„Kochałem ten zespół i kochałem tę muzykę” – Peter Surray AGE CONNECT [WYWIAD]

Zespół AGE CONNECT zaprezentował materiał, który przez dekady pozostawał jedynie częścią muzycznej legendy. EP-ka „Winner” to sześć utworów nagranych i zmiksowanych już w 1987 roku z myślą o pełnoprawnym albumie. Teraz po latach ukazał się w serwisach cyfrowych, a o całym procesie i początkach grupy mieliśmy okazję porozmawiać z – wtedy perkusistą – Peterem Surrayem.

fot. materiały prasowe (okładka EP)

Po premierze EP-ki „Winner” wiele osób było zaskoczonych, że ten materiał w ogóle istnieje. Ja również. Wiedziałem, że działaliście już w latach 80., ale w internecie praktycznie nie było śladu po tej muzyce.

Nie jesteś jedynym, który tak zareagował. Wszyscy mówią: „wow”, „szok”, „dlaczego tak długo to ukrywałeś?”. A prawda jest taka, że cała historia odżyła dopiero na początku tego roku.

W latach 80. działaliśmy bardzo intensywnie. Nasz największy moment przypadł na rok 1987. Wtedy z wokalistką Eriką M. Naidenov nagraliśmy cały album AGE CONNECT. Materiał był gotowy, zmiksowany i rozsyłany do wytwórni. Rozmawialiśmy z kilkoma dużymi firmami, ale warunki, które nam proponowano, nie były tym, czego oczekiwaliśmy. Byliśmy ambitni i wierzyliśmy, że możemy osiągnąć więcej.

Wcześniej, w 1984 roku, udało nam się wydać singiel z piosenkami „Tears Are Ever Falling Down” i „To Be In Love”. Został zarejestrowany na winylu, którego wytłoczono około dwóch tysięcy egzemplarzy. Większość została sprzedana i była dystrybuowana głównie na terenie zachodnich Niemiec.

Co sprawiło, że po tylu latach wróciłeś do tych nagrań?

To był zupełny przypadek. Zimą moja żona poprosiła mnie, żebym zrobił porządek w pomieszczeniu za garażem. Nie miałem na to ochoty, ale zacząłem przeglądać stare rzeczy. Nagle z jednej z półek spadł mi na kolana karton. Otworzyłem go i zobaczyłem 25 oryginalnych egzemplarzy naszego winyla z 1984 roku.

Byłem w szoku. Zupełnie zapomniałem, że jeszcze je mam. Na pudełku wciąż znajdowała się etykieta z adresem sklepu, do którego miały trafić. Stałem i patrzyłem na to z niedowierzaniem. Pomyślałem wtedy, że skoro winyle znów są popularne, to może warto coś z tym zrobić. Tyle lat nie słuchałem tych nagrań.

I wtedy rozpoczął się proces odnawiania materiału?

Tak. Zacząłem szukać studia, w którym kiedyś nagrywaliśmy. Oryginalne już nie istniało, ale działało nowe studio prowadzone przez René. Wysłałem mu jeden z winyli z pytaniem, czy da się go zdigitalizować.

Po kilku dniach zadzwonił do mnie i powiedział: „Peter, ten materiał jest w fantastycznym stanie. Oczywiście są drobne ślady czasu, ale jakość jest naprawdę świetna”. Zaczął pracować nad nagraniami, a ja wysłałem je do dawnych kolegów z zespołu. Wszyscy byli zachwyceni.

Czy to właśnie reakcje innych osób przekonały Cię do wydania EP-ki?

Zdecydowanie tak. René powiedział mi wtedy coś bardzo ważnego. Stwierdził, że to nie jest tylko muzyka, ale również historia. Później zaczął publikować fragmenty nagrań. Nagle zaczęły odzywać się do mnie osoby z Hiszpanii, Skandynawii i innych krajów. Pisali, że znaleźli nasze stare utwory w internecie i pytali, czy planujemy remastery kolejnych piosenek. Na początku myślałem, że to żart. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś po tylu latach pamięta o tej muzyce i chce ją słuchać.

Czyli to nie tylko Ty uwierzyłeś w ten materiał po latach?

Dokładnie. Fani, realizatorzy dźwięku i ludzie z branży zmotywowali mnie do działania. Wysłałem nagrania między innymi Berndowi Goratsch’owi. Powiedział mi: „Peter, to jest niesamowity materiał”. Podobnie reagowali inni. Kiedy René przygotował remastery sześciu utworów, które ostatecznie trafiły na EP-kę „Winner”, wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem. To dało mi pewność, że warto pójść dalej.

A jak doszło do współpracy z wytwórnią?

Wysłałem materiał do kilku firm zajmujących się muzyką z lat 80. Jedna z nich odpowiedziała praktycznie natychmiast. Szef wytwórni powiedział mi: „Biorę to. Ty nawet nie wiesz, co tam masz”. Ja sam jeszcze nie zdążyłem tego wszystkiego przemyśleć, a on już planował premierę. Przygotował informacje prasowe i ustalił datę wydania. Powiedział mi tylko: „Uwierz mi, to może być bardzo duża niespodzianka”. I rzeczywiście miał rację.

Jak wyglądały pierwsze reakcje po publikacji materiału? Byłeś zaskoczony tym, że te nagrania zabrzmiały tak świeżo po ponad czterech dekadach?

Tak, bardzo. Oczywiście przez te wszystkie lata słuchałem tych utworów od czasu do czasu, mniej więcej raz w miesiącu wracałem do nich z sentymentu. Zawsze uważałem, że są dobre, ale wiadomo, że kiedy sam tworzysz muzykę, trudno spojrzeć na nią całkowicie obiektywnie.

Dopiero gdy materiał został profesjonalnie odrestaurowany przez René i trafił do ludzi z branży, zacząłem słyszeć opinie, które naprawdę mnie zaskoczyły. Wielu mówiło, że te nagrania wcale nie brzmią jak relikt lat osiemdziesiątych, bo mają w sobie coś ponadczasowego. To było dla mnie ogromne wyróżnienie.

Co ciekawe, nie tylko muzyka obroniła się po latach. Także teksty nadal wydają się aktualne. Utwór „America” porusza tematy, które w pewnym sensie pozostają aktualne do dziś. W jednej z piosenek pojawia się nawet wers o Ameryce jako chłopaku o dwóch twarzach. Z kolei „Winner” opowiada o wierze w siebie, o determinacji i podążaniu własną drogą. To są uniwersalne wartości, które nie starzeją się wraz z upływem czasu.

 

Cofnijmy się do początków. Jak właściwie narodził się AGE CONNECT?

Historia zaczęła się około 1980 roku. Początkowo graliśmy w składzie złożonym z przyjaciół. Ja byłem perkusistą, mój młodszy brat grał na basie, Frankie na gitarze, a później dołączyli kolejni muzycy, między innymi Bernie. Z czasem pojawiła się również Erika Mary, która została główną wokalistką zespołu.

Każdy z nas wnosił do grupy własne inspiracje. Słuchaliśmy bardzo różnej muzyki. Były zespoły takie jak Duran Duran, Simple Minds czy Kajagoogoo, ale również Prince, Kraftwerk, Jean-Michel Jarre, Bon Jovi, Van Halen czy Judas Priest. To połączenie różnych fascynacji sprawiło, że wypracowaliśmy własne brzmienie.

Nigdy nie chcieliśmy kopiować jednego konkretnego zespołu. Staraliśmy się tworzyć muzykę, która będzie naszą własną mieszanką wszystkich tych wpływów.

Dziś jesteś kojarzony głównie jako basista. Tymczasem w AGE CONNECT grałeś na perkusji.

To prawda. Wiele osób jest tym zaskoczonych. Perkusja była moim pierwszym instrumentem i przez długi czas pozostawała najważniejszym. Studiowałem muzykę przez dwa lata właśnie jako perkusista.

W AGE CONNECT wszyscy aktywnie uczestniczyliśmy w procesie twórczym. Każdy wnosił własne pomysły do kompozycji i aranżacji. Teksty również powstawały zespołowo. Nie było jednej osoby odpowiedzialnej za całość. Tworzyliśmy jako grupa i właśnie to było jedną z naszych największych sił.

Jedną z ważnych postaci w historii zespołu była wokalistka Erika Mary Naidenov. Jak trafiła do AGE CONNECT?

Mary była pół Niemką, pół Australijką. Poznaliśmy ją dzięki środowisku muzycznemu w Düsseldorfie. Od razu zwróciła naszą uwagę swoim głosem i charyzmą. Miała niezwykłą umiejętność poruszania się pomiędzy różnymi stylistykami. Potrafiła zaśpiewać mocny, rockowy utwór, ale równie dobrze odnajdywała się w bardziej subtelnych i emocjonalnych kompozycjach. Na scenie była bardzo naturalna i szybko stała się ważną częścią zespołu.

Na nagraniach słychać również znakomite partie gitarowe. Kto był za nie odpowiedzialny?

W kilku utworach współpracowaliśmy z Martinem Kähmstedtem. Był to świetny gitarzysta, który grał między innymi z Gianną Nannini i Joe Cockerem. To właśnie on nagrał solówki w utworach „America” i „Open Fire”. Wniósł do tych nagrań ogromny profesjonalizm i doświadczenie. Do dziś jestem pod wrażeniem tego, jak znakomicie te partie brzmią.

AGE CONNECT działał bardzo profesjonalnie jak na niezależny zespół tamtych czasów.

Zdecydowanie tak. Traktowaliśmy muzykę niezwykle poważnie. Robiliśmy próby nawet pięć razy w tygodniu. Mieliśmy własną ekipę techniczną, realizatora dźwięku, osobę odpowiedzialną za światła, a także bus, którym podróżowaliśmy na koncerty.

Nie była to grupa spotykająca się okazjonalnie po pracy. Chcieliśmy żyć z muzyki i robiliśmy wszystko, aby osiągnąć ten cel. W pewnym momencie byliśmy naprawdę gotowi do regularnego koncertowania i wejścia na wyższy poziom działalności.

Jak wyglądała praca nad materiałem, który dziś wraca do słuchaczy?

Pracowaliśmy bardzo intensywnie. Dziewięć utworów zostało nagranych w ciągu dziesięciu dni. Do dziś przetrwało sześć najlepszych. To było ogromne wyzwanie, zwłaszcza że czas w studiu kosztował wtedy naprawdę dużo pieniędzy.

Najpierw rejestrowaliśmy sekcję rytmiczną, czyli perkusję i bas. Później dochodziły harmonie, syntezatory i kolejne elementy aranżacji. Następnie nagrywane były wokale, później gitary i dodatkowe instrumenty perkusyjne, a na końcu solówki.

Każda godzina była dokładnie zaplanowana. Wszystkie pieniądze, które zarabialiśmy jako zespół, inwestowaliśmy z powrotem w muzykę. Nie traktowaliśmy tego jak hobby. To był nasz najważniejszy cel.

W historii AGE CONNECT pojawiały się także wcześniejsze nagrania. Czy możemy spodziewać się kolejnych archiwalnych publikacji?

Zdecydowanie tak. EP-ka „Winner” to dopiero początek. Już wcześniej, w 1982 roku, nagraliśmy singiel „New Face”, który był jednym z naszych pierwszych poważnych kroków na muzycznej drodze. Dwa lata później ukazał się także winyl z materiałem nagranym z udziałem dwóch wokalistek oraz jamajskiego wokalisty Osai.

W archiwach zachowało się jeszcze sporo interesujących rzeczy. Jednym z kolejnych planowanych wydawnictw będzie EP-ka z utworem „Tears Are Ever Falling Down”. Jesienią chcemy przypomnieć materiał z 1984 roku, a zimą planowane jest wydanie odświeżonej wersji „New Face”. Cieszę się, że te nagrania wreszcie ujrzą światło dzienne, bo przez wiele lat znało je jedynie wąskie grono osób.

Mimo dużych ambicji i profesjonalnego podejścia AGE CONNECT nigdy nie osiągnął przełomu, na który liczyliście. Dlaczego?

To pytanie wraca do mnie bardzo często. Prawda jest taka, że byliśmy naprawdę blisko. Rozmawialiśmy z dużymi firmami fonograficznymi, między innymi z Sony oraz EMI/Electrola. Pojawiły się konkretne propozycje współpracy, ale z różnych powodów nie zdecydowaliśmy się na ich przyjęcie.
Z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że pewne decyzje należało podjąć inaczej. Wtedy jednak byliśmy młodzi i kierowaliśmy się własną wizją. Chcieliśmy zachować kontrolę nad tym, co robimy. Wierzyliśmy, że jeszcze pojawią się kolejne szanse.

Muzyka była dla nas wszystkim. Nie traktowaliśmy jej jako dodatku do codziennego życia. Chcieliśmy, aby stała się naszym zawodem. Niestety rzeczywistość nie zawsze układa się zgodnie z marzeniami.

W pewnym momencie podjąłeś decyzję o zakończeniu działalności zespołu. Jak wspominasz ten moment?

To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Ostatecznie około 1990 roku postanowiłem zamknąć ten rozdział. Mieliśmy za sobą wiele lat ciężkiej pracy, koncertów, prób i wyrzeczeń.

Pamiętam, że jeden z ostatnich koncertów zagraliśmy dla około sześciu tysięcy osób. Dla wielu muzyków byłby to powód do dumy, ale ja wiedziałem już wtedy, że zbliżamy się do końca pewnej drogi.

Po podjęciu decyzji praktycznie całą noc płakałem. To nie był chłodny biznesowy wybór. Kochałem ten zespół i kochałem tę muzykę. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że muszę pomyśleć o przyszłości. Chciałem założyć rodzinę, mieć stabilizację finansową i pewność jutra. Ostatecznie wybrałem drogę zawodową poza muzyką.

Jeszcze wcześniej musiałeś zrezygnować z innej wielkiej pasji – sportu.

Tak, zanim muzyka całkowicie mnie pochłonęła, bardzo poważnie grałem w piłkę ręczną. Byłem na tyle zaawansowany, że pojawiła się możliwość związania się z klubem występującym w drugiej lidze.

Przez pewien czas sport był dla mnie najważniejszy. Trenowałem intensywnie i wiązałem z tym swoją przyszłość. Wszystko zmieniło się jednak w chwili, gdy odkryłem muzykę. Zrozumiałem, że właśnie temu chcę poświęcić życie.

Jak wyglądał ten moment, w którym muzyka wygrała ze sportem?

To historia, którą pamiętam bardzo dokładnie. Mój ojciec był muzykiem klasycznym, więc muzyka od zawsze była obecna w domu, ale jako młody chłopak bardziej interesowałem się sportem. Przełom nastąpił dzięki koledze z drużyny piłki ręcznej. Nazywał się Roland. Miał długie włosy i grał w zespole. Któregoś dnia zaprosił mnie na próbę.

Kiedy wszedłem do sali i zobaczyłem grający zespół, byłem absolutnie oczarowany. Wszystko wydawało mi się fascynujące – energia, dźwięk, atmosfera. W pewnym momencie usiadłem za zestawem perkusyjnym. To był pierwszy raz w życiu. Perkusista zespołu, Stefan, obserwował mnie przez chwilę, a potem powiedział: „Masz rytm”. To jedno zdanie zostało ze mną na zawsze. Wróciłem do domu i niemal natychmiast podjąłem decyzję, że zakładam własny zespół.

I takie były początki AGE CONNECT?

Właściwie tak. Najpierw namówiłem młodszego brata do gry na gitarze basowej. Potem dołączył Frank jako gitarzysta. Krok po kroku budowaliśmy skład i uczyliśmy się wszystkiego od podstaw.

Za oficjalny moment narodzin zespołu uznaję noc sylwestrową na przełomie 1979 i 1980 roku. Wtedy podjęliśmy decyzję, że naprawdę chcemy to robić. Pierwszą salę prób znaleźliśmy za sklepem spożywczym. Warunki były bardzo skromne, ale dla nas liczyło się wyłącznie to, że możemy razem grać.

Mieliśmy też ogromne wsparcie rodziców. Mój ojciec pomagał nam organizować koncerty, otwierał przed nami różne drzwi i wspierał nas swoim doświadczeniem. Bez tej pomocy wiele rzeczy byłoby znacznie trudniejszych.

Dziś, po ponad czterdziestu latach, te nagrania wracają do życia i zdobywają nowych słuchaczy. Co czujesz, kiedy słyszysz opinie ludzi z branży, którzy zachwycają się materiałem AGE CONNECT?

To niezwykłe uczucie. Przez dziesięciolecia wracałem do tych nagrań z mieszanką dumy i smutku. Z jednej strony byłem przekonany, że stworzyliśmy coś wartościowego. Z drugiej zawsze pozostawało pytanie, dlaczego nie udało się osiągnąć sukcesu, o którym marzyliśmy.

Dzisiaj profesjonaliści z branży muzycznej, realizatorzy dźwięku, wydawcy i dziennikarze mówią mi, że te nagrania naprawdę mają wysoką jakość. To daje ogromną satysfakcję.

Myślę, że właśnie to jest najważniejsze w całej tej historii. Gdyby ten materiał był przeciętny, nikt nie poświęcałby czasu na jego odnawianie, wydawanie i promowanie. Fakt, że po ponad czterech dekadach ludzie nadal chcą go słuchać, jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że warto było wtedy marzyć i walczyć o tę muzykę.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Lata 80. w najlepszej odsłonie. AGE CONNECT – „Winner” [RECENZJA]

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *