
Nowy singiel „daughter of the moon (the moth’s tale)” to kolejny krok w artystycznym świecie Elizy Pławeckiej – początkującej twórczyni, która z wyczuciem łączy inspiracje neoklasyką, ambientem i dream popem z filmową narracyjnością. O kulisach powstawania utworu, własnej wrażliwości i muzycznych poszukiwaniach można dowiedzieć się z naszego wywiadu z artystką.
fot. materiały prasowe
„daughter of the moon (the moth’s tale)” to bardzo obrazowy i nieoczywisty tytuł Twojego nowego utworu. Jaka historia kryje się za tym połączeniem różnych symboli, w tym księżyca i ćmy?
Tak, tytuł jest przede wszystkim symboliczny i sugestywny. Szkic utworu powstał w przeddzień moich urodzin, kiedy przysiadłam do pianina i odnalazłam harmonię, która wyznaczyła kierunek całej narracji obecnej dziś w finalnej wersji utworu. To był moment, w którym czułam się dość zagubiona i próbowałam na nowo określić swoje miejsce.
Chciałam odwrócić popularną metaforę ćmy podążającej za światłem. W mojej interpretacji zaczyna ona rozumieć, że nie musi szukać go na zewnątrz, bo może odnaleźć je w sobie. Zna już smak iluzji uczuć, które często prowadzą do rozczarowania, dlatego uczy się ufać samej sobie. Dystans wobec relacji, które nie są bezpieczne lub autentyczne, jest wyborem. To daje jej poczucie bezpieczeństwa i pozwala wyznaczyć własną drogę.
Księżyc jest tu ucieleśnieniem samotności, pamięci i cichej obecności. Staje się czymś w rodzaju źródła, z którego wyrasta ćma. Dlatego określenie „córka” nie jest przypadkowe — ćma czerpie swój charakter z tajemniczego, trudnego do zdefiniowania źródła związanego z naturą.
Ostatecznie tytułowa bohaterka stała się dla mnie metaforą człowieka, który potrafi przekuć swoją wrażliwość w siłę. To opowieść o budowaniu poczucia własnej wartości bez potrzeby ciągłego szukania jej w oczach innych.
Czy ten utwór od początku miał opowiadać konkretną historię, czy raczej powstawał wokół emocji i symboli, które dopiero z czasem zaczęły tworzyć spójną narrację?
Pracę twórczą zawsze zaczynam od próby zdefiniowania emocji, które trudno nazwać wprost. Dopiero później pojawiają się symbole, które pozwalają mi lepiej zrozumieć to, co chcę wyrazić. Tak było również tym razem — utwór powstawał stopniowo, a u jego podstaw leżały takie emocje jak poczucie inności, wyobcowanie i rozczarowanie światem.
Nie ma tu linearnej fabuły; raczej jest to zapis momentu, w którym powstawała ta piosenka. Czuję, że znacznie bliższe jest mi myślenie skojarzeniami i relacjami między nimi niż budowanie historii opartej wyłącznie na logicznej strukturze.
Czy masz poczucie, że ten singiel rozwija świat przedstawiony wcześniej w debiutanckim „crying land”, czy traktujesz go jako zupełnie nowy rozdział swojej twórczości?
Pisząc tę piosenkę, miałam poczucie, że wracam do początku tej historii. Choć oba utwory funkcjonują w tym samym uniwersum, “daughter of the moon (the moth’s tale)” jest w rzeczywistości rozdziałem wcześniejszym niż „crying land”. Można go więc traktować jako spojrzenie wstecz — moment, w którym dopiero rodzą się emocje i zaczyna się wewnętrzna, osobista wędrówka. Planuję również, aby ten singiel otwierał większe wydawnictwo, ponieważ pełni rolę wprowadzenia — pokazuje zalążek większej opowieści i stanowi fundament emocji, które w kolejnych utworach będą się rozwijać i znajdować swoje ujście.

fot. materiały prasowe
W jaki sposób budowałaś atmosferę utworu? Czy od początku zależało Ci na baśniowym i tajemniczym klimacie?
Atmosfera utworu nie była od razu jednoznacznie baśniowa, choć proces tworzenia od początku miał filmowy charakter. Kluczowe było dla mnie pytanie, jak mogłoby brzmieć wnętrze miniaturowego zegara, gdyby było piosenką, dlatego w warstwie dźwiękowej ważną rolę pełni jego mechanizm, który wyznacza rytm utworu i buduje poczucie upływu czasu.
Cała aranżacja opiera się na rozwoju emocji. Pojawiają się momenty napięcia, lęku i ciekawości, które następnie przechodzą w ulgę lub wyciszenie — trochę jak podczas wędrówki przez las, w którym czas raz przyspiesza, raz zwalnia. Co więcej, ćma jest dla mnie jednocześnie spokojem i chaosem, dlatego chciałam, aby w aranżacji pojawiały się momenty rozproszenia i niepewności, po których muzyka wraca do bardziej uporządkowanej formy.
Jak w tym przypadku wyglądał proces aranżacyjny? Czy brzmienie było dokładnie zaplanowane, czy powstawało bardziej intuicyjnie podczas pracy nad nagraniem?
Proces aranżacyjny był w dużej mierze efektem poszukiwań. Od pewnego czasu uczę się produkcji muzycznej i ten utwór jest jednym z pierwszych efektów mojej samodzielnej pracy, co daje mi z jednej strony pełną kontrolę nad brzmieniem, a z drugiej wymaga uważności, żeby nie zagubić się w nadmiarze dostępnych możliwości.
Melodia wokalu i chórki powstały dość spontanicznie — często nie planuję ich wcześniej, raczej testuję różne rozwiązania już na etapie właściwego nagrywania. Ogólnie większość materiału powstała intuicyjnie, ale kluczowe okazało się jego selekcjonowanie. Byłam wtedy trochę przeciążona nadmiarem informacji i miałam poczucie, że w utworze jest po prostu zbyt wiele elementów. Dopiero kiedy wyeksponowałam pianino, utwór zaczął się klarować. W pewnym momencie zdecydowałam się budować brzmienie poprzez połączenie instrumentów akustycznych z delikatną elektroniką. To skłoniło mnie do myślenia o utworze jako o dwóch przestrzeniach: kameralnej, odpowiadającej „miniaturowej” skali, oraz szerszej, ambientowej, która poszerza jego ramę i tworzy nocne, leśne tło. Zrozumiałam wtedy, że minimalistyczna forma może nieść wiele znaczeń.
W ten sposób centrum narracji stało się pianino, momentami pojawia się subtelna wiolonczela, a kontrast między wysokimi i niskimi padami działa jak światło i cień, budując kolejne warstwy struktury utworu.
Co według Ciebie jest największą wartością Twojej twórczości? A za co sama najbardziej cenisz „daughter of the moon (the moth’s tale)”?
Mój nowy singiel — „daughter of the moon (the moth’s tale)” — cenię szczególnie za to, że połączyłam w nim właściwie wszystkie elementy, które są mi bliskie: muzykę, film i literaturę. Poczułam, że mogę świadomie i w pełni niezależnie stworzyć nie tylko pojedynczą piosenkę, ale cały artystyczny świat.
Przy pracy nad nim bardzo mocno doświadczyłam tego, jak wymagający jest multidyscyplinarny proces. Czasami drobne błędy techniczne potrafią zatrzymać pracę na dłużej. Zdarzyło się na przykład, że przypadkowo sformatowałam kartę z plikami i musiałam wszystko zacząć od początku. Podczas rzeźbienia lalki drobne elementy wielokrotnie się kruszyły i wymagały ponownego wykonania. To były sytuacje, które na chwilę wydawały się trudne, ale finalnie stały się cenną lekcją cierpliwości. Nawet w trakcie takich momentów miałam jednak poczucie, że moja piosenka nie może mieć innej oprawy wizualnej — musi być właśnie taka, teatralna.
Pozytywnie zaskakuje mnie to, że moja muzyka zaczyna docierać również poza Polskę i spotyka się z zainteresowaniem zagranicznych mediów, takich jak m.in. London FM Digital, Nagamag czy Mix It All Up. Traktuję to przede wszystkim jako potwierdzenie, że osobisty i intymny sposób budowania narracji może być odbierany jako uniwersalny.
Poruszające jest dla mnie również to, że odbiorcy tworzą własne prace inspirowane moją muzyką. Przy debiutanckim utworze zorganizowałam konkurs na interpretację piosenki w formie własnej sztuki, a podobne reakcje zaczynają pojawiać się także przy nowym singlu. Daje mi to poczucie, że moja twórczość może realnie wpływać na innych twórców. Myślę, że to właśnie w tym widzę dziś jej największą wartość.
Który fragment utworu „daughter of the moon (the moth’s tale)” najlepiej oddaje jego sens i przesłanie?
Myślę, że fragment „In the dark I still hide even though I know how to spread the light / the light of my heart” trafnie oddaje sens poszukiwań własnego światła, które wiążą się z metaforyką ćmy. To moment przejścia od zagubienia do świadomości własnej drogi, jeszcze przed podjęciem działania, dlatego widzę w nim szczególną siłę.
Czasami mamy w zwyczaju tkwić w rzeczach, które nam nie służą albo kierują nami emocjonalne blokady. Z tej obserwacji starałam się uchwycić ludzką niespójność, w której sama świadomość własnego potencjału nie zawsze od razu przekłada się na działanie Jednocześnie pojawia się tu sugestia, że korzystanie z własnego „światła” zaczyna się od decyzji — nie dzieje się samo ani nie wymaga zewnętrznej akceptacji.
W Twojej muzyce słychać inspiracje neoklasyką, ambientem, dream popem i muzyką filmową. Skąd wzięły się te zainteresowania i jaka jest Twoja historia związana z muzyką?
Moja historia z muzyką zaczęła się w wieku 6 lat, kiedy rozpoczęłam naukę w szkole muzycznej. Od dzieciństwa towarzyszyła mi muzyka klasyczna, a szczególnie fascynowała mnie literatura fortepianowa. Uczyłam się gry na pianinie, miałam też epizod związany z nauką śpiewu operowego. Myślę, że taki fundament był dla mnie bardzo cenny, ponieważ nauczył mnie wrażliwości na harmonię, formę i niuanse brzmieniowe. Z drugiej strony rozbudził również pewien perfekcjonizm, który do dziś towarzyszy mi w pracy twórczej.
Z czasem zaczęłam jednak coraz bardziej interesować się muzyką rozrywkową, a szczególnie jej alternatywnymi odmianami. Naturalnie przyciągały mnie brzmienia, które dziś określiłabym mianem dream popu, ambientu czy muzyki filmowej. Na początku nawet nie zastanawiałam się nad gatunkami — była to po prostu muzyka, która silnie oddziaływała na moją wyobraźnię.
Myślę, że właśnie te doświadczenia ukształtowały mój sposób myślenia o muzyce. Dziś pozwalają mi łączyć klasyczne korzenie z bardziej współczesną estetyką. Co ważne, pianino pozostało dla mnie najważniejszym punktem odniesienia. To przy nim najczęściej powstają pierwsze szkice, melodie i połączenia harmoniczne. Niezależnie od kierunku, w jakim rozwija się moja muzyka, ten instrument pozostaje jej emocjonalnym centrum.
Gdybyś miała w kilku słowach opowiedzieć, co Ciebie jako początkującą artystkę interesuje w muzyce, to co by to było? I gdzie widzisz swoje miejsce na polskiej scenie muzycznej za jakiś czas?
Myślę, że najbardziej w muzyce interesuje mnie autentyczność i traktowanie jej jako żywej, nie do końca oszlifowanej materii. Mam poczucie, że nawet wydany już utwór pozostaje w pewnym sensie niedokończony — może funkcjonować w innych kontekstach i aranżacjach, a odbiorcy mogą dopisywać do niego własne znaczenia. W tym sensie proces twórczy nigdy się nie zamyka; zawsze prowadzi dalej, dlatego postrzegam dzieło artystyczne jako coś w rodzaju żywego organizmu.
Nie jestem zwolenniczką zbyt wygładzonego, „idealnego” brzmienia. Bliskie są mi momenty, w których pojawiają się drobne niedoskonałości, szumy czy naturalna dynamika, bo to one nadają mu ludzki wymiar. Nie boję się również ciszy w muzyce. Traktuję ją jako pełnoprawny element, który niesie własny ładunek emocjonalny; potrafi odcisnąć swój ślad i często wymaga większej uwagi od odbiorcy.
Jeśli chodzi o przyszłość, chciałabym stać się częścią sceny alternatywnej i dalej rozwijać swój warsztat twórczy. Myślę o koncertach jako o doświadczeniu audiowizualnym, czymś w rodzaju małego spektaklu. To kierunek, do którego chciałabym dążyć.
Co najbardziej cenisz w muzyce tworzonej przez innych artystów?
Najbardziej cenię u innych artystów pełne oddanie się sztuce i konsekwencję w podążaniu własną drogą. Ważne jest dla mnie, kiedy muzyka wynika z wewnętrznej potrzeby, a nie z trendu; prezentuje indywidualny język artysty — coś, co sprawia, że dany utwór jest rozpoznawalny i charakterystyczny dla danego twórcy. Cenię także wizjonerskość oraz umiejętność budowania atmosfery nie tylko w studiu, ale również na scenie.
Przy pierwszym singlu „crying land” pojawili się tacy wykonawcy jak: Coals, Lana Del Rey, Aurora, Agnes Obel. Kto jest dla Ciebie obecnie największą inspiracją w muzyce?
Wciąż są to dla mnie najważniejsi artyści, szczególnie Agnes Obel, której twórczość ma dla mnie wymiar wykraczający poza muzykę. Postrzegam ją w kategoriach sztuki, jako pełne zjawisko. Bardzo porusza mnie sposób, w jaki buduje swój świat, oraz to, że jej kompozycje pojawiają się również w produkcjach filmowych. Sama marzę o tym, by moja muzyka również mogła kiedyś stać się częścią soundtracku. Często myślę o tworzeniu muzyki w ten sposób, jakbym komponowała pod konkretny obraz, co na razie umożliwiają mi autorskie teledyski.
Aktualnie w tym zestawieniu uwzględniłabym również Hanię Rani, której działania od pewnego czasu obserwuję. Szczególnie imponuje mi to, w jaki sposób udowadnia, że fortepian oraz połączenie muzyki klasycznej z subtelną elektroniką mogą funkcjonować jako uniwersalny język, docierający szeroko właśnie poprzez skupienie na rzemiośle.
Myślę, że zarówno Agnes Obel, jak i Hania Rani wybierają kontrolowaną ciszę i powściągliwość zamiast przesytu i nadmiernej ekspresji, co znajduje odzwierciedlenie w moich własnych wyborach twórczych.
Duże znaczenie ma w Twoim przypadku także obraz, co potwierdzają Twoje teledyski. Skąd taka potrzeba przywiązywania wagi do obrazu jako części spójnej z muzyką?
Myślę, że wynika to przede wszystkim ze sposobu, w jaki odbieram świat. To, że dźwięki mają barwę, kształt i ruch, jest dla mnie naturalnym sposobem postrzegania rzeczywistości. Tworząc, ubieram melancholię we własny kostium.
Realizowanie teledysków do własnych utworów nie wynikało z konkretnego planu, lecz z potrzeby nadania muzyce materialnego kształtu. Dzięki temu czuję, że w każdym detalu może być obecna moja wrażliwość, a odbiorca może na chwilę wejść do świata skonstruowanego w całości przeze mnie. Przy ostatniej animacji szczególnie mocno odczułam tę zależność. Fortepianowe solo komponowałam z myślą o wdzięcznym, ale lekko niezgrabnym ruchu lalki. Jej taniec, zawarty w melodii, później przełożyłam na obraz. To jeden z momentów, w którym teatralność sceny wyraźnie koresponduje z tematyką utworu.
W połączeniu z teledyskiem traktuję ten singiel jak baśń o samej sobie. Mam poczucie, że pozostawienie go wyłącznie w formie muzycznej byłoby niepełne. Powstał w ten sposób mój własny mikroświat — prywatna mitologia, w której dźwięk i obraz przenikają się i zaczynają żyć własnym życiem.
Jeśli chodzi o konwencję, najbliższy jest mi surrealizm. Fascynują mnie mechanizmy rządzące snem i budowanie światów przypominających miniatury. Wśród twórców, do których wracam, są m.in. Bruno Schulz, Jan Švankmajer, Tim Burton i David Lynch.
„crying land” i „daughter of the moon (the moth’s tale)” pokazują bardzo spójny kierunek artystyczny. Czy kolejne utwory będą rozwijały ten świat, czy planujesz także inne muzyczne niespodzianki?
Dziękuję, cieszę się, że w moich dotychczasowych działaniach widać spójność. Aktualnie pracuję nad większym konceptem, w którym projektuję świat moich piosenek jako makietę ludzkiej psychiki. Utwory funkcjonują jak osobne krainy — przestrzenie, po których można krążyć. Jest to rodzaj wędrówki w głąb siebie.
Każdy utwór tworzę wokół innego koloru i osadzam go w odrębnej przestrzeni: w „crying land” był to ogród, a w „daughter of the moon (the moth’s tale)” — zegar. Brzmienie kolejnych utworów również będzie wynikało z przypisanych im przestrzeni i dominujących emocji. Ten koncept dojrzewał we mnie przez kilka lat, a teraz stopniowo znajduję środki wyrazu, by go rozwijać.





