“Swoimi ścieżkami znaleźliśmy drogę do serc ludzkich, które zmęczone są hałasem mediów” – Siostry Łotry [WYWIAD]

Pod koniec 2020 roku miała miejsce premiera debiutanckiego albumu zespołu Siostry Łotry. To kolejna emanacja działań muzyczno-artystycznych Julii i Marii. Płyta ukazała się pod naszym patronatem medialnym. Zapraszamy na nasz wywiad z niezwykle kreatywnymi Siostrami Łotrami.

fot. Magdalena Kępisty

Czy można powiedzieć, że jako zespół działacie w pewnym sensie na dwóch frontach, jako Siostry Łotry i Kępisty Quartet? Jakie są według Was najważniejsze różnice, zaznaczające indywidualność każdej z tych formacji?

Nie, raczej można powiedzieć, że Siostry Łotry są pewnego rodzaju kontynuacją zespołu Kępisty Quartet, który został rozwiązany pod koniec 2015 roku. Był to skład utworzony ze szczecińskimi muzykami, Pawłem Rozmarynowskim (bas) i Tomkiem Nawrockim (perkusja). Miał faktycznie swój osobliwy charakter, ale wyraźniej, niż w formacji Siostry Łotry, można było w nim dostrzec elementy muzyki jazzowej, gdyż byliśmy wtedy na etapie fascynacji tą muzyką i edukacji (Maria i Paweł studiowali na wydziale jazzu w Katowicach, Julia kończyła wokalistykę jazzową w II st. szkoły muzycznej).

Siostry Łotry budowane z muzykami z Lublina (Karol Gadzało) i Warszawy (Wojtek Sobura) było już bardziej dojrzałym, artystycznym krokiem, gdzie naszym wspólnym pragnieniem było wypracowanie swojego brzmienia. Niewątpliwie w obu formacjach istotną rolę odgrywały teksty, które zawsze wyróżniały się jakąś literacką iskrą.

 Dużo czasu minęło od płyty „Marulia” wydanej jako Kępisty Quartet. Dlaczego tyle czasu musiało upłynąć, żeby mógł wreszcie ukazać się album „Pierwszy lot ptaka”? I co robiłyście w tym okresie kilku lat pomiędzy płytami?

Tak naprawdę materiał “Pierwszy lot ptaka” został ukończony w grudniu 2017 roku, wtedy też napisaliśmy ostatnią piosenkę na tę płytę: “Łyse konie”. Czyli trzy lata od premiery pierwszej płyty (“Marulia”, 2014). Ten czas pomiędzy, był czasem przeprowadzki do innych miast, podjęcia nowych studiów, rozwoju, poszukiwań, no i też rozwiązywania starego i zawiązywania tego, co miało nadejść. Takie rzeczy potrzebują czasu. No ale fakt, płyta ukazała się dużo później, bo dopiero w grudniu 2020 i to już była kwestia trudności, które napotkaliśmy po drodze.

 Nie bez znaczenia jest to, że płyta ukazała się w dosyć trudnym czasie dla artystów, kiedy jesteście pozbawieni grania koncertów. Nie było to dla Was zniechęcające i nie myślałyście o tym, żeby jeszcze poczekać z premierą tego albumu?

Właśnie czekanie już nie wchodziło w grę, bo faktycznie czas pracy nad płytą bardzo się wydłużył i wiedzieliśmy, że jak nie zrobimy tego teraz, to nie zrobimy tego nigdy. Zbyt cenimy ten materiał, żeby go tak porzucić, więc zaparliśmy się w sobie i wydaliśmy tę płytę po prostu tak, jak się dało. W styczniu, w pandemii, w rozłące. I choć po ludzku wydawało by się, że optymalny czas na wydanie tej płyty byłby wiosną 2018 roku, to jednak przyglądamy się temu, co się dzieje i nabieramy przekonania, że właśnie tak miało być. Płyta ukazała się w takim momencie, gdy te piosenki stały się jeszcze bardziej aktualne, tak, jakby były napisane właśnie na ten czas. Teraz nic się artystycznie nie dzieje, a jednak jesteśmy my. Jak zawsze swoimi ścieżkami znaleźliśmy drogę do serc ludzkich, które zmęczone są hałasem mediów i chętnie otwierają się na ten szczery, serdeczny przekaz.

 

fot. okładka płyty (“Pierwszy lot ptaka” można zakupić pod linkiem: https://chodzasluchy.com/siostry-lotry-pierwszy-lot-ptaka-cd-p-19802.html)

 

W jaki sposób staracie się dotrzeć do publiczności w momencie, gdy nie możecie zagrać nawet koncertu premierowego, który promowałby Waszą nową płytę?

Jest inaczej, to prawda, ale ludzie wciąż żyją i wciąż mają potrzebę piękna, jakiegoś wewnętrznego przeżycia. Docieramy do nich drogą pantoflową, no i oczywiście przez Internet. Pomaga nam w tym Tomasz “Pan Winyl” Olszewski, który okazał się brakującym ogniwem naszej “humanistycznej” układanki. To jest prawdziwy człowiek z krwi i kości, z prawdziwym, bijącym serduchem, który szuka w życiu tego, co wartościowe, ale potrafi to też wyprowadzić na ścieżkę, którą podążają wszystkie inne zawody. Zagraliśmy koncert premierowy online i zdajemy sobie sprawę, że przez najbliższy rok nie zagramy takich dużo więcej. Ale pandemia się kiedyś skończy, a my wtedy wrócimy – nie tylko z płytą, ale też z nowym materiałem.

Na ile zagranie koncertu online było dla Was satysfakcjonujące? I czy w jakimś stopniu energia wyzwolona podczas tak specyficznej sytuacji koncertowej, oddawała klimat grania na żywo z publicznością?

Oczywiście, że nijak się to ma do tradycyjnej formy koncertowej, gdyż to ludzie i ich reakcje są najbardziej inspirujące na koncercie. Musimy przyznać, że my jesteśmy totalnie ześwirowani na tym punkcie. Są formacje, które mają swój określony koncept wykonawczy, brzmienie, perfekcyjnie dopracowany schemat, który jest zawsze taki sam. U nas tak nie ma. Każdy koncert jest zagadką dla nas samych, bo to wszystko zależy, kogo spotkamy po drugiej stronie. Uwielbiamy to. Dlatego formuła koncertu online była i jest dla nas trudna. Ale to nie zmniejszyło naszej miłości do ludzi, nie widzieliśmy ich, ale wiedzieliśmy, że będą, że się pojawią i to wszystko, co przekażemy – odbiorą. Myśl o nich, a także żywa tęsknota za graniem pomogła nam wykrzesać z siebie energię koncertową.

Siostry Łotry to kwartet i niemal każdy z zespołu mieszka w innym mieście. Jak technicznie wyglądało nagrywanie albumu „Pierwszy lot ptaka”? Czy za każdym razem spotykaliście się dzieląc się kolejnymi pomysłami, czy działaliście też na odległość próbując różnych rzeczy, które później znalazły się na tej płycie?

Co piosenka to inna historia. Powstawały bardzo różnie. Wtedy na szczęście nie było aż tak międzymiastowo jak dziś, bo Julia i Wojtek mieszkali w Warszawie. Maria ze swoim wibrafonem dołączała z Torunia (nierzadko bla bla carem…), a Karol dojeżdżał z Lublina. Właśnie wyjątkowo wspomina się te, które powstawały naprawdę razem. Jak np. piosenka “Odwieczne pytanie”, która powstawała w pokoiku na Pradze Północ. Karol grał na gitarze, Marysia na syntezatorze, a Julia pisała swoją “nawijkę”. Podobnie “Łyse konie”. Już teraz trudno powiedzieć kto zaczął, ale byliśmy w czwórkę w salce prób i ktoś zaczął grać taki bardzo pozytywny motyw, akordy… To zainspirowało Julię i od ręki napisała tekst.

 

 Jakie doświadczenie wyniosłyście dla siebie nagrywając ten album? Czy to prawda, że rozwinęłyście umiejętność grania na różnych instrumentach?

Ten album nauczył nas wiele – i to na różnych płaszczyznach. Artystycznie był przygodą, gdyż był to czas współpracy z Wojtkiem Soburą. Wojtek miał bardzo dużo inicjatywy, zmieniał nasze nieokrzesane pomysły w konkretne zabiegi producenckie. Wszyscy się bardzo lubiliśmy, dobrze nam się razem spędzało czas. Karol np. ma taką osobowość, że granie z nim to był dla nas, sióstr, kamień milowy. Bardzo się otworzyłyśmy, uwolniłyśmy artystycznie, żegnając pewną szkółkowość. I rezultatem było właśnie to, że zaczęłyśmy sięgać po nowe instrumenty: ukulele, syntezator itp. Ta płyta wymagała jakiejś szczególnej troski, na praktycznie każdym etapie jej wydawania pojawiał się jakiś problem. I to również było ubogacające. Przede wszystkim objawiło, że niezłe z nas cholery i tak łatwo nie dajemy za wygraną.

Bardzo ważne są teksty. One wpisują się w dzisiejsze realia, często komentują rzeczywistość i relacje międzyludzkie. Na czym najbardziej zależało Wam pisząc teksty na ten album?

Julia: Wiem, że teraz wiele albumów powstaje konceptualnie. U mnie tak nie było, to był moment wyrwania się z domu rodzinnego (stąd “Pierwszy lot ptaka”) i była taka naturalna potrzeba zabierania głosu. Może też dlatego, że studiowałam dziennikarstwo. Piosenki powstawały spontanicznie, pod wpływem emocji, które wywoływały we mnie różne tematy. To był czas, kiedy poznawałam dużo nowych ludzi, m.in. aktorów, dziennikarzy, i te dyskusje z nimi były nieraz bardzo wycieńczające, ale też tarły mnie od środka, że potem musiałam pisać. Choć przyznam, że jest to dla mnie pewną tajemnicą jak to się stało, że pisałam je tak swobodnie, a teraz, gdy wychodzą na światło dzienne wydają się tak aktualne, jak gdyby zaprojektowane na ten czas. Myślę, że największym walorem tych tekstów jest szczerość, właśnie ten brak kreacji. Kolejna płyta też taka będzie, choć zapowiada się, że będzie zupełnie inna…

 Wszystkie teksty napisała Julia, która także śpiewa i gra na wiolonczeli. Maria gra na wibrafonie. Czy to znaczy, że wszystkie role w zespole są ściśle określone? Czy nikt inny nie próbował przemycić własnych tekstów na ten album?

 Te role, one się “rozdały” bardzo naturalnie. Karol faktycznie pisze teksty, na początku nawet proponował, że może coś przynieść, bo w poprzednim zespole (Miąższ) miał duży wpływ na teksty, które śpiewała wokalistka. Ale potem temat naturalnie wygasł, bo Julia co rusz przychodziła z nowym tekstem. Zawsze jednak wykazywał zaangażowanie i można było liczyć na szczery feedback od niego.

 Waszą nową muzykę określacie jako „Piosenka humanistyczna”. Brzmi to dosyć poważnie, a co tak naprawdę kryje się za tym stwierdzeniem?

 To sformułowanie daje skojarzeniową wskazówkę odbiorcy. Humanistyczne, szczere, osobiste, czasem lekko publicystyczne. Takie są nasze piosenki. Dużą rolę odgrywa tekst, spaja ze sobą piosenki – jakże różnorodne gatunkowo i stylem. Największą pełnię osiągają, gdy słuchacz skupi na nich całą swoją uwagę. Wtedy odkrywają swoje bogactwo, zupełnie na kontrze do wszechotaczającego nas huku i hałasu. Nasze piosenki wchodzą do serducha.

 Wszystkie tematy traktujecie poważnie, ale w wielu miejscach można wyłapać przymrużenie oka. Czy pojawiły się takie teksty, z których z jakichś powodów zrezygnowałyście? Czy są tematy, których nie chciałybyście poruszać w piosenkach?

 Zdarza się, że dochodzi do “odrzutu”. Jeśli chodzi o teksty to takiej selekcji raczej dokonuje Julia, choć dużą pomocą jest dla niej siostra. To ona przeważnie jest tą osobą, która jako pierwsza odczytuje tekst. Wtedy Julia bada reakcję, wymieniają się uwagami, zastanawiają się, co można by poprawić.

Muzykę tworzymy wspólnie i jest to bardzo dynamiczne. Czasami się podjaramy po próbie, a potem na zimno uważamy, że trzeba coś zmienić. Także ten proces twórczy to jest żywioł i sporo się dzieje.

Tematy, których nie poruszamy to te, na które – przynajmniej na razie – nie znaleźliśmy jeszcze  odpowiednich słów i formy. Żeby to znaleźć potrzebny jest dystans, taki, który pozwala spojrzeć na temat szerzej, nie tylko z punktu własnych emocji. Czasami tą formą jest właśnie “przymrużenie oka”. Bo jak jest temat poważny no to cóż, trzeba się trochę nagimnastykować, żeby to było “strawne”. Z kolei na tematy trywialne, które – z jakiegoś powodu – warto poruszyć, trzeba mieć pomysł. I tutaj przykładem będzie piosenka “Dramat”. Do głowy by nam nie przyszło, że piosenka – bądź co bądź mówiąca o kobiecej doli podczas “tych dni” – będzie najchętniej słuchaną piosenką z tej płyty na playlistach Spotify!

Czy czarno-białej, dosyć specyficznej, a przez to ciekawej okładce płyty można przypisać jakąś symbolikę?

 Ta okładka to jest nasza muzyka oczami graficzki, Weroniki Tarki. Od początku współpracy daliśmy jej wolność, chcieliśmy, żeby rozszerzyła to dzieło o swoje przeżywanie. Lubimy takie współprace, bo wtedy to się robi interdyscyplinarne. Propozycja, aby okładka była czarno-biała padła z jej strony. Gdy pokazała swoje pierwsze prace byliśmy zszokowani. Ale wiedzieliśmy, że to jest to. Dobrze oddawało nastroje, które wtedy nam towarzyszyły. Weronikę szczególnie poruszała piosenka “Biało-czarna” – i to oczywiście miało duży wpływ na projekt okładki albumu. My sami też to tak czuliśmy. Płyta porusza różne wątki, społeczne, osobiste, ale ten ból spowodowany podziałem jest w każdym z nas, w każdym Polaku, i to mocno determinuje odbieranie rzeczywistości, również tej swojej, osobistej, prywatnej, jednostkowej.

 Do kogo skierowany jest album „Pierwszy lot ptaka”? Czy jesteście w stanie określić słuchacza Waszej nowej muzyki?

Do człowieka. Po prostu. Naszych słuchaczy odnajdujemy w przeróżnych środowiskach, co ciekawe – również za granicą, mimo bariery językowej. Ci, którzy najpełniej czerpią z tego, co tworzymy, to ludzie o otwartych sercach, którzy chcą znajdować czas na świadome słuchanie muzyki. Nasza sztuka jest dosyć wymagająca, ale wiemy, że naszego słuchacza nie odprawiamy z pustymi rękami. Nie zapychamy mu uszu, wręcz przeciwnie. Zapraszamy do swojego skarbca, aby znalazł w nim coś dla siebie.

 

Siostry Łotry – “Pierwszy lot ptaka” [RECENZJA]

Dodaj komentarz