Liver – “#1” [RECENZJA]

Nasz ocena

30 października 2020 ukazała się debiutancka płyta zespołu Liver. Album “#1” pojawił się pod naszym patronatem medialnym. Dziś prezentujemy naszą recenzję tego wydarzenia.

Liver to zespół który powstał na początku 2020 roku. Młody, zdolny gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Szymon Grela w połączeniu z doświadczeniem basisty Mirosława Greli i perkusisty Roberta Winczowskiego serwują nam wyjątkową mieszankę muzyczną.

fot. okładka albumu

Recenzja płyty “#1” – Liver (2020)

Liver to młody zespół, który nie boi się czerpać garściami z klasyki rocka, bluesa, folku, a nawet country. Wyraz własnych fascynacji muzycznych dali na całkiem udanej, debiutanckiej płycie „#1”.

Tych sześć utworów wydaje się zapisem chwili, złapaniem pierwszego oddechu, który od razu zamienił się po prostu w muzykę. W ich twórczości nie ma grama kalkulacji, za to znajdziemy w niej całą gamę świeżych pomysłów, które jakby samoistnie stawały się piosenkami. To niekalkulowane tworzenie przyniosło kilka zgrabnych, lekko napisanych kompozycji.

Nie ma w nich głębokich poszukiwań, ale za to każdy utwór posiada poruszającą energię wynikającą z dużej dozy naturalności. Akustyczne brzmienia nadają całości urzekającej subtelności. A przy tym każdy numer prezentuje się na swój sposób rasowo. Odniesienia do tego, co już znamy nie są natarczywe. Zespołowi zależało, żeby stworzyć piosenki, które będą przynosić odrobinę zapomnienia w przytłaczającej rzeczywistości. I tak się stało – jest lekko, czasem niezobowiązująco, ale przy tym szlachetnie („Someone”). Niby nic odkrywczego, ale jednak chwyta charakternym obrazowaniem melodii („Big Bye Bye”). Czasem zdarzają się nawet brudniejsze gitary, ale bez siłowania się z rockową konwencją („Brainwasher”). Usłyszymy też piosenkowe country, lekko skręcające w stronę americany („Tobacco Tear”). Bywa, że brakuje pełniejszego, bardziej obezwładniającego brzmienia, ale trzeba przyznać, że w takiej prostocie też jest siła.

Album „#1” prezentuje się niezobowiązująco i przez to bardzo autentycznie, jakby ta muzyka płynęła im we krwi. Na pozór nic wielkiego, a skupia na sobie uwagę. Zapewne to efekt podążania drogą własnych inspiracji, które wykraczają daleko poza słowiańską wrażliwość. To także zasługa umiejętności zobrazowania w czytelnej formie tego, co do dziś stanowi wartość takiej muzyki. Ten minialbum to zapewne dopiero rozgrzewka przed czymś jeszcze ważniejszym, bo nie da się ukryć, że Liver to zespół z solidnym warsztatem i potencjałem. Już teraz warto to sprawdzić.

Łukasz Dębowski

 

Tracklista:

1. Big Bye Bye
2. Someone
3. Brainwasher
4. Tobacco Tear
5. Ocean Blue
6. Miss You

 

fot. materiały prasowe

2 odpowiedzi na “Liver – “#1” [RECENZJA]”

Dodaj komentarz