czekam raczej na odbiór i jeśli coś dobrego się wydarzy przy kolejnej rzeczy, którą stworzę, to jestem pozytywnie zaskoczona i szczęśliwa. Cieszę się, że druga płyta „Dekalog Spolsky” trafiła do ludzi i spotkała się z tak przychylnym odbiorem. Opinie na temat mojej książki też były dla mnie zaskoczeniem. Już samo to, że ludzie ją przeczytali było dla mnie radością. Wiem, że tak nie musi być zawsze.

Wspomniałaś, że książka pojawiła się trochę przez przypadek. W takim razie, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zdecydowałaś się ją napisać i wydać?

Już w szkole podstawowej mówiłam, że chcę zostać pisarką i będę wydawać książki (śmiech). Z czasem okazało się, że muzyka wygrała w moim życiu. Z tyłu głowy miałam jednak marzenie, żeby napisać książkę. Po albumie „Dekalog Spolsky” zaczęłam więc pisać, ale bez parcia, że musi to zostać wydane. Podczas pandemii miałam więcej czasu, żeby to kontynuować, więc prace związane z tworzeniem książki zaczęły nabierać wyraźniejszych kształtów. Pewnie gdybym w tamtym czasie koncertowała, to nie napisałabym książki, więc traktuję to jako plus tych trudnych dla wszystkich czasów.

W pewnym momencie pisałaś więc już pod kątem wydania Twoich tekstów jako książki?

Myślałam, że fajnie byłoby to wydać. Nie spisywałam jednak wszystkiego chronologicznie, raczej robiłam to w formie pamiętnika, wyrzucając systematycznie to, co pojawiało się w mojej głowie. Po czasie zaczęłam całość układać, żeby to miało swój porządek. Dopiero na końcu powstał tekst otwierający książkę, a także testament zamykający. Jest to zbiór tekstów, do których można wejść od środka, ale można też wiele rzeczy interpretować na swój sposób. Taka forma pamiętnika, bo przelewałam myśli, które w danym momencie kłębiły się w mojej duszy. Na końcu złożyło się to na zbiór opowiadań z życia Marysi (śmiech). Pojawia się też miejsce na refleksje, bo pisałam to z perspektywy tej drugiej części swojej osoby, która miewa w życiu wiele wątpliwości. Stąd też myśli nawet o śmierci.

Często w tej książce wspominasz swoją mamę, której nie ma już z Tobą, ale właściwie mam wrażenie, że ciągle towarzyszy w Twoim życiu.

Moja mama na pewno jest obecna w moim życiu. Ta książka jest też o tym, że można być w życiu bardzo energetycznym, wesołym człowiekiem, choć w głowie skrywają się ciemniejsze myśli. One zawsze będę, nie znikną. Tam można znaleźć wiele kontrastów, bo kiedy piszę np. o chodzeniu na zakupy temat szybko potrafi się zmienić w tęsknotę za kimś, kogo już w naszym życiu nigdy nie będzie. To jest dla mnie bardzo inspirujący temat. Jak to możliwe, że ktoś był blisko ciebie, a nagle zniknął? Zostały tylko zdjęcia, rzeczy, wspomnienia…

Nie miałaś nigdy obaw, że piszesz lub mówisz o rzeczach zbyt osobistych?

Mam wrażenie, że zbudowałam Mery Spolsky z rzeczy, które mówię wprost. Nie boję się więc mówić o sytuacjach osobistych, intymnych, albo takich, których sami przed sobą się wstydzimy. Pierwsza płyta była o moich zawodach miłosnych. Lubię tworzyć coś na podstawie swoich doświadczeń. To podoba mi się w rapie, że teksty raperów są bardzo o nich, pojawiają się w nich realne odniesienia w postaci dat, ksyw, przeżyć. To jest fajne, prawdziwe i do bólu szczere. Tak też wychowała mnie moja mama, że nie należy kryć się ze swoimi emocjami. A teraz żyjemy w czasach social mediów, kiedy przestajemy wstydzić się tego, jacy jesteśmy i co nas w życiu dotyka.

 

fot. materiały prasowe

Nie masz obaw związanych z Instagramem? Czy to nie social media powodują, że nasze życie stało się bardziej wirtualne?

Piszę w książce, że „Instagram to jest taki potwór, którego trzeba karmić codziennie” (śmiech). Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dzięki mediom społecznościowym mogę cały czas informować o tym, co się dzieje w moim życiu zawodowym. Z drugiej strony, gdy zbyt rzadko udzielam się tam, to ktoś może uważać, że za mało się angażuję i może to zostać źle zinterpretowane. Zresztą w mojej książce jest rozdział „Instachłam”, i jest o tym, że czasem staję się niewolnikiem tego miejsca.

A wkurzają Cię czasem ludzie, którzy piszą czasem przykre rzeczy, których na żywo nie mieliby pewnie odwagi powiedzieć?

W internecie pojawiło się zdjęcie z mojego „live actu”, na którym jestem kuso ubrana i widać mi pośladki. Nastąpiło pewne poruszenie, choć z mojej perspektywy takie stroje na scenie, to nic nowego. Pod postem pojawiły się różne, czasem niemiłe komentarze. Jeszcze dwa lata temu sprawiłoby mi to przykrość, jednak teraz odebrałam to zupełnie inaczej. Nawet mnie to rozbawiło, chociaż nie mogę obiecać, że kąśliwe słowa będą zawsze po mnie spływać. Jestem tylko człowiekiem i czasem takie komentarze mnie bolą.

Wracając do samej książki należy zwrócić uwagę nie tylko na treść, ale także formę graficzną. Czy tutaj także wszystkie pomysły pochodziły od Ciebie?

Marzyłam o tym, żeby każdy tekst został inaczej zaprezentowany. Dlatego niektóre z nich pisane są różnymi kolorami, pod kątem, do góry nogami, pojawiają się też grafiki. Za oprawę graficzną odpowiedzialny jest grafik Tomek Kuczma, który zapanował nad tym wszystkim i włożył w to dużo serca. Uciekaliśmy od tworzenia czegoś na wzór „pamiętnika małolaty”, gdzie jest milion kolorów i bazgrołów. Chcieliśmy zachować równowagę, żeby treść nie została przesłonięta innymi dodatkami. A oprawa tej książki pojawia się również w audio wizualizacjach live actów -„absurd” na początku spektaklu czy motyw strzykawki z Instagrama na naklejkach w merczu.

Czy nikt nie zarzucił Tobie, że poprzez te dodatkowe elementy ukrywasz się trochę jako pisarka, tuszując treść tej książki?

Nie spotkałam się z takim komentarzem, ale być może niektórzy ludzie mogą tak to odbierać. To jest też moja odpowiedź na dzisiejsze czasy, bo nawet w pisaniu wiadomości odchodzi się od podawania surowej treści. Niemal zawsze idą za tym dodatkowe znaczki graficzne, emotikony. Staliśmy się ludźmi wizualnymi, myślimy obrazem.

W którym momencie książka połączyła się w Twojej głowie z muzyką?

Gdy skończyłam pisać książkę czekał na mnie proces oczekiwania. Trzeba było znaleźć wydawcę, prowadzić rozmowy na różnych szczeblach, żeby książka mogła się ukazać. Musiało to potrwać. W tym czasie pomyślałam, że dobrze byłoby stworzyć z No Echoesem jakąś piosenkę, która będzie odnosić się do tego wydawnictwa. Kiedy usiedliśmy razem do tworzenia muzyki, okazało się, że pomysłów pojawiło się więcej i wtedy pomyślałam, że może zrobimy coś na kształt muzycznego audiobooka. W czerwcu 2021 roku ukazała się książka, a ja już miałam skończone piosenki będące jej rozwinięciem. Wiedziałam, że je opublikujemy ale nikomu jeszcze wtedy o tym nie mówiłam, bo nie chciałam zamieszać odbiorcom w głowach. Wszystko więc wyszło w swoim czasie.

 

fot. Bartosz Kuśmierski

„Live acty” to jednak zupełnie inny rozdział w Twojej działalności, bo jest to forma spektaklu i nie można na nich usłyszeć piosenek z Twoich płyt.

Rozgraniczam obie działalności koncertowe. „Live act” jest tylko i wyłącznie spektaklem do książki. To jest zupełnie odrębny projekt, stąd występuję w nich jako Marysia z grzywką w czarnym garniturze i staję się postacią z tych spisanych opowieści. Chciałabym ten projekt dalej odświeżać i wracać z kolejnymi spektaklami w takiej odrębnej odsłonie.

W książce przemycasz wiele muzycznych wątków, a jednym z nich jest rozdział zatytułowany „Prośba do następczyni”. To celowe odniesienie do twórczości Grzegorza Ciechowskiego?

„Prośba do następcy” to jeden z moich ulubionych tekstów Ciechowskiego, bo mnie wzrusza. To list do następcy ukochanej. Autor daje wskazówki przyszłemu mężczyźnie swojej dziewczyny, jednocześnie zaznaczając swoją obecność jako pierwszej, najważniejszej osoby. To jest bardzo życiowe. Ja chciałam napisać tekst na podobnej zasadzie, odnosząc się w swoich słowach do tego, że najlepiej byłoby, gdyby taka osoba w życiu mojego ukochanego nigdy się nie pojawiła. To nawiązanie do Ciechowskiego wizualizuję też podczas „lice actów”, bo pojawiają się charakterystyczne, czarno-białe pasy na ekranie, gram na gitarze w paski. To ma być parafraza jego piosenki.

Kolejna wielka postać pojawia się w teledyskach do piosenek uzupełniających ten projekt. Skąd w Twoim życiu wziął się Maciej Maleńczuk?

Poznałam Maćka w programie Kuby Wojewódzkiego, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w ogóle mnie kojarzy. Później wysłałam mu kilka swoich tekstów, bo chciałam znać jego opinię na ten temat. Było to dla mnie ważne, ponieważ bardzo cenię sobie, w jaki sposób pisze Maleńczuk. Lubię w nim to, że jest szczery, bezkompromisowy i ma swój świat. Okazało się, że spodobała mu się moja książka, stąd z tyłu na okładce można przeczytać kilka słów od niego. Moim zdaniem Maciej bardzo pasuje do świata Marysi z książki. On też ma w sobie jakiś mrok, jest szalony i szczery w swoich poglądach. Dlatego zaprosiłam go do „Trapowego opowiadania”, gdzie pojawia się w teledysku.

A jak dokonywałaś selekcji rozdziałów z książki, które dostały swoje muzyczne życie?

Wybierałam po prostu swoje ulubione opowieści, czyli tekst o tacie, mamie, morzu, które uwielbiam. Znalazło się też „Trapowe opowiadanie”, które stało się singlem i jest tekstem introdukcyjnym, wskazującym, co Marysia lubi a czego nie. Przy wyborze kierowałam się też tym, co stanowi sens książki, czyli śmierć, samoakceptacja i miłość. Przecież całe życie szukamy miłości do innych i samych siebie.

 

W jaki sposób szukałaś z No Echoes pomysłów, żeby muzycznie zobrazować te opowieści?

Przede wszystkim chcieliśmy, żeby każdy utwór był w innym stylu muzycznym. Dlatego na audiobooku muzycznym jest ballada z gitarą, ale też reggae tonowy utwór czy trapowa kompozycja. Przy okazji chciałam dotknąć gatunków, którymi wcześniej się nie inspirowałam lub, które kocham z przeszłości np. rock. Nasze wodze fantazji poszły daleko, bo przy takim projekcie mogliśmy sobie na to pozwolić. Przy tworzeniu regularnej płyty nie miałoby to możliwości zaistnieć w takiej formie.

Czy tworząc projekt związany z książką i audiobookiem zastanawiałaś się, do jakiego odbiorcy tym razem trafisz?

Nigdy nie myślę o tym, gdy piszę teksty lub piosenki. Zauważyłam jednak, że na Targach Książki pojawili się nowi odbiorcy zainteresowani tym, co robię, kim jestem i co stworzyłam. Na pewno trafiłam z książką do ludzi, którzy nie wiedzą, że tworzę muzykę. Właściwie nic o mnie nie wiedzą, ale zainteresowali się samym tytułem „Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj”. Z audiobookiem też trafiamy do nowych osób.

Czy na Twoich „live actach” także pojawiła się nowa publiczność?

Tak, zdecydowanie. Prócz moich ukochanych Ludzi Spolsky, którzy zasilają pierwsze rzędy, pojawiają się ludzie, którzy poznali mnie przez książkę. Zaskoczyło mnie, że na „live act” przyszły dwie dziewczyny z Izraela, które zupełnie nie rozumieją języka polskiego. Ponoć im się podobało! Występy są też pewną formą wizualną, więc można je interpretować bez rozumienia słów. Zaskakują mnie sytuacje, gdy docieram do nowej publiczności, która przy okazji wydawania regularnych płyt z piosenkami, być może nigdy by się nie pojawiła. A warto dodać, że podczas tych spektakli dzieją się czasem rzeczy spontaniczne, bo wchodzę w interakcję z odbiorcami.

Czy na dzień dzisiejszy proces przełożenia książki na „live acty” jest już zamknięty? Czy masz jeszcze pomysły, żeby coś do tego wszystkiego jeszcze dołożyć?

Nowe pomysły na pewno by się znalazły – można stworzyć serial animowany (śmiech). Póki co jednak „live acty” wymagały ode mnie i mojej ekipy włożenia ogromnej ilości pracy i nie chciałabym dokładać do tego jeszcze coś nowego. To godziny prób, tworzenia koncepcji, scenografii, wizualizacji, programowania świateł… Chcę się nacieszyć kolejnymi występami przed publicznością z tym projektem. Kolejne spektakle już na wiosnę, zaczynamy w marcu! Mam już także wizję na trzecią płytą, ale o tym póki co nic nie powiem (śmiech).

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Bezkompromisowy LIVE ACT Mery Spolsky w Łodzi [FOTORELACJA]

Dodaj komentarz