“Jako zespół wciąż się uzupełniamy” – Janusz Panasewicz [WYWIAD]

“LP 40” to nowy album zespołu Lady Pank. Co ważne, ukazał się on w jubileuszowym, 40 roku istnienia grupy. Z tej okazji mogliśmy porozmawiać z Januszem Panasewiczem nie tylko o premierowej płycie.

fot. Bartosz Kuśmierski

W okresie pandemicznym każdy koncert jest niezwykle ważny. Kilka z nich zdążyło się odbyć przy premierze nowej płyty „LP40”. Czy te koncerty w tak trudnym czasie smakują inaczej niż zwykle?

Oczywiście, że smakują inaczej. Każdy z nich smakował bardziej intensywnie. Tym bardziej, że grając przez tyle lat bardzo dużą ilość koncertów, wciąż mamy niezaspokojoną potrzebę grania na żywo. Tych kilka, które zdążyły się odbyć – w tym dwa w warszawskiej Stodole – też nie wyglądały tak jak zawsze, bo jednak obostrzenia wymagały trzymania się w dystansie, publiczność w maseczkach… to jednak nie było do końca to samo, choć fani jak zawsze dopisali i przyjęli nas doskonale. Podobnie było podczas koncertów w sierpniu i wrześniu 2020, kiedy zagraliśmy 12 koncertów w amfiteatrach. To były nasze występy po bardzo długiej przerwie, co stało się dla nas dużym przeżyciem. Reakcje fanów, wymiana energii, ta tęsknota za normalnością wywołały w nas niemałe emocje.

Podczas koncertów towarzyszących premierze płyty „L40” zagraliście cały nowy materiał, co nie było wcześniej takie oczywiste. Czy świadczy to o tym, że premierowe piosenki mają dla Was wyjątkową wartość?

Już samo to, że to album wydany na 40 lecie istnienia Lady Pank, potwierdza ważność tego materiału. Do tego dochodzi trochę inne brzmienie. Inaczej podeszliśmy do tej płyty. Faktycznie wcześniej nie zdarzyło nam się zagrać całego nowego albumu od początku do końca. Może tak było z pierwszą naszą płytą, ale to była sytuacja wymuszona brakiem innego materiału (śmiech). Tutaj chcieliśmy sprawdzić całość, jak ludzie będą reagować na te piosenki na koncertach. A te w Stodole odbyły się zaraz po premierze płyty, więc miało to dodatkowe znaczenie i było dla nas ważnym wydarzeniem. Na kolejnych koncertach nie będziemy jednak już grać całej nowej płyty.

 

fot. okładka płyty

Nie macie problemów z przeniesieniem nowego materiału na koncert, ponieważ każda płyta Lady Pank nagrana jest tak, żeby dało się ją zagrać w całości na żywo. 

Janek Borysewicz zawsze tak robił, żeby nagrywając nowy materiał, dało się go przenieść w całości na koncert. Przecież my nigdy nie wiemy, które piosenki będą miały lepszy odbiór, które spodobają się fanom, a tym samym wejdą do naszego repertuaru koncertowego. Dlatego każdy numer musi być tak nagrany, żeby dało się go odtworzyć na żywo. Można powiedzieć, że to jest założenie od samego początku istnienia Lady Pank.

Nie wyklucza to jednak ciągłego rozwoju zespołu, czego potwierdzeniem są nowinki, które można usłyszeć na płycie „LP40”. Wciąż jako zespół czujecie potrzebę poszukiwania nowych rozwiązań?

Pewnych nowości technologicznych nie unikniemy, co ma ostatecznie wpływ na to, jak będzie prezentować się nasza kolejna płyta. Korzystamy z tego w taki sposób, żeby nie zniwelowały one charakteru zespołu. Nie żyjemy w próżni, słuchamy tego, co się dzieje dookoła, więc pewien rozwój i korzystanie z nowości technicznych jest nieuniknione. Zdaję sobie sprawę, że są fani, którzy przywiązali się do naszego brzmienia z początków działalności i chcieliby usłyszeć na nowym albumie ten Lady Pank sprzed 40 lat. Ale to nie jest możliwe – my już jesteśmy w innym miejscu, dojrzalsi, ale także cała sytuacja społeczna dookoła nas jest inna, dlatego nie możemy odtwarzać tego, co miało miejsce wiele lat temu, gdy byliśmy młodymi, niedoświadczonymi chłopakami. Pomimo zmian zawsze jednak pozostajemy wierni sobie i z pewnej charakterystyki siłą rzeczy nigdy nie zrezygnujemy. Przecież zawsze są gitary Janka, do tego mój głos… to narzuca wyraźny charakter Lady Pank.

Zmiany wyraźnie są słyszalne chociażby w utworze „Pokolenia”. Wtedy od razu pojawiły się opinie, które z jednej strony mówiły – fajnie, że coś nowego, a z drugiej, że to nie pasuje do zespołu. 

Janek Borysewicz komponując ten utwór miał plan, żeby poszerzyć brzmienie. Stąd pojawiają się w „Pokoleniu” dęciaki, co jest złamaniem pewnej charakterystycznej dla nas formy. W „Wiecznym chłopcu” można usłyszeć zagraną na dużym oddechu trąbkę. Te pomysły Janka zbiegły się z wizją naszego nowego realizatora Jarosława Barana, który współpracował z nami przy tej płycie. I myślę, że to fajnie wyszło. Nie musi się każdemu podobać, ale tak jak wspomniałem wcześniej, pewne zmiany są nieuniknione i nam też dają one dużo frajdy.

 

A jak Janusz Panasewicz jako wokalista podchodził do tych nowych piosenek? Czy dużo czasu potrzebował, żeby się z tymi utworami zaprzyjaźnić?

To też trochę wyglądało inaczej, bo przez pandemię miałem więcej czasu, żeby je poczuć. Dużo wcześniej dostawałem wersje demo – takie szkice bez obróbki z domowego studia Janka. Na początku zawsze staram się odnaleźć klimat każdej piosenki. Decydującym i wiążącym elementem całości jest tekst, chociaż zawsze wcześniej próbuję złapać jakiś charakterystyczny motyw kompozycji. Moje późniejsze przymiarki z tekstem były o tyle ważne, że na ten album nie napisałem żadnych słów. Potrzebowałem więc czasu, żeby poczuć i przyswoić każdy tekst. Starałem się wtedy odpowiedzieć na podstawowe pytanie – czy ja się zgadzam z tym, o czym to jest, czy jest to napisane moim językiem, czy są tam zwroty, których ja używam. Muszę znaleźć najpierw moją wewnętrzną akceptację. Każda najmniejsza moja wątpliwość wypłynęłaby w studiu nagraniowym, chociażby przez to, że barwa głosu nie byłaby właściwa. Gdybym nie poczuł tych tekstów, nie byłoby to prawdziwe, nie zabrzmiałoby nawet w studiu, podczas rejestrowania tych piosenek. Czasu na nagrywanie nowego materiału mieliśmy dużo, wszystko przebiegło bardzo sprawnie, także w warstwie tekstowej.

Dlaczego na nowej płycie „LP40” nie ma tekstów Janusza Panasewicza? 

Nie ma reguły na to, kiedy moje teksty mają powstać na jakąś płytę. To Janek Borysewicz szuka autorów, których teksty będą pasowały do konkretnych kompozycji. On ma intuicję do takich rzeczy i wybór był w głównej mierze uzależniony od niego. To on wie, co będzie pasowało do jego muzyki. Nie mam z tym problemu, bo przypominam, że ja napisałem chociażby wszystkie słowa na płytę „Zimowe graffiti 2”. Wtedy latem na wakacjach tworzyłem teksty, które odzwierciedlały zupełnie inny klimat (śmiech). Nigdy jednak nie zakładamy, kto przy nowej płycie będzie głównym autorem tekstów. To się dzieje na gorąco i wiem, że to jest dobre, tym bardziej, że wiele sytuacji opisowych odnosi się do tego, co dzieje się aktualnie za oknem.

Właśnie kilka tekstów wiąże się polityką. Kilka z nich na siłę próbuje się przypisywać politycznie. Czy żyjemy już w takich czasach, że nie da się zaśpiewać o czymkolwiek, by natychmiast nie zostać mocno politycznie naznaczonym?

To staje się już męczące, bo każdy komentarz odbierany jest jako występowanie przeciwko komuś lub czemuś i natychmiast jest odczytywany jako polityczny manifest. A przecież tak nie jest. Politycznie naznaczona jest nie tylko muzyka, bo widać to także chociażby w sporcie. To nie jest fajne w dzisiejszych czasach. W muzyce nie otwiera to żadnych horyzontów artystycznych.

Bardzo ważna historia pojawiła się w tekście Wojciecha Byrskiego do utworu „Drzewa”. Problem depresji przybrał zapewne na sile w ostatnich czasach. To dla Pana także ważny tekst?

Na pewno tak. Koncepcja tego utworu przybrała pełniejszą formę, kiedy powstał klip, który wiąże się z tematem zawartym w tekście. Przez to jego istota została mocniej podkreślona. Te słowa faktycznie mają zwrócić uwagę na ważny problem. Wciąż za mało się na ten temat mówi. Brakuje dyskusji na ten temat, szczególnie w odniesieniu do czasów, w których żyjemy. Depresja jest poważną chorobą i nie zdajemy sobie sprawy, że wiele ludzi, których codziennie mijamy na ulicy, mierzy się z tym problemem. Poklepywanie kogoś po ramieniu, bo myślimy, że ma gorszy dzień, nie rozwiązuje sytuacji, w której ktoś może się znajdować. Boję się, że to przybierze jeszcze na sile, bo widzę, ze coraz młodsi ludzie nie radzą sobie z tą chorobą. To jest niepokojące. A w teledysku „Drzewa” wziął udział słynny psycholog i muzyk pan Dariusz, który niedawno zmarł. To była duża tragedia dla środowiska.

 

Czy przytrafiły się kiedyś takie teksty, których Pan nie zaakceptował, bo nie potrafił się z nimi utożsamić?

Zdarzało się tak niemal przy każdej płycie. Były takie teksty, których po prostu nie czułem. Czasem coś nie żarło w studiu nagraniowym i decydowaliśmy się zmienić tekst. Zdarzało się, że coś nie współgrało z muzyką. Jest to nieodłączna część pracy nad płytą. Nawet pracując przy „LP40” zmienialiśmy jakieś wersy w trakcie nagrywania. Wtedy dzwoniliśmy do autora i rozmawialiśmy o zmianach.  

Zespół Lady Pank korzysta głównie ze sprawdzonych tekściarzy. Czy to znaczy, że nowe pokolenie, które „po piętach depcze nam” („Pokolenie”), nie jest w stanie zainteresować Was od tej strony?

Akurat na „LP40” pojawiły się dwa teksty niezwykle zdolnego Michała Wiraszko, z którym wcześniej nie współpracowaliśmy. Bardzo czujnie podszedł do napisania słów do „Zimy” i „Tego nie mogą zabrać nam”. Nawet szybko nagrałem te numery – niemal bez żadnych poprawek. A fragment piosenki przytoczony w pytaniu nie odnosi się konkretnie do jakiejś dziedziny. Po prostu przychodzi nowe pokolenie, które już inaczej myśli, inaczej podchodzi do sfery obyczajowości, pojmowania różnych rzeczy, albo świeżych pomysłów. Jednak bez względu na to, my robimy swoje, bo mamy swój patent na muzykę. Doceniamy jednak zdolną młodzież, tworzącą wartościowe piosenki. Jest bardzo wielu młodych artystów, których twórczość cenię. Daria Zawiałow – świetnie wypada na koncertach, mądra, nowoczesna, pomysłowa. Jest Krzysztof Zalewski, który wcale nie tworzy łatwych rzeczy, a ma bardzo dobry odbiór. Znowu Dawid Podsiadło ma ciekawą osobowość, który wychowuje swoje pokolenie słuchaczy.

Na płycie „LP40” dosyć mocno wokalnie udziela się Jan Borysewicz. Już w pierwszym utworze „Ameryka” to on przejmuje dowodzenie. Czy w tych kwestiach jego udziału wokalnego zawsze zgadza się Pan w 100%?

Warto o tym powiedzieć, bo skoro jest to płyta jubileuszowa, to dzięki wokalom Janka chcieliśmy zatoczyć pewne koło. Przecież on już śpiewał w „Małej Lady Pank”, kiedy jeszcze nie wydaliśmy pierwszej płyty. Później nagrał swój wokal w piosence „Wciąż bardziej obcy”, która znalazła się na pierwszym albumie. Kolejnym było „Minus 10 w Rio”, gdzie Janek śpiewał zwrotki a ja refreny. Na „LP40” chcieliśmy ludziom przypomnieć, że tak zaczynaliśmy. A „Ameryka” wydawała się mi się idealnym utworem dla niego. To w końcu za nią tęsknił dawno temu, chciał tam kiedyś wyjechać, ma z nią związane wspomnienia. Poza tym on słuchał dużo amerykańskiej muzyki bluesowej. Do tego doszły wydarzenia, które miały miejsce w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych. Ameryka była kiedyś jego marzeniem i zasugerował tekściarzowi Wojtkowi Byrskiemu, o czym chciałby zaśpiewać. Ja jestem zadowolony z ostatecznej wersji tego utworu. Jako zespół wciąż się uzupełniamy i to jest bardzo fajne.

 

Jak Pan patrzy na solowe dokonania Jana Borysewicza? Czy słuchał Pan jego płyt? A może pomyślał Pan kiedyś – jaki fajny numer, szkoda, że nie jest w repertuarze Lady Panku?

Na pewno doceniam to co robi poza zespołem. Jego solowe płyty pokazywały, jakim jest świetnym gitarzystą, bo jednak na nich jest więcej muzyki, więcej na nich gra – tam pokazuje wszystkie swoje możliwości techniczne. One są trochę inaczej skrojone, bo to Janek jest tam na pierwszym planie. On uwielbia grać w trio, jak The Police, albo Hendrix. Jego płyty to są takie podróże gitarzysty. Znam jego solowe dokonania, które zawsze mi się podobały. Jest też kilka numerów z różnych jego płyt, które uważam, że pasowałyby też do Lady Pank. On tworzy niemal zawsze kompozycje, które dobrze przekładają się na piosenkę.

Jego solowe płyty to także wynik tego, że Jan Borysewicz ciągle nagrywa coś nowego, ma mnóstwo pomysłów. Ponoć na album „LP40” udało się zgromadzić dużo więcej materiału niż zostało ostatecznie nagranych?

To prawda. Ja sam zaśpiewałem chyba 15 utworów, a na płycie znalazło się 12. Kiedy nagrywaliśmy w studiu Wojtka Olszaka, to aż zapytałem – ile ja już nagrałem tych wokali, może już wystarczy? Tak się zdarza, że rejestrujemy więcej niż ostatecznie mieści się na płycie. Jednak jestem pewien, że kiedyś te niewydane rzeczy też ujrzą światło dzienne. Może wyjdzie jakaś reedycja z bonusami? Niczego nie obiecuję, ale jest to możliwe, że te numery niewydane także trafią w jakiejś formie do publiczności.

A czy zdarzyło się, że przy nagrywaniu nowego albumu, Jan Borysewicz wyciągnął coś starszego z szuflady? Czy raczej to musi być zawsze tylko premierowy materiał?

Jego szuflada zapewne zawiera dużo pomysłów, które zgromadził przez lata, ale nagrywając nową płytę nie sięgał do starszych kompozycji. Na „LP40”, tak jak przy większości płyt, wiele rzeczy jest tworzonych na bieżąco. Janek nagrywa demo, a potem rozsyła do wszystkich z zespołu. Ewentualnie spotykamy się na próbie i dzielimy się swoimi pomysłami. W szufladzie ma też zapewne takie utwory, które stworzył z myślą o innych wykonawcach.

Czy Janusz Panasewicz myśli też o swojej solowej działalności? Czy to jest już zamknięty rozdział?

Ja cały czasem o tym myślę. To wcześniej czy później musi się wydarzyć. Mam takie plany, o czym mówiłem już jakiś czas temu. Na pewno powstaną piosenki na mój solowy album. Za wcześnie jest jeszcze o tym mówić z prostego powodu. Wciąż mamy pandemię i myślimy o koncertach promujących ten album, które zagramy, kiedy to będzie możliwe. Już wiadomo, że trasa związana z „LP40” przeciągnie się na kolejny rok. Dlatego plany rozciągają się w czasie, ale kiedyś wrócę do tych pomysłów związanych z solową płytą. To będzie niespodzianka.

Czy zdarzyło się tak kiedyś, że na koncertach Lady Pank, przemycaliście swoje solowe utwory? Czy jednak wyraźnie rozgraniczacie te dwie działalności?

Nie przypominam sobie takiej sytuacji, żeby na koncercie Lady Panku pojawiły się moje solowe piosenki. Nie miało to miejsca. Przy naszych solowych działalnościach graliśmy odrębne koncerty, promujące solowe płyty.

Jakie miejsce w hierarchii ważności będzie zajmował album „LP40” pośród innych płyt zespołu Lady Pank?

Każda płyta miała swój czas i swoje miejsce. Każda z nich wniosła coś do twórczości zespołu. Lubimy sięgać do piosenek z różnych okresów działalności. Wiadomo, pierwsza płyta jest ważna w dyskografii każdego bandu, bo od niej się wszystko zaczyna, ale przecież późniejsze też kształtowały naszą wrażliwość i postrzeganie świata. Czasem fani wrzucają do mediów społecznościowych jakieś starsze piosenki. Wtedy sobie włączam na słuchawkach i przypominam sytuacje, w jakich powstawały. Każdy utwór wiąże się z jakimiś wspomnieniami. Nie umiem więc klasyfikować płyt pod względem ważności. Na pewno ta nowa zawsze będzie szczególna, bo zamyka jakiś okres w działalności zespołu i otwiera nowy. Rocznica 40 lecia jest znacząca. Osobiście do „LP40” będą mógł się szerzej odnieść po koncertach, które mam nadzieję wkrótce będziemy mogli zagrać. Konfrontacja tego materiału z żywą publicznością jest dla mnie najważniejsza. A czas pokaże, które piosenki będą dla mnie osobiście istotniejsze z tej płyty.

Ile lat będzie jeszcze istniał zespół Lady Pank?

(śmiech) Zaczynając grać w zespole, nikt z nas nie był w stanie przewidzieć, że spędzimy ze sobą 40 lat na scenie. Z Jankiem tworzymy przecież Lady Pank od samego początku. Nigdy nie zakładaliśmy, ile będziemy razem grać, wiele się po prostu działo w późniejszym czasie samoistnie. Dopóki zdrowie nam pozwoli, będziemy mieli dobrą kondycję i dalszą chęć ze sobą przebywać, to Lady Pank będzie istnieć. Czasem przed koncertem Janek pyta mnie: Panas, jak myślisz, ile my jeszcze lat będziemy grać? Odpowiadam mu wtedy: nie wiem jak Ty, ale ja się dobrze czuję. Poza tym nic lepszego i tak nie mamy do roboty (śmiech).

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

fot. materiały prasowe

2 odpowiedzi do ““Jako zespół wciąż się uzupełniamy” – Janusz Panasewicz [WYWIAD]”

Dodaj komentarz