“Każdy z nas czerpie z innych gatunków muzycznych” – nasz wywiad z duetem MIST

Kilka miesięcy temu ukazał się pierwszy album płytowy duetu MIST – „Mist Live Dragon” będący zapisem koncertu, który odbył się w ubiegłym roku w poznańskim klubie Dragon. Album ukazał się nakładem wydawnictwa Broda Records na CD i w wersji winylowej.

Z tej okazji mieliśmy okazję zadać duetowi kilka pytań.

fot. materiały prasowe

Znając Wasze wcześniejsze poczynania muzyczne, każdy z Was ma odrębną wizję muzyki. Jak to się stało, że zaczęliście razem nagrywać jako zespół MIST?

 

Maciej Pruchniewicz: Co by nie ukrywać, niebagatelne znaczenie ma to, że Szymon jest moim synem i razem zbudowaliśmy ten projekt.  Owszem, każdy z nas ma inne gusta muzyczne, ale obaj po prostu doceniamy dobrą muzykę. Staramy się znaleźć wspólną wypadkową i chyba nam nieźle wychodzi…

Szymon Siwierski: Wydaje mi się, że genetyczne powiązanie ułatwia nam wzajemne zrozumienie siebie. W wielu innych sytuacjach, gdy dwóch muzyków z różnych środowisk spotkało by się, niekoniecznie zakończyłoby się to owocną współpracą. Mist jako Mist istnieje trochę ponad rok, ale de facto gramy ze sobą w domowym zaciszu już od parunastu lat. To ułatwia wzajemne zrozumienie.

Czy dużo czasu ze sobą rozmawialiście zanim zaczęliście nagrywać premierowe utwory? Szukaliście wspólnego punku zaczepienia, który był punktem zapalnym do powstawania premierowych kompozycji?

M.P.: Raczej dużo z sobą graliśmy i szukaliśmy naszego języka przekazu. Jako że w dużej mierze nasza muzyka jest improwizowana, to koncentrowaliśmy się na oddaniu w niej pozytywnej energii, mniej zwracając uwagę na skrupulatne planowanie założeń aranżacyjnych. Nasza muzyka ma oddawać emocje danej chwili.

SS: Kluczowe w pomyśle na Mist jest połączenie akustycznego fortepianu i klarnetu z preparowaną gitarą mojego Taty. Pomysł takiego mariażu instrumentów jest tym punktem zapalnym, charakterystycznym dla naszego grania.

Czy można mówić o Waszych wspólnych inspiracjach przy tworzeniu repertuaru na płytę „Live Dragon”? I czy jedną z najważniejszych postaci był Krzysztof Komeda, którego „Nim wstanie dzień” („PART III”) jest częścią Waszej płyty?

M.P.: Absolutnie nie, Komeda pojawił się całkiem spontanicznie. Szymon zaintonował, a ja z nim popłynąłem dalej… Jak już wspominałem, nasza muzyka oparta jest na improwizacji i to sprawia nam wielką frajdę. Oczywiście podprogowo się inspirujemy muzyką, którą kiedyś słyszeliśmy, to siła wyższa. Każdy nasz koncert jest inny, każdy wyzwala inne emocje i percepcje dźwięku.

SS: Każdy z nas czerpie z innych gatunków muzycznych, choć absolutnie nie chcemy się do nikogo upodabniać. Gramy to co czujemy, i te emocje w czasie grania to największa inspiracja. A Komeda to czysty spontan.

Materiał na płytę został zarejestrowany podczas koncertu w klubie Dragon w Poznaniu. Dlaczego na debiutanckim albumie MIST zdecydowaliście się umieścić wersje nagrane na żywo? Czy przełożenie tego repertuaru na wersje studyjne zabrałoby coś temu materiałowi?

M.P.: Zdecydowanie tak, muzyka grana na żywo na koncercie jest najbardziej szczera, posiada pierwiastek, który bardzo trudno odnaleźć w pracy w studio, oczywiście są wspaniałe płyty studyjne i nie odżegnujemy się od pracy z producentem, pewnie to kiedyś zrobimy.

SS: Wydanie płyty z tego koncertu nie było planowane. Bartek Olszewski pięknie nagrał ten koncert i gdy tak sobie słuchaliśmy tego co się działo 24 września 2018 roku w Dragonie, stwierdziliśmy, że może warto wydać płytę z zarejestrowanym materiałem. Kolejna spontaniczna akcja w naszym wykonaniu, jako, że i ja i Tata nie jesteśmy mistrzami planowania czegokolwiek.

Nie bez znaczenia jest fakt, że MIST to projekt ojca i syna. Czy można powiedzieć, że takie rodzinne porozumienie jest łatwiejsze na płaszczyźnie artystycznej?

M.P.: Bardzo pomaga, wspólny genotyp ułatwia subtelną nić porozumiewania się bez słów. To magiczne przeżycie wyczuwać wcześniej, w którym kierunku harmonicznym, melodycznym Szymon pójdzie, jest to niesamowity stan tworzenia.

SS: Cudowną sprawą jest rodzinne granie. Wzajemne zrozumienie jest łatwiejsze, zarówno to muzyczne jak i pozamuzyczne. Znamy się równe ćwierć wieku, a to już naprawdę niezły staż jak na zespół!

Czy można mówić, że przy pracy nad wspólnym repertuarem przyświecał Wam jakiś cel? Czy istnieje jakieś ogólne przesłanie, które chcieliście przekazać publiczności nagrywając ten album?

M.P.: Nie mieliśmy żadnych założeń czy oczekiwań. Chcemy się naszą muzyką dobrze bawić i dawać radość naszym słuchaczom.

SS: To prawda. Chyba po prostu musiało się tak stać pewnego razu, że zaczniemy na poważnie razem grać. I stało się. Bez dokładnie wyznaczonych celów i planów.

Jak układa się kolejność utworów na takiej płycie jak „Live Dragon”? Czy była to sytuacja zamierzona czy czysto intuicyjna?

M.P.: Utwory są w kolejności takiej, jak na koncercie, nie ma tu żadnych specjalnych zabiegów. Materiał pięknie zrealizował Bartek Olszewski w świetnej akustycznie sali klubu Dragon.

 Wasza muzyka trudna jest do kwalifikacji. Poruszacie się w obrębie jazzu, ale znajdziemy tu odrobinę etno, a nawet bluesa. Dla jazzmanów będziecie zbyt odlegli od jazzu, a dla muzyków improwizujących być może zbyt zachowawczy. Czy nie stanowi dla Was problemu fakt, że ciężko przypisać Waszą twórczość do bardziej określonego gatunku?

M.P.: Nie mamy z tym problemu, a wręcz przeciwnie, fajnie, że nie damy się zapakować do żadnej szufladki i tam zamknąć na klucz. W tym, co robimy, jesteśmy naprawdę wolni i nic tego nie zmieni.

SS: Zaczynałem swoją przygodę z zespołowym graniem w kapeli metalowej. Później przyszedł rock psychodeliczny, alternatywa i muzyka filmowa. Tata przeszedł przez jeszcze większą ilość gatunków. Z tego powodu szalenie trudno byłoby nam się odnaleźć w jakiejś jednej gałęzi muzyki. I przy okazji byłoby to, wydaje mi się, dość nieszczere, ponieważ musielibyśmy sztucznie się ograniczać. Nam jest zawsze bardzo miło jak ktoś zadaje pytanie: A co wy do cholery gracie?

Ta płyta wydaje się zapisem chwili. Czy to znaczy, że pracując nad tymi kompozycjami dziś, wyglądałaby one zupełnie inaczej?

M.P.: Miałaby pewnie inną energię, tak jak każdy nasz koncert jest inny. Przykładowo, grając koncert np. w Zaduszki, nasze dźwięki byłyby bardziej nostalgiczne, ale nie wynika to z założeń, lecz emocji, które w danym momencie są w nas.

SS: Myślę, że ta płyta mogłaby być zupełnie inna gdybyśmy grali godzinę później koncert w Dragonie, lub też wypiłbym jedno piwo więcej. Z każdym naszym koncertem tak jest. Właśnie sprawdziłem w telefonie notatkę, którą przygotowałem sobie na nasz ostatni koncert. Równo 17 znaków z czego 4 zużyłem na słowo MIST.  To chyba dowód na to, że nasza muzyka nie jest właśnie zapisem chwili.

 Jak będzie wyglądała kontynuacja działalności duetu MIST? Co musiałoby się wydarzyć od strony twórczej, żeby powstał drugi album?

M.P.: Czas pokaże, nie chcemy narzucać sobie nic szczegółowego, pracujemy, gramy, uczymy się… jak powiedziałem, czas pokaże… i pewnie wydamy za jakiś czas kolejny album, ale w jakim kierunku podąży nasza muzyka, trudno powiedzieć, na pewno będzie nasza, szczera, bez zbędnych fajerwerków.

SS: Spontan. Czas pokaże.

 

MACIEK PRUCHNIEWICZ – gitarzysta, kompozytor, producent muzyczny. Brał udział w wielu projektach współpracujących i koncertujących z artystami polskimi i zagranicznymi, m.in. Wojtkiem Waglewskim, Michałem Urbaniakiem, Tadeuszem Nalepą, Małgorzatą Ostrowską, Dariuszem Makarczykiem, Antonim Gralakiem, Mateuszem Pospieszalskim, Jerzym Słomińskim, Włodzimierzem Kiniorskim, Kiparą Yusuph, Osvaldo Baltodano, Luis Varona. Na początku drogi muzycznej najbliższe były mu klimaty bluesowo-rockowe. Obecnie inspiruje się muzyką improwizowaną z pogranicza jazzu, etno, elementów klasycznych, tworzy także muzykę do spektakli teatralnych i muzyki filmowej.
Dyskografia: „Hot Water”, „Wolne od świąt”, „Illusion”, „Niewidzialni ludzie”.

SZYMON SIWIERSKI – pianista, klawiszowiec, klarnecista oraz kompozytor. Mimo młodego wieku, zebrał już duże doświadczenie współpracując z wieloma świetnymi muzykami. Już w wieku kilkunastu lat zaczął improwizować na fortepianie i tworzyć własne utwory. Obecnie gra w zespole Swiernalis oraz tworzy muzykę do spektakli teatralnych i filmów. Łączy w swojej muzyce brzmienia elektroniczne z instrumentami akustycznymi. Pracuje nad debiutanckim albumem, w którym, jak sam mówi, dominować będzie przestrzeń oraz cisza.

 

Dodaj komentarz