“Nie rozpatrywałabym tego albumu jako mojej ucieczki” – nasza rozmowa z Natalią Kukulską

Album “Czułe Struny” Natalii Kukulskiej to największa artystyczna produkcja na naszym rynku fonograficznym, jak również wydarzenie bez precedensu na świecie. Wybrane dzieła Fryderyka Chopina po raz pierwszy zostały opracowane w formie utworów symfonicznych, do których powstały teksty. Z tej okazji porozmawialiśmy z wokalistką nie tylko na temat nowego albumu, ale także o zbliżających się jubileuszach.

fot. Karolina Wilczyńska

„Czułe struny” to projekt, w który zaangażowanych było wiele osób. A kto był pierwszą osobą, która dowiedziała się o tym pomyśle?

Pierwszą osobą był na pewno Adam Sztaba. To on uczestniczył razem ze mną w koncercie z okazji 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina na zaproszenie Classic Jazz Quartet. Adam zaaranżował dwa utwory na to specjalne wydarzenie. Od tamtego czasu wiedział, że chciałabym  rozwinąć ten projekt i że zastanawiam się, w jakiej to zrobić formie. Pewne pomysły chcieliśmy przenieść z tamtego koncertu, ale gdy zdecydowałam się na symfoniczny charakter albumu i udało się zaprosić wspaniałą Sinfoni Varsovię,  Adam postanowił podejść do tych utworów na świeżo. O ile w Mazurku („Zezowate szczęście”) można odnaleźć jakieś wspólne elementy z pierwotną aranżacją, tak Nokturn („Tu i teraz”) jest czymś zupełnie innym. Początkowo Adam Sztaba był chyba sceptycznie nastawiony, może nawet nie do końca wierzył, że podejmę działania, które przyczynią się do powstania tego albumu. Z pewnością zaskoczył go plan, który przeistaczał się w realne działania. W końcu logistyczne połączenie wielu podmiotów artystycznych w jedną całość nie było łatwe, wymagało to ogromnej pracy oraz zaangażowania niezliczonej ilości osób.

Jak w ogóle realizuje się plan nagrania takiego albumu, skoro pierwsze pomysły pojawiły się już 10 lat temu? Czy jakieś etapy wyznaczały pracę nad tym przedsięwzięciem?

10 lat temu pojawił się jedynie pomysł, a raczej iskra, która zaczęła rozpalać moją chęć nagrania takiej płyty. Wtedy jeszcze nie rozpoczęły się żadne prace. Trzy lata temu powiedziałam mojej menedżerce, że mam apetyt na taki projekt i chcę go zrealizować w 2020 roku, czyli przy kolejnej okrągłej rocznicy narodzin Chopina. Ona już wtedy zaczęła planować, logistycznie układając kalendarz na kolejne miesiące. Pierwszy etap to było wykonanie przeze mnie telefonów do aranżerów, którzy zechcą wesprzeć mnie w tym przedsięwzięciu.

Każdy z moich gości ma inny system pracy i w innym terminie był dostępny, ich pomysły napływały więc do mnie w różnych odstępach czasu. Z większością kompozytorów spotykałam się po to, żeby wyłuskać melodię z tematu  kompozycji Chopina, która nadała im piosenkowości i stanowiła kantylenę, do której mógł powstawać tekst. Niektórzy sami zaproponowali utwory, nad którymi chcieliby pracować. Przełożenie tematów fortepianowych na język wokalny nie jest takie łatwe i oczywiste ale mając tak znakomitych kompozytorów jak – Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i Paweł Tomaszewski, czułam się bezpieczna.

 

 

Ich inwencja twórcza bywała zaskakująca?

Wielokrotnie tak, bo po pierwszych ustaleniach dopiero zaczynali opracowania symfoniczne i każdy miał wolną rękę. W jednym przypadku wizja aranżera była całkowicie inna od mojej, ale powstała kolejna propozycja, którą już poczułam i uwielbiam. Każdy utwór, który dostawałam był niezwykle inspirujący i zaskakujący. Kolejnym etapem było wypełnienie warstwy lirycznej tej płyty. Oprócz tekstów, które napisałam są takie, które powstały spod pióra artystek, które bardzo cenię. Zaprosiłam piszące wokalistki, których twórczość jest mi bliska – Bovską, Natalię Grosiak, Kayah, Melę Koteluk, Gabę Kulkę. Podsyłałam im surowe wersje utworów, czyli tzw. demo w którym naśpiewywałam melodię. Sporo pracy miała również moja menedżerka – cała organizacja nagrań i prób z orkiestrą, umówienie muzyków, realizatorów itd.

A pojawili się tacy artyści, którzy z jakichś powodów nie podjęli się pracy nad tymi utworami?

Nie mogę zdradzać wszystkich zakulisowych sekretów. Cieszę się, że udało się zebrać ten właśnie skład. Po prostu tak miało być. Ktoś próbował i się poddał, bo nie był w stanie odnaleźć się takiej formule. To normalne. Doskonale to rozumiem. Nie można nic robić na siłę, trzeba to czuć, by być szczerym.

Ponoć doświadczony realizator Leszek Kamiński, który podjął się współpracy też był przestraszony wielkością tego przedsięwzięcia, które jak się okazało było dla niego niemałym wyzwaniem?

Wiele „Fryderyków” na koncie, a tutaj jeden Fryderyk go przestraszył (śmiech). Trudnością było nagranie całości na tak zwaną „setkę”. To stanowiło ogromne wyzwanie – połączenie tych wszystkich żywych elementów w jedną całość. Powiększony skład Sinfonii Varsovii znajdował się w jednym studiu, natomiast w drugim znajdowali się muzycy sesyjni. Połączenie komunikacji pomiędzy nimi, praca pięciu dyrygentów, rozmieszczenie orkiestry, aż po problemy techniczne, chociażby z okablowaniem tak wielkiego składu, stały się ponadprzeciętnym wyzwaniem. Bez zaangażowania Leszka Kamińskiego i Jarka Regulskiego nie mogłoby to się udać. Leszkowi też zawdzięczam brzmienie tego albumu bo to on odpowiadał za miksy.  Szczęście w nieszczęściu, że podczas pandemii miał więcej czasu na to. Mógł się skupić tylko nad tym projektem i każdy szczegół dopracował niezwykle precyzyjnie. Zazwyczaj czeka do niego kolejka artystów.

Jak można określić wkład muzyków sesyjnych w ten album? Czy było tu miejsce dla ich kreatywności, w tak specyficznym projekcie?

Rzeczywiście ich udział był w pewnym sensie ograniczony, bo musieli zagrać to, co jest zapisane w nutach. Mam jednak wrażenie, że każdy z nich oddał w tych kompozycjach znaczącą część siebie. Każdy z nich ma przecież własną artykulację. To są też wspaniali muzycy – Michał Dąbrówka, Robert Kubiszyn, Piotr Wrombel, Bogusz Wekka i inni, którzy mają własny język wypowiedzi artystycznej. Przejścia perkusyjne, niuanse zagrane na basie, ogrywanie harmonii to już zawsze należy do muzyka. Krzysztof Herdzin gra wyczynowo na fortepianie w Mazurku a-moll „Odzie do serca”. Jego jazzowa solówka jest po prostu niezwykle erudycyjna i efektowna. A sekcja rytmiczna – Kubiszyn – Dąbrówka żywo reagują na to solo i to jest ten moment muzykowania. To nie jest tylko odgrywanie przygotowanych aranżacji ale emocje, które właśnie najbardziej poruszają czułe struny. Bardzo cieszy mnie udział wybitnego Janusza Olejniczaka, który w walcach a-moll „Powiem Ci kiedy” przejmuje dowodzenie. Chcieliśmy tutaj znaleźć miejsce dla takiej wrażliwości i kunsztu najbliższego samemu Chopinowi.

 

fot. Michał Klusek

 

Z kim z pięciu aranżerów nastąpiło najlepsze zrozumienie, bo nie trzeba było przeprowadzać z nim wielu rozmów, żeby zostać dobrze zrozumianym?

Nigdy w życiu tego nie powiem (śmiech). A tak poważnie, to nie wiem, czy umiałabym to stwierdzić. Każdy z aranżerów jest zupełnie inny, każdy jest na swój sposób wyjątkowy i kreatywny. Warto zaznaczyć, że każdy z nich jest indywidualistą i ma inny system pracy. Adam Sztaba jest wywrotowcem, on uwielbia wywoływać rewolucje w muzyce, lubi  zmieniać i zaskakiwać. Jan Smoczyński bardziej klasycznie i pokornie podchodził do tematu, starając się dokleić orkiestrę do oryginału. To są najbardziej dwaj skrajni twórcy, którzy pojawili się na tej płycie. Krzysztof Herdzin wykazał się dużym doświadczeniem i jego praca szła najszybciej. Pełen profesjonalizm. Nikola Kołodziejczyk to znów kosmita, który ma wiele oryginalnych pomysłów i swoje spojrzenie, a Paweł Tomaszewski wspaniale podszedł do tzw. Chopinowskich hitów, dając im bardzo bogatą oprawę i współczesny wymiar.

Bardziej zależało Wam na stworzeniu spójności, czy ważniejsze stało się pokazanie różnorodności wszystkich twórców?

Bardzo zależało mi na różnorodności, chociaż wiadomo, że jest jeden aparat wykonawczy. Od początku chciałam, żeby to było filmowe. Łącznikiem stał się w tym przypadku Chopin, mój głos, interpretacje i miejsce, w którym całość była nagrywana. To wystarczyło, żeby pomimo wielu pomysłów zachować jakąś spójność. Nie chciałam tworzyć projektu komercyjnego, zależało mi na ciekawych artystycznie pomysłach.

A jak szła praca nad tekstami, bo wiele mówiło się o Kayah, która napisała słowa „Pod powieką”. Co nadaje wyjątkowości poszczególnym tekstom?

Każda artystka ma swój styl. Kayah chciała taki utwór, który będzie miał pewną dozę dramatyzmu i smutku. Już samo Preludium e-moll ma w sobie głęboką melancholię, co przy osobistym tekście Kayah brzmi jeszcze pełniej. Natalia Grosiak napisała tekst bardziej filozoficzny – o tym, żeby doceniać to co nam przynosi los i z czułością patrzeć na wspomnienia, które tworzą naszą tożsamość. Bovska znów zabawiła się formą i napisała tekst oparty o o relację Chopina z George Sand, choć jest to bardzo uniwersalne i współczesne. Gaba Kulka stworzyła słowa do poruszającego utworu „Ktoś całkiem nowy”, opisującego relację matki i dorastającej córki. Coś dla mnie bardzo emocjonalnego. Nie zmieniłam nawet jednego słowa w tym tekście. Napisany tak linearnie jak historia z musicalu – przejście przez różne etapy dorastania, aż po wypuszczeniu córki w świat. Mela Koteluk napisała tekst jako pierwsza. Muzyka sugestywnie nakreśliła jej wizję związaną z przyrodą. Kwitnąca wiśnia była tylko pretekstem do ukrycia w nim mocnego przesłania, o tym, że tracimy wrażliwość na piękno i kruchość. Nawiązała do wiersza Słowackiego, w którym padają słowa – „Nie szkoda róż, gdy płonie las”.

 

fot. Karolina Wilczyńska

 

Kilka tekstów wyszło jednak spod pióra samej Natalii Kukulskiej. Jak się pisze teksty, które muszą pasować do takich kompozycji? Czy jest to trudniejsze niż przy pisaniu słów do bardziej popowych projektów?

Mój warsztat jest wciąż młody, bo właściwie od płyty „Sexi Flexi” zaczęłam pracować także w tej materii. Wcześniej miało to charakter sporadyczny, a od tamtego momentu moje płyty stały się bardziej autorskie. Nie mam przekonania czy posiadam odpowiedni warsztat, powiedziałabym, że raczej wciąż on ewoluuje, ale wyjątkowo sprawnie przyszło mi pisanie tekstów na ten album. Może to zasługa muzyki, która jest tak sugestywna, jeśli chodzi o emocje, że było mi łatwiej. Pewne obrazy same pojawiały się w mojej głowie. Motywem przewodnim stała się czułość, która zainspirowała mnie podczas przemówienia Olgi Tokarczuk. Pierwszym tekstem, który napisałam pod jej wpływem niemal od ręki były słowa do „Znieczulenia” czyli Preludium c-moll. Trudniejsze były „Czułe struny”, ale to ze względu na to, że dzieje się tam wiele od strony wokalnej i musiałam wszystkie sylaby odpowiednio poukładać. Zupełnie inny jest tekst do zamykającego płytę „Zezowatego szczęścia”, w którym spuszczam trochę powietrza i jest czymś jeszcze innym, mniej poważnym w samej formie i przekazie. Trochę z przymrużeniem oka bawię się formą.

Czy można powiedzieć, że „Czułe struny” są ucieczką od wizerunku Natalii Kukulskiej nagrywającej płyty z elektroniką, które były znów ucieczką od Natalii popowej?

Nie rozpatrywałabym tego albumu jako mojej ucieczki, ani określającej moją drogę zawodową. Nigdzie nie uciekam. Lubię podejmować nowe wyzwania, poszukiwać kolejnych sposobów na wyrażanie siebie. Chcę odkrywać więcej możliwości i poruszać się w przestrzeniach muzycznych, dla mnie nowych, inspirujących. Chcę odkrywać siebie w kontekście z różnymi wrażliwościami artystów, czego najlepszym przykładem są właśnie „Czułe struny”. W końcu w ten projekt zaangażowanych było mnóstwo ludzi. Pielęgnuję swoją pasję, co znowu daje mi wiele emocji. Nie potrafiłabym zrezygnować z tego, na rzecz robienia projektów wykalkulowanych, czy też bardziej bezpiecznych i komercyjnych. Mój wizerunek kształtują kolejne wyzwania, które są odmienne od poprzednich. Wolę być postrzegana w ten sposób. A album z Chopinem stał się spełnieniem mojego marzenia. Myślę już o kolejnych projektach, które w jakiś sposób wypełnią mój przyszłoroczny jubileusz.

Za rok będziemy świętować 25 lat od wydania płyty „Światło”, a także 35 lat, które upłynęły od albumu „Natalia”. Który z tych jubileuszy jest ważniejszy?

Każdy z nich jest ważny, ale przy okazji jubileuszy chciałabym zrobić coś nowego. Nie będzie to zapewne cała płyta, bo ciągle żyję ostatnim albumem, który ma bardzo dobry odbiór. Myślę o EPce, która miałaby się pojawić w przyszłym roku. Może zagram też koncerty akustyczne, które połączą te wszystkie moje albumy. Musi to być na pewno coś nowego, ale co to dokładnie to będzie, tego jeszcze nie wiem. Pomysłów mi nie brakuje. Póki co przygotowuję się do koncertów “Czułych strun”, które są nie lada wyzwaniem. Zapraszam już w przyszłym roku. Zaczynamy w Krakowie w Walentynki.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

fot. Karolina Wilczyńska

Natalia Kukulska i Sinfonia Varsovia – “Czułe struny” [RECENZJA]

Jedna odpowiedź do ““Nie rozpatrywałabym tego albumu jako mojej ucieczki” – nasza rozmowa z Natalią Kukulską”

Dodaj komentarz