“Całe życie śpiewam o miłości” – rozmowa z Belą Komoszyńską (Sorry Boys)

“Warszawa czeka” to trzeci singiel promujący album Sorry Boys “Miłość”, który ukazał się w maju 2019 roku. Jednocześnie zapraszamy na naszą rozmowę z wokalistką zespołu, Belą Komoszyńską.

Czy czujesz, że od strony emocjonalnej na płycie „Miłość” pokazałaś jeszcze więcej niż dotychczas?

Z pewnością, bo okoliczności emocjonalne powstawania tej płyty były jak nigdy dotąd. Prawdopodobnie też inaczej te emocje słychać, bo to pierwsza płyta Sorry Boys, którą zaśpiewałam od początku do końca po polsku.

Od razu wiedziałaś, że miłość będzie wyznaczać szlaki na tej płycie?

Mogłam się tego spodziewać, bo miłość od zawsze wyznaczała mi szlaki, ale w tamtym okresie byłam pod wyjątkowym jej wpływem. Byłam ja, Tomek i owoc naszej miłości. O czym innym mogłabym śpiewać. Ale nie tylko o miłości szczęśliwej jest ta płyta. “Nawiedziła” mnie postać Carmen, która śpiewa swoją własną historię, są  meandry uczuć w “Powszednim Chlebie”, jest tam wiele twarzy miłości.

Większość tematów śpiewanych przez różnych artystów porusza się wokół miłości. Nie miałaś obaw, że śpiewanie o miłości jest trochę trywialne i może zostać odebrane zbyt płytko?

Nie boję się śpiewać o miłości, bo to temat, rzekłabym, od zarania dziejów najważniejszy. Ja całe życie śpiewam o miłości. A ponieważ ta płyta pod wieloma względami jest dla mnie bardzo ważna i osobista, chciałam, żeby jej tytuł był bezkompromisowy i piękny. Ten tytuł rodził się także w momencie, kiedy Polskę zalewała fala hejtu, złych i godnych potępienia narracji. Na początku 2019 roku zginął prezydent Gdańska. Słowo “miłość” stało się potrzebne jak lekarstwo. Słuchałam ostatnio płyty “Cud” Karoliny Czarneckiej, gdzie śpiewa: “Polska musi uwierzyć w miłość”. Święte słowa.

Czy można powiedzieć, że wytworzenie tej aury miłości jest trochę Twoją formą obronną przed złem, które przyjmuje w naszym życiu i wielu społecznych wydarzeniach różne formy?

Ta płyta nie jest reakcją na wydarzenia społeczne, bo powstała znacznie wcześniej niż zdarzenia, o których mówię. Pracowałam nad tą płytą, kiedy byłam w ciąży i po narodzinach naszej córki. To jeden z najbardziej unikalnych stanów ducha i ciała, w jakich znajduje się człowiek w trakcie swojego życia. Ta płyta jest swoistą celebracją i zapisem tego okresu. Rozkwitu miłości.

A jeśli chodzi o tarczę obronną… Miłość nie jest tarczą obronną na zło, ale orężem walki z nim. Staram się, a nie zawsze mi to wychodzi, być po jasnej stronie mocy. Wierzę, że to na czym skupiamy uwagę, rośnie. Jeśli mam do wyboru zasilać swoją energią dobro i zło, oczywiście wybieram dobro i w tym kierunku podążam.

W Twoim życiu pojawił się też nowy rodzaj miłości. Czy miłość macierzyńską można porównać do czegokolwiek innego?

To jest zupełnie unikalny rodzaj uczucia, prawdopodobnie możliwy do doświadczenia tylko w stosunku do dziecka. Można by pisać opasłe tomy o tym, ile zawdzięczamy miłości rodzicielskiej, a najłatwiej streścić, że jest to miłość o bardzo silnym boskim pierwiastku.

Której Beli Komoszyńskiej jest najwięcej na tej płycie? Tej sprzed bycia mamą, czy tej będącej w trakcie oczekiwania?

W trakcie oczekiwania na cud narodzin. I najlepiej ten stan zawieszenia pomiędzy światem ludzkim a boskim, w jakim kobieta w ciąży się znajduje, opisuje na tym albumie “W Brzuchu Buddy”. Z chaosu, z pozornej nicości, rodzi się nowy kosmos. Każdy człowiek jest nowym unikalnym kosmosem. Do napisania tej piosenki zainspirował mnie posąg siedzącego uśmiechniętego Buddy z wielkim brzuchem. Byłam wtedy w piątym miesiącu i nie było jeszcze wtedy widać mojego ciążowego brzucha, ale pomyślałam, że za chwilę będę jak ten Budda. Następnego dnia obudziłam się i w kilka minut napisałam ten utwór.

Jeszcze inną miłość można znaleźć w piosence „Warszawa Czeka”. Czy można nawet odnieść ją w pewnym sensie to patriotyzmu lokalnego?

Można tak powiedzieć. Mieszkam w Warszawie od 18 lat, a od momentu, kiedy urodziła się tu nasza córka, czuję się związana z tym miastem jeszcze bardziej. Ale Warszawa od dawna jest moją muzą. Na każdym albumie jest jakiś utwór, który o niej opowiada, pewnie też dlatego, że komponuję przy oknie z widokiem na panoramę miasta. Piosenki o Warszawie wykształciły mi się w jakiś odrębny podgatunek. I kiedy pewnego razu słuchałam w radiu “Brackiej” Grzegorza Turnaua, coś mnie tknęło, że chciałabym mieć taki kanoniczny utwór o Warszawie. I na miarę swoich możliwości, napisałam 🙂 Oczywiście wyszedł zupełnie inaczej.

Żyjemy w czasach, gdy pewne pojęcia zatracają swoją wartość. Czym jest dla Ciebie miłość w odniesieniu do patriotyzmu?

Patriotyzm zaczął mi i wielu ludziom źle się kojarzyć, odkąd został zaprzężony w narrację partii rządzącej. Został wypaczony, co widać choćby na marszach niepodległości. Patriotyzm jako miłość do własnego kraju wyobrażam sobie między innymi tak: pamiętam, że słowo “rodak” pochodzi od “rodziny”. Nie oceniam, nie dzielę na lepszych i gorszych. Nie uważam mojego kraju za pępek świata. Jestem dumna z osiągnięć mojego kraju, ale nie wypieram się też jego porażek. Wszyscy mamy takie same prawa, na czele z prawem do miłości, a więc i zawierania małżeństw jednopłciowych.

Za czym jeszcze tęsknisz w dzisiejszych, bardzo szybkich czasach, w których żyjemy? Czy akcja czytania książek na Instagramie świadczy o tym, że tęsknisz za większym zainteresowaniem sztuką?

Wiele jest teraz akcji propagujących czytelnictwo i myślę, że one powoli przynoszą efekt. Ludzie chodzą na koncerty, do teatrów też chyba chodzą, nie jest źle, ale powinno być jeszcze lepiej! Natomiast to już chyba całkowita reforma edukacji może zmienić.

Z drugiej strony mamy do czynienia z totalnym zdziczeniem obyczajów, które następuje w mediach społecznościowych, i w którym sama poniekąd uczestniczę. Czytanie poezji na Instagramie miało sprowokować włączenie innej wrażliwości i łączyć ze sobą pozornie odległe i nieprzystające do siebie światy. Lubię takie kontrasty. I ten mój cykl poezji na Instagramie cieszył się, ku mojemu zaskoczeniu, dużym zainteresowaniem. Z braku czasu zaniechałam tego,  ale być może kiedyś do tego wrócę.

 

fot. materiały promocyjne (archiwum zespołu)

 

A czy są takie utwory, które chowasz do szuflady i po czasie do nich wracasz?

Mam w szufladzie bardzo dużo utworów i bardzo rzadko po którykolwiek wracam. Uważam, że jeśli w danej chwili piosenka nie miała siły przebicia i zaistnienia na płycie to znaczy, że nie była wystarczająco dobra. Wyjątkiem od tej reguły jest piosenka „Powszedni Chleb”, którą napisałam za czasów “Vulcano” i wiedziałam, że kiedyś znajdę płytę dla niej i to była “Miłość”. Mam jeszcze kilka takich utworów, które czekają na swój moment.

Czy na właściwy moment czekał też duet z Kayah, który słyszymy w piosence „Carmen”?

Moje pragnienie udziału Kayah w tej płycie zrodziło się wcześniej, zanim ten utwór powstał. Szukałam właściwego utworu dla Kasi i kiedy napisałam “Carmen” wiedziałam, że to jest “ta piosenka”.

Kayah była poruszona tym tekstem i muzyką. W studiu oddała siebie całkowicie, co przełożyło się na wyjątkową emocjonalność tej piosenki.

Kiedyś wspomniałaś, że sny są dla Ciebie inspiracją do pisania piosenek. Czy tak było też tym razem?

Utworem, który przyśnił mi się na tę płytę była “Warszawa Czeka”, z melodią i z tekstem. Po przebudzeniu zdążyłam nagrać je na dyktafon.

Główny trzon zespołu Sorry Boys stanowisz Ty, a także Tomasz Dąbrowski i Piotr Blak. Warto jednak powiedzieć, że duży wpływ na ten album miał także Wasz producent i współkompozytor Marek Dziedzic. Czy można powiedzieć, że jest on nieformalnym czwartym członkiem zespołu?

Zdecydowanie tak. Na czas powstawania płyty Marek staje się częścią naszego zespołu. Bardzo osobiście podchodzi do swojej pracy, starając się jak najwięcej dać z siebie. Na „Miłości” zdarzyła się też piosenka, w którą Marek w ogóle nie chciał ingerować.  Dlatego „Carmen” w wersji płytowej właściwie nie różni się od mojego pierwotnego dema.

W zespole Sorry Boys pojawiły się także dwie nowe osoby.

Patryk Stachura na basie i Wojtek Deręgowski na perkusji byli z nami od czasu „Amor Tour”. Współtworzyli płytę “Miłość” i koncertowaliśmy razem z tym materiałem. To wspaniali muzycy i fantastyczni ludzie.

Dlaczego rozstaliście się z Maćkiem i Bartkiem, którzy wcześniej byli częścią zespołu?

Myślę, że to jest tak, jak w związkach. W pewnym momencie zaczęliśmy inaczej patrzeć, inaczej widzieć, mieć inne oczekiwania. Życie razem przestało sprawiać nam radość i musieliśmy podjąć decyzję o rozstaniu.

Czy jeśli chodzi o zespół bardziej skupiasz się na tym, co jest tu i teraz, czy raczej żyjesz już przyszłością?

Przy tej płycie wyjątkowo skupiam się na tym, co jest tu i teraz. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, w których celebrowanie chwili jest luksusem. Wszyscy gdzieś pędzimy i zatracamy radość z tego, co mamy właśnie teraz. Wciąż analizujemy to, co już się wydarzyło, albo planujemy przyszłe życie. Koncert jest takim momentem zatrzymania, wejścia w chwilę, która trwa, kontaktu ze swoimi głębokimi emocjami. Ja tak mam i chciałabym, żeby tak miała też nasza publiczność.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

 

 

 

 

 

3 odpowiedzi do ““Całe życie śpiewam o miłości” – rozmowa z Belą Komoszyńską (Sorry Boys)”

Dodaj komentarz