
„VII Życzeń” to autorski album Lizy Hern – kompozytorki i wokalistki, która po wielu latach przerwy wróciła do muzyki z niezwykłą intensywnością i odwagą. Poniżej można znaleźć nasz wywiad z artystką, która opowiada o swojej nieoczywistej drodze artystycznej.
fot. materiały prasowe
Pani album „VII Życzeń” pojawił się po wielu latach pracy w innych dziedzinach – co było dla Pani decydującym impulsem, by wrócić do komponowania i śpiewania?
Muzyka wróciła do mnie wraz z decyzją o wyprowadzce z rodzinnego miasta. Ponieważ miałam za sobą bardzo trudne doświadczenia, z których udało mi się wyjść z podniesioną głową dzięki niezwykle konsekwentnej pracy nad sobą, zapragnęłam rozpocząć zupełnie nowy etap życia. To było, jak głębokie wołanie ze środka mnie – tak głośne, że uwierzyłam w realność totalnej zmiany. Zostawiłam więc za sobą strachy i bóle przeszłości i postanowiłam wynająć dom pod Warszawą, który przypominał dom z bajki. Ta decyzja podniosła wszystkie progi, zaczynając od finansowego. To nie była tania inwestycja, ale nie miałam grama wątpliwości. Czułam się tak, jakbym nareszcie uhonorowała swoje wszystkie powstania ze zdrowotnych, materialnych i emocjonalnych upadków. A kiedy honorujemy swoją wartość, rzeczywistość natychmiast pokazuje ją nam w każdej możliwej dziedzinie życia.
Ta zmiana musiała być naprawdę potężna, ponieważ tuż po przeprowadzce poznałam mężczyznę, który na nowo obudził we mnie pragnienie zanurzenia się w muzykę. Nagraliśmy wspólnie kilka kawałków zupełnie dla zabawy, a potem już nie dało się tego zatrzymać. Kilka piosenek z albumu „VII Życzeń” jest zainspirowanych tą ciekawą relacją, która zakończyła się wraz z napisaniem ostatniego tekstu. To ciekawe, jak bardzo moje życie splecione jest z twórczością!
Posiada Pani wykształcenie pianistyczne, a więc wybrała Pani kierunek związany z muzyką klasyczną – jak te korzenie wpływają dziś na Pani brzmienie i styl, które ukształtowały album „VII Życzeń”?
Rzeczywiście mam za sobą ponad 12 lat bliskości z fortepianem. Najpierw szkoła muzyczna I i II stopnia w Kielcach, a potem start na Akademii Muzycznej w Warszawie, którą porzuciłam po kilku tygodniach, nie wytrzymując presji otoczenia. Byłam naprawdę dobra, ale brakowało mi pewności siebie. Ogromnie porównywałam się z ludźmi z Warszawy i Kielce wydawały się być jak pieczątka na mojej osobowości. Dzisiaj trochę się z tego śmieję, ale wtedy to nie były łatwe doświadczenia.
Ta nadwrażliwość, którą na szczęście udało mi się okiełznać i w późniejszych latach wykorzystywać na moich zasadach w bardzo twórczy sposób, wyjaśniała moje umiłowanie romantyków, takich jak przede wszystkich Chopin, a potem César Franck, Edvard Grieg, albo Robert Schumann, których czasami lubiłam przebijać eterycznością impresjonistów, takich jak Debussy. Myślę, że przygoda z klasyką jest mocno zapisana w moich kompozycjach.
Wszystkie utwory z albumu „VII Życzeń” powstały jako fortepianówki – bogate w rozbudowaną i czasami mocno nieoczywistą harmonię. Niektóre z nich planuję nawet nagrać właśnie w takiej czystej, pierwotnej wersji. Słowa przychodziły później, dosłownie wypływając z brzmienia moich kompozycji. Niektórzy mówią, że trzeba przesłuchać każdą piosenkę kilka razy, żeby naprawdę zanurzyć się w głębię przekazu.
Cieszę się dzisiaj, że nikt nie uczył mnie komponowania. To była spontaniczna praca. Totalne spotkanie ze Sobą w pełni. Potężnie wznoszące doświadczenie!
Podsumowując, dla mnie korzenie pianistyczne to ocean emocji i głębokich przeżyć. Ale to nie tylko dźwięki. To także dyscyplina, której uczyła mnie szkoła i Tata – mój muzyczny trener, który pilnował, bym każdego dnia ćwiczyła przy klawiaturze przynajmniej trzy godziny. Myślę, że odejście od muzyki na wiele lat było trochę jego zasługą. Chciałam odetchnąć i bardziej „poczuć” niż „musieć”.
I tak się stało. Kiedy muzyka wróciła płynąc na romantycznej relacji, okazało się, że moje palce są wciąż bardzo sprawne, i że spędzanie długich godzin przy fortepianie może przynosić radość.
Na albumie znajdują się zarówno bardziej refleksyjne utwory, jak i te nieco taneczne – jak tworzyła Pani narrację całej płyty, stawiając na przyjętą różnorodność?
Skłamałabym mówiąc, że tworzyłam narrację albumu świadomie. Ta płyta żyła swoim życiem, a ja towarzyszyłam jej w dojrzewaniu, nie kłócąc się z różnorodnością, która rzeczywiście znalazła ujście w ostatecznej wersji. Powiem krótko: Taka jestem. W moim codziennym życiu robię naprawdę wiele rzeczy, które dla logicznego umysłu wydają się być niepołączalne. W pracy zawodowej również. Ale na szczęście umysł dziś już mi nie przeszkadza tak, jak kiedyś. Mam głęboką wdzięczność dla Siebie – za pozwolenie sobie być sobą tak mocno, jak tylko się da. Myślę, że ten wątek jest słyszalny w moich piosenkach.
We współpracy przy „VII Życzeń” brał udział m.in. ceniony muzyk Tomasz Harry Waldowski. Jak jego spojrzenie zmieniło sposób aranżacji utworów i Pani szersze zapatrywania artystyczne?
Tomka poznałam dzięki przyjacielowi, który pewnego dnia zamieszkał tuż obok mojej bajkowej posiadłości. To naprawdę graniczyło z cudem, by poznać kogoś tak niezwykłego jak Harry, mieszkając na totalnym odludziu. Na szczęście wierzę głęboko, że jeśli moja dusza naprawdę czegoś pragnie – jak w swojej biografii pisał Artur Rubinstein – „(…) życie tak czy inaczej pragnienie do spełni…”.
Współpraca z Tomkiem, dzięki jego niezwykłej kreatywności i cierpliwości dla mnie – amatora, przywróciła mi wiarę w to, że mogę znów zaistnieć na scenie, i że mogę się na niej poczuć swobodnie. Wspomnienia sztywnych klasycznych koncertów, które paraliżowały mnie totalnie za każdym razem, rozprysnęły się jak mydlane bańki.
Tomek najbardziej zaskoczył mnie propozycją osadzenia mojego albumu w klimacie lat 80-tych. Mówił, że mój dość niski głos będzie doskonale brzmiał w synthpopowej estetyce. I miał rację, choć przyznam się szczerze – musiałam posłuchać jego aranżacji kilkanaście razy, by pożegnać się z fortepianowymi oryginałami. Nigdy nie zapomnę jego pytania: „Idziemy w krakowską poezję śpiewaną, czy w brzmienie radiowe?”. Odpowiedź była oczywista!

fot. okładka płyty
W procesie powstawania albumu ważną rolę odegrał również Pani pedagog wokalny Sławek Adamko. Mogłaby Pani przybliżyć, w jaki sposób przyczynił się do procesu twórczego i Pani dzisiejszego spojrzenia na muzykę?
Sławek po prostu we mnie uwierzył. Pracowaliśmy przez ponad rok. Dojeżdżałam do Warszawy z mojej bajkowej rezydencji co tydzień. Przyznam szczerze, że spotkałam na swojej drodze wielu nauczycieli śpiewu, ale z nim rozumiałam się najlepiej. Może także dlatego, że na co dzień pracował z aktorami, a ja byłam gotowa zagrać tę nową rolę, pomimo braku jakiegokolwiek „śpiewającego” doświadczenia. Sławek zaszczepił we mnie pewność, że mogę, pomimo wielu niepochlebnych głosów ze strony innych specjalistów. Pierwszy koncert zaśpiewałam w warszawskiej kawiarni Trema, właśnie przy akompaniamencie Sławka.
Czy powrót do muzyki potrafił Pani pomóc w nawiązaniu głębszej relacji z samą sobą i własnymi doświadczeniami życiowymi?
Zdecydowanie tak. Myślę, że każdy artysta wie, jak mocnym procesem jest pisanie własnej muzyki i tekstów. Niebywałe jest to, jak bardzo dobrze wiemy, jak to ma brzmieć, i jak wiele pokory trzeba w sobie mieć, by się temu poddać. Ale to, co zachwyca mnie chyba najbardziej, to boski porządek procesu kreacji. Niektóre utwory przychodziły do mnie tylko nocami. Niektóre, tak jak np. „Lekcja Miłości” – piosenka o mojej relacji z Ziemią (jakkolwiek dziwnie to brzmi), skorelowane były ze znaczącymi wydarzeniami na świecie. Ta piosenka pojawiła się w dniu, kiedy usłyszeliśmy o konflikcie na Ukrainie.
Dzisiaj umiem już rozpoznać moment narodzin nowej kreacji, kiedy przychodzi do mnie taka artystyczna paczka. Wtedy był to dość chaotyczny proces, ale tej szkoły nikt mi nie zabierze. Innymi słowy: Moje dane zostały zebrane i idę dalej.
Niebawem ukaże się moja nowa EP-ka. Zamierzam podzielić się ze słuchaczami trzema utworami, które uwieńczają mój kolejny etap drogi. No i – co ciekawe – znów przygotowuję się do przeprowadzki.
Na albumie dotyka Pani tematów bliskości, odwagi i bycia sobą – jak w tych tematach odnajduje się Pani jako artystka w kontrze do bycia trenerką komunikacji i rozwoju?
Te dwa światy – muzyczna i konferencyjno-warsztatowa scena – mocno się zazębiają. Pewnego dnia doznałam olśnienia, że scena muzyczna daje mi jeszcze większą wolność wyrażania swoich dość radykalnych poglądów. W skrócie: Artysta może wszystko. I korzystam z tego. Staram się, by moje koncerty były głębokim doznaniem – wewnętrzną przemianą dla odbiorców. Dlatego nie stronię od słowa mówionego. Moje piosenki przeplatam narracją, która zawsze wynika z unikatowej konfiguracji publiczności. Powiem szczerze, że ta formuła nie ułatwiała mi zbudowania muzycznego składu. Nie wszyscy muzycy rozumieli mój przekaz i intencję dzielenia się słowem podczas wydarzeń, zwanych koncertami. Obecnie przygotowuję się do trasy koncertowej i wciąż poszukuję Mistrza Klawisza!
Czy praca z ludźmi – w szkole komunikacji i w relacjach coachingowych – miała wpływ na to, jak tworzy Pani teksty piosenek? Czy słowo w różnych dziedzinach Pani działalności odgrywa zawsze podobną rolę?
Dla mnie każdy tekst, który napisałam, miał swoje unikatowe zadanie, ale parasolem zbiorczym była i wciąż jest idea, która towarzyszy mi w każdej mojej działalności. Myślę, że zacytuję w tym miejscu swój własny tekst:
„Zanim odłożysz na bok swoją pasję, marzenia, swoje życie… posłuchaj. Historie, o których śpiewam wydarzyły się naprawdę. To nie tylko muzyka. Dźwięki, którymi pragnę się z Tobą podzielić to zaproszenie w podróż od niczego do wszystkiego, od marzenia do realizacji.
Pewnego dnia, po wielu niełatwych, życiowych przygodach, zrozumiałam, że przychodzi dzień, gdy nie trzeba już zmagać się ze światem. Czasami warto przystanąć i zapytać samego siebie, czy to już czas, by zebrać owoce wszystkich swoich doświadczeń i zacząć dzielić się z innymi tym, co w nas wartościowe i piękne. Tamtego dnia Wszechświat spojrzał na mnie łaskawym okiem i wiele się pozmieniało.
To dlatego mój pierwszy album nosi nazwę „VII życzeń”. Wierzę, że będzie on budził ludzi do tego, by nie rezygnowali z Siebie pod żadnym pozorem.”
Co dla Pani osobiście jest największą wartością albumu „VII Życzeń”? Czy jest coś, za co szczególnie lubi własne piosenki, które się na nim znalazły?
Kocham album „VII Życzeń” za to, że poprzez dźwięk i słowo niesie tę cząstkę mnie, która nigdy nie zwątpiła, że zmiana jest możliwa. Wierzę głęboko, że dzieła, które powstają z potrzeby serca, mają ogromnie transformującą moc.
A poza tym, można przy nim potańczyć. Lekkość zmiany – to jest to, czym chcę się dzielić poprzez moje piosenki.
Czy planuje Pani kolejne projekty muzyczne? Jeśli tak, czy będą one kontynuacją albumu „VII Życzeń”, czy zapowiedzią nowych kierunków?
Oprócz wspomnianego mini-albumu, pracuję obecnie nad kolejną płytą, która pozwala mi badać zupełnie nową stylistykę muzyczną, ale nie zdradzam na razie szczegółów. Zaczęłam także pisać teksty w języku angielskim, więc z pewnością otwierają się zupełnie nowe światy! A ja wskakuję w nie wszystkie po kolana, po pas, po szyję, bo – jak mówi tekst jednej z moich ulubionych piosenek – Życie jest Teraz!
Dziękuję za rozmowę. Liza Hern





