Cukier – “CK Anderson” [RECENZJA]

Nasz ocena

“CK Anderson” – taki tytuł nosi druga płyta zespołu CUKIER, która ukaże się 7 lipca. Poznajcie naszą recenzję tego niezwykle ciekawego wydarzenia.

Recenzja płyty “CK Anderson” – Cukier (Kayax, 2021)

Ich debiut mocno zapisał się w pamięci. Mowa o zespole Cukier, który niedawno zaprezentował drugi, niemniej eklektyczny album „CK Anderson”. Tym razem jednak jest mocniej jeśli chodzi o słowo i przekaz. Od strony muzycznej także dostaliśmy większy rozmach oraz jeszcze więcej pomysłów – właściwie należałoby to określić wulkanem emocji, znaczeń, odniesień, interpretacji. W tym kotle różnorodności wszystko jednak do siebie pasuje, wyraźniej określając swego rodzaju stylistykę znamienną właśnie dla tego duetu.

Od strony tekstowej bywa bardziej gorzko – słowa uderzają trafnością spostrzeżeń, odnosząc się do trudnej rzeczywistości, w której żyjemy. Bezkompromisowość w tej materii bywa bolesna, ale tak ma być. Słowa mają trafiać prosto do celu, stanowić jasny przekaz. Wymaga to jednak naszego zaangażowania, by pewnych opowieści nie odbierać w sposób bezpośredni. Ironia też bywa elementem ich twórczości („12 Małp”), choć częściej jest to minorowy przekaz, pozostawiający po sobie gorzelniany posmak. Jeśli ma zaboleć, to boli. Jeśli zespół używa wulgaryzmów, to robi to w uzasadniony sposób („Tomek Li”).

Przy okazji grupa coraz odważniej sięga do trapu, chociaż robi to w bardziej przemyślany sposób. „Krótkie momenty chwały” stają się znów rapowaną wariacją muzyczną, opartą na syntezatorowych motywach, gdzie mocno uwypuklono samą melodeklamację. Mroczniej bywa w „Spaliłem dla niej Rzym” i tutaj alternatywne akcenty precyzują esencjonalną stronę twórczości Cukru. A przecież znajdziemy też bardziej rockowy, wręcz punkowy zadzior w zimnofalowych „Czarnych ścianach”.

Przeważnie bywa bardzo energetycznie, choć dynamika niektórych kompozycji nie przesłania wartości, które udało się wyostrzyć na płycie „CK Anderson”. Konsekwencja, a także umiejętność czerpania z na pozór oczywistych rozwiązań muzycznych bywa imponująca. Tym bardziej, że doznania zostały spotęgowane poprzez świeżość i doskonałą produkcję. Przy tym duet korzystając ze znanych patentów, konstruuje na nowo znaczenie swojej muzyki, dokładając elementy wielokulturowości artystycznej („Pętla”). Do tego dochodzą aluzje związane z filmem i literaturą („12 małp”, „Dziady”). „Kto oglądał Indiana Jones, tam grał Harrison Ford, i tak dobrze chłopu szło, podobnie miał James Bond (…)” – to na przykład usłyszymy we wspomnianym już „Tomku Li”.

Ten album staje się klasyką gatunku. Ktoś zapyta jakiego? Klasyka w ich przypadku powinna być określana poprzez szerokie horyzonty artystyczne, w jednym jedynym zawężeniu, który wynika z indywidualizmu samego bandu. Pomimo różnorodności, ten album nie jest dla każdego – ich muzyka ucieka od łatwych rozwiązań i jest namaszczona w swej silnej specyfice współczesną formą wyrazu. Niemniej nie ma w niej choćby grama tandety i przewidywalności. Nie ma też pójścia na łatwiznę. „CK Anderson” to muzyczny i artystyczny sztos, który za kilka lat też będzie prezentował się przyzwoicie. Ich kawałki nie mają przecież terminu przydatności.

Łukasz Dębowski

 

fot. Wojciech Trusewicz

Dodaj komentarz