
Zespół Łzy, jedna z najdłużej aktywnych formacji pop rockowych w Polsce, wkracza w rok 2026 z projektem, który jest czymś znacznie więcej niż jubileuszowym podsumowaniem. Właśnie ukazał się ich wyjątkowy album „Po drugiej stronie jutra”, którego recenzję można znaleźć na naszym portalu.
fot. okładka albumu (box)
Recenzja płyty „Po drugiej stronie jutra” – Łzy (2026)
Historia zespołu Łzy jest zawiła, a pomimo to muzycy potrafią skupić się wyłącznie na tworzeniu muzyki, bez posiłkowania się kontrowersjami istniejącymi gdzieś obok. Potwierdza to ich nowy, niezwykle rozbudowany album „Po drugiej stronie jutra”, który jest esencją charakterystycznego brzmienia grupy, ale też wyraźnym spojrzeniem w przyszłość. Jednocześnie podwójne wydawnictwo staje się podsumowaniem ich 30-letniej działalności i to bez odcinania kuponów od tego, co było. Tym samym trudno zarzucić im żerowanie na popularności minionych dokonań czy wyraźne odnoszenie się do tego, co już za nimi.
Zespół nie stara się dekonstruować swojego brzmienia, idąc w stronę, która nie byłaby spójna z tym, co zawsze tworzyło wartość ich muzyki. Dlatego jeśli ktoś nigdy nie był wielkim fanem bandu, to wydawnictwo raczej go do siebie nie przekona. Nadal ważne w ich piosenkach są wyostrzone, torpedujące dźwięki gitarowe osadzone w czytelnej piosenkowej formie, która w pewien sposób definiuje dokonania Łez. Dobrze, że grupa wciąż potrafi intensyfikować charakter kompozycji, nawet jeśli chwilami jest to odrobinę przerysowane.
Warto jednak dodać, że właśnie na tej dynamice powstawały najbardziej angażujące, ale też przebojowe ich utwory, także te, które na lata pozostały w naszej pamięci. To nadal są oni, nawet jeśli można zauważyć w tym ciągoty do nieco innego, ale wciąż intensywnie rockowego kierunku (mocne, mniej oczywiste tąpnięcie w „Dwóch damach”). Niezmienne pozostaje także melodyjne traktowanie wszystkich propozycji, co zapewnia wielu z nich dużą siłę oddziaływania (dojrzały, ujmujący w swoim nostalgiczno-rzęsistym klimacie kawałek „Całkiem niedaleko”). Dobrze, gdy pojawia się też większa głębia, również kojarząca się z muzyką formacji, która w jeszcze pełniejszy sposób pokazuje, o co jej chodzi (zbudowane na skrajnościach brzmieniowych, wyborne „Szukam Cię”).
Należy podkreślić, że dostaliśmy bardzo dużo materiału, bo całość składa się z dwóch krążków – „Dzień” i „Noc”. Dobór piosenek na obie części jest trochę zagadkowy, choć pierwsza odsłona jest żywsza, a druga bardziej senna, co nie znaczy, że brakuje na niej mocniejszych numerów („Łóżko”). Na drugiej płycie można też wyłowić elementy art-rocka, a nawet gotyckiej wzniosłości, choć wciąż czujemy, że poruszamy się w obrębie tego, czym zespół przyciąga uwagę fanów od lat („Nie wychodzę już na światło”).
Przy 24 propozycjach stanowiących fundament dzisiejszych Łez nie dało się ustrzec przed momentami, które wydają się odrobinę trywialne („Czerwone jabłko”). Za to zachwycają balladowe uniesienia zbudowane na pianinie i smyczkach (świetny numer „Bez Ciebie nie chcę”). A jeśli ktoś tęskni za spokojniejszymi motywami, które przywołują wspomnienia z początków działalności bandu, także odnajdzie tu coś dla siebie („Teraz, potem, przedtem”).
Na tym tle bardzo dobrze wypada głos Sary Chmiel, która spaja w całość różne muzyczne kierunki obecne na albumie. Jej wokal jest pełen emocji, nieprzesadnych uniesień i trafnych interpretacji. Sama forma liryczna może nie zawsze trafiać w sedno, ale za każdym razem kryje jakąś opowieść.
Uwaga! Teraz mały spoiler. W „Kołysance ostatniej” można usłyszeć męski głos, który najpewniej jest zapowiadanym „mistycznym łącznikiem” z albumem „Miłość w czasach samotności”. Jeśli rzeczywiście należy on do Mateusza Maryjki, który wcześniej pojawił się w utworze „Zaśnij, zaśnij, zapomnij”, to spinałby on obie płyty symboliczną klamrą opartą na motywie snu, wyciszenia i przemijania. Trzeba przyznać, że nieoczywista to niespodzianka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że prawdziwy sens dokonań Łez pozostaje niezmienny – wciąż czujemy, że to rockowy zespół z nieco klasycznym sznytem, ale potrafiący się rozwijać i poszukiwać nowych rozwiązań, które w wielu momentach nadają tej twórczości wyjątkowej siły wyrazu. Należy docenić ich za wytrwałość i konsekwencję, choć przecież nieraz musieli mierzyć się z przeciwnościami. Pokazują więc, że warto robić swoje, bez wyciągania brudów i skupianiu się na przeszłości. Za to z przywiązaniem do własnych korzeni. Dlatego „Po drugiej stronie jutra” to prawdziwa gratka dla wytrwałych fanów, którzy są z nimi od lat.
Łukasz Dębowski
Łzy świętują 30-lecie działalności. Posłuchaj singla „Endorfiny granat”!





