,

Dżem – „Sobie potrzebni” [RECENZJA]

„Sobie potrzebni” to pierwszy od ponad piętnastu lat studyjny album Dżemu. Jak zespół wypada po tak długiej przerwie i czy nowy materiał przynosi coś więcej niż powrót do sprawdzonych rozwiązań? O tym w naszej recenzji.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

„Sobie potrzebni” to pierwszy od ponad piętnastu lat studyjny album Dżemu. Jak zespół wypada po tak długiej przerwie i czy nowy materiał przynosi coś więcej niż powrót do sprawdzonych rozwiązań? O tym w naszej recenzji.

Recenzja płyty „Sobie potrzebni” – Dżem (2026)

Dżem to zespół, który nie musi niczego udowadniać. Od zawsze tworzył muzykę bliską tradycji bluesowej i rockowej konwencji, która przez lata nie straciła nic ze swojej atrakcyjności. Ich nowa płyta „Sobie potrzebni” jest jednak skrojona przede wszystkim pod fanów grupy i raczej nie trafi do nowych słuchaczy, którzy poszukują w muzyce innowacyjności czy świeżego spojrzenia na twórczość, która w pewnym sensie powinna również iść z duchem czasu. Jest więc momentami zbyt wtórnie, nawet jeśli niektóre utwory posiadają siłę przebicia, tworząc koloryt muzyki nieustannie pulsującej emocjami i charakteryzującej się ponadczasowym spojrzeniem na określone wartości.

Piętnaście lat to ogromny szmat czasu. Od zespołu odszedł wokalista Maciej Balcar, a jego miejsce zajął – cóż za przewrotność losu – Sebastian Riedel, syn legendarnego Ryśka. I co ciekawe, od pewnych podobieństw nie da się uciec. W jego interpretacji, sposobie układania głosu, a może nawet barwie odnajdziemy iskrę tego, co mogliśmy usłyszeć w piosenkach bandu wiele lat temu. Zbliżenie do tamtych czasów budzi uzasadniony sentyment, co dla zagorzałych wielbicieli może być zaletą. Dla tych, którzy oczekują choć namiastki wychylenia się poza oczywistą konwencję, może być to jednak za mało.

Owszem, nie od każdego oczekuje się wyraźnych zmian, bo można robić swoje, nie poddając się rutynie (patrz The Rolling Stones), jednak granie w tym przypadku na podobnych, melancholijnych nutach bywa po prostu odrobinę nudne (liryczna ballada „Będzie Ci dane”). Może właśnie dlatego zespół nie wydał nowego materiału przez tak długi okres, by nie odcinać kuponów od tego, co już znamy.

Natomiast jednego nie można im odmówić – czuć w tym mocny charakter zbudowany na solidnych fundamentach. Zawodowstwo wszystkich muzyków pozostaje niepodważalne, przez co każda z kompozycji jawi się jako dojrzały i wysmakowany instrumentalnie projekt, niosący gęsto poprowadzone brzmienie gitarowe, które otula piosenkowy, czytelnie postawiony format.

Trzon bandu tworzą dziś gitarzyści Jerzy Styczyński i Adam Otręba (ich solówki są bezbłędne, długie i mocno zarysowane), basista Benedykt Otręba, perkusista Zbigniew Szczerbiński oraz klawiszowiec Janusz Borzucki. Warto zwrócić uwagę, jak panowie bawią się w jednym z bardziej energetycznych numerów, gdzie każdy z nich ma miejsce, żeby pokazać swoje szerokie umiejętności („Amulet”). Wciąż można także wyczuć namiastkę przebojowości w powtarzalnych refrenach, które niosą poszczególne momenty („Dusza”).

Teksty Mirosława Bochenka również wpisują się w specyfikę dokonań Dżemu, pokazując, że czasem warto coś uprościć, żeby zachować własny styl. Dlatego opowieści są opisowo składne, czytelne i łatwe do zrozumienia, bez posiłkowania się metaforycznymi akcentami. To także swego rodzaju „puszczenie oka” do starych fanów („Zabierz kwiaty i raty / pralkę też możesz brać / nie zależy mi na tym / żeby brudy znów prać”).

„Sobie potrzebni” nie zmieni zapewne sposobu, w jaki patrzymy na Dżem, ale też nie taki wydaje się być cel tego wydawnictwa. To album świadomy swojego miejsca i adresata, który bardziej podtrzymuje więź z tymi, którzy od lat są blisko zespołu, niż próbuje otwierać przed nim zupełnie nowe przestrzenie. W tym sensie pozostaje kolejnym rozdziałem historii grupy – bez wielkich deklaracji, ale też bez potrzeby udowadniania czegokolwiek na siłę.

rec. Łukasz Dębowski


  • Mateusz Tranda – „Music Of My Heart” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej