“Szczerość i pasja jest kluczem do każdego sukcesu” – nasza rozmowa z Kamilem Haidarem z zespołu Lion Shepherd

Lion Shepherd tworzą Kamil Haidar (wokal), Mateusz Owczarek (gitara) i Maciej Gołyźniak (perkusja). Muzycy postanowili dać upust swoim emocjom i bez ograniczeń czerpać ze wszystkiego co fascynujące.

Progressive, brzmienia world music, muzyka akustyczna, trans, rock, blues. 29 marca ukazała się ich nowa płyta “III”. Z tej okazji mieliśmy okazję zadać kilka pytań wokaliście – Kamilowi Haidarowi.

fot. materiały promocyjne

 

Czy macie problem z tym, gdy ktoś wyraźnie klasyfikuje Waszą muzykę jako rock, art-rock lub muzykę progresywaną? W końcu spektrum rozwiązań muzycznych jest znacznie szersze, czego dowodem jest Wasza nowa płyta “III”.

Kompletnie nas szufladkowanie nie rusza. Nie obrażamy się na to, że ktoś szuka sobie sposobu na to by nas zdefiniować. Ja słucham dobrej muzyki i tak też muzykę dzielę na dobrą i złą. Dlatego też mam ambiwalentny stosunek do tego w jakiej kategorii próbuje się nas umieścić. Dopóki piszecie, że płyta jest sztosem nie będę się awanturował (śmiech).

Już Wasze dwie poprzednie płyty zyskały bardzo dobre recenzje. Czy po świetnym przyjęciu Waszej muzyki staje się wyzwaniem nagranie kolejnej płyty? Czujecie jakąś presję?

Muzykowanie to jest przede wszystkim pasja która ma nam dawać radość.
Dlatego do kolejnych nagrań podchodzimy dokładnie tak samo jak do wszystkich innych rzeczy, które robi się dla przyjemności. Wyciągamy instrumenty i wyruszamy w długą podróż. Nigdy w życiu nie ulegałem żadnej presji i z muzyką jest dokładnie tak samo. Co innego, że mamy głód poszukiwania nowych rozwiązań i potrzebę samodoskonalenia. Raczej określiłbym to wszystko ambicją – nie presją. I myślę, że to poszukiwanie samych siebie w tych dźwiękach, poszerzanie horyzontów, bez oglądania się na to czy komuś to się będzie podobać czy też nie, zapewnia te świetne recenzje naszym wydawnictwom. Szczerość i pasja jest kluczem do każdego sukcesu. Jak będziemy chcieli za chwilę nagrać płytę folkową albo jakąś kolaborację z DJem techno – to to zrobimy bez względu na to czego się od nas oczekuje i jak nas się klasyfikuje.

Czy brzmienie i liczbę wykorzystanych instrumentów (m.in. kwartet smyczkowy) da się przenieść na Wasze koncerty? Czy nowy materiał prezentuje się inaczej na żywo od tego, co można usłyszeć na nowej płycie?

Materiał w wersji koncertowej nie odbiega zasadniczo od studyjnego. Oczywiście kwartet smyczkowy był rozwiązaniem stricte płytowym i na koncerty kwartet z nami nie jeździ, ale to co zagraliśmy na płycie sami jest praktycznie wszystko można usłyszeć na koncertach – perkusjonalia, lutnię, buzuki, klawisze, fretless etc. Niektóre utwory są przearanżowane, bo inaczej się tego słucha w domowym zaciszu a inaczej muszą „kopać” na żywo. Ale ciągle sprowadza to nas do definicji Lion Shepherd – bawimy się muzyką. Jakbym miał odegrać 1:1 na żywo wersje studyjne, wolałbym żeby puszczano mnie z playbacku bo to by zadziałało lepiej a ja nie po to gram koncerty, żeby być żywym magnetofonem.

Pierwsze koncerty z nowym materiałem macie już za sobą. Jaka jest reakcja publiczności przy tej płycie? Inna niż przy poprzednich Waszych projektach?

Reakcja jest bardzo entuzjastyczna, najczęściej słyszymy, że zrobiliśmy ogromny progres, i że nagraliśmy światową płytę. Bardzo mnie to cieszy, bo to oznacza, że słuchacze widzą jak ewoluujemy. Podczas poprzednich płyt dostawaliśmy równie entuzjastyczny feedback. Może dlatego, że każde z naszych wydawnictw to podróż w inne zakamarki świata muzyki. One mają wspólny mianownik jakim jest brzmienie LS, ale każda jest z innej bajki. Taki był nasz zamysł i taki osiągamy cel.

Wasza nowa płyta to zbiór wielu pomysłów i rozwiązań muzycznych. Co stanowi punkt wyjścia przy tworzeniu nowych kompozycji?

Bardzo rożne rzeczy. Riff, partia perkusyjna która Maciek nagrał i podesłał Mateuszowi żeby dograł gitarki, wokalna zaśpiewka, zagrywka na akustyku a nawet po prostu jakiś konkretny instrument. Często ktoś rzuca „zróbmy coś na oud – od tego wyjdźmy”.

“III” to także doskonała produkcja. Jak trafiliście pod skrzydła Monochrom Studio, gdzie pracowaliście pod okiem Ignacego Gruszeckiego oraz Roberta Szydło (Mikromusic)?

Nie trafiliśmy pod żadne skrzydła tylko wynajęliśmy studio i zatrudniliśmy ludzi. To była nasza koncepcja i to my wybraliśmy Monochrom po wielu analizach i rozpatrywaniu wielu miejsc w Polsce i zagranicą. Miło mi, że doceniasz naszą produkcję i z dumą mogę powiedzieć, że jest to w 100 % koncepcja zespołu. My jesteśmy producentami i my nadajemy kierunek – oczywiście Ignacy i Robert mają ogromny wkład w ten album i oni czuwali nad jakością nagrań. Robert miksował też płytę i zagrał na basie. Ale to jaki sound chcemy uzyskać, mieliśmy bardzo precyzyjnie określone i tylko Ignacy i Robert mogli temu wg nas podołać.

Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi od produkcji i nagrań ale z nimi dwoma nam zażarło. Pozyskali nasze pełne zaufanie. Poza tym wszystkim odludzie na jakim mieści się studio Monochrom dał nam jeszcze jedną fantastyczną rzecz – możliwość pracy w ciszy i skupieniu.

Czy tak nieoczywiste rozwiązania muzyczne stają się także wyzwaniem od strony wokalnej? Czy zdarzało się, że musieliście coś zmieniać, żebyś mógł wokalnie lepiej odnaleźć się w kompozycji?

Dla mnie są to ogromne wyzwania wokalne, połamane metra, szerokie harmonie – zastawiono na mnie wiele pułapek (śmiech). Ale nigdzie nie odpuszczałem. Poszedłem po prostu na lekcje i treningi wokalne, by poszerzyć swoje możliwości.
Oczywiście dokonywałem wielu korekt, ale raczej że tak to określę – emocjonalnych. Np.: gdzieś zaśpiewałem oktawę wyżej bo uznałem, że będzie więcej dramaturgii, albo gdzie rozrzedziłem melodię bo uznałem, że jest za gęsto i przez to mniej śpiewnie. Ale nigdy bym nie dopuścił do sytuacji, że musimy z czegoś zrezygnować bo nie jestem w stanie tego wyśpiewać z powodu umiejętności. Zawsze równam w górę zamiast zmuszać innych, by równali w dół. Zresztą ja wobec innych też stawiam bardzo wysokie wymagania i za swoją postawę żądam dokładnie tego samego w zamian.

Wybór singla z tak różnorodnej i pomysłowej płyty nie jest łatwe. Co Was skłoniło, żeby “What Went Wrong” zostało pierwszym singlem?

Impuls. Było wiele pomysłów, staraliśmy się wybrać singla świadomie pod kątem definicji materiału, ale jak wspominasz nie jest to łatwe jeśli każda piosenka jest inna. Aż w końcu padło na “What Went Wrong”. Decyzja została podjęta impulsowo w kilka sekund, podczas towarzyskiego spotkania, na którym słuchaliśmy sobie demo płyty raczej w tle, gadając o różnych duperelach, już po godzinach pracy. I ktoś rzucił „ej – ten będzie fajny na singla”. I tak zostało.

Czy polski rynek muzyczny nie wydaje się Wam za ciasny na Waszą muzykę? Nie chcielibyście uciec z nią dalej, poza granice naszego kraju?

Mamy wielkie ambicje, by zaistnieć również poza granicami kraju i jest to jedyny w zasadzie powód dlaczego śpiewamy po angielsku. Robimy zdecydowane kroki w tamtym kierunku i już nie długo będzie szansa zobaczyć nas za granicą.

 

Dodaj komentarz