„Mam poczucie wdzięczności” – Mietek Szcześniak [WYWIAD]

Mietek Szcześniak powraca po dłuższej przerwie, prezentując zupełnie nowy projekt. Tym razem artysta sięgnął po brzmienia inspirowane klasyką amerykańskiej muzyki – folkiem, rock’n’rollem i bluesem – z uniwersalnym, poruszającym przesłaniem. Nowa płyta „Brothers” jest jednocześnie symbolicznym zwieńczeniem jego 40-letniej drogi artystycznej, o czym mieliśmy okazję z nim porozmawiać.

fot. materiały prasowe

Minęło dziesięć lat od twoich ostatnich premierowych piosenek. Gdzie podział się ten czas?

W międzyczasie nagrałem jeszcze płytę dla dzieci, która cały czas czeka na wydanie. To są jazzowe standardy z tekstami dla dzieci i po polsku.

Brzmi jak bardzo nieoczywisty projekt.

Bo czegoś takiego właściwie nie było chyba nawet na świecie. Do muzyki Coltrane’a czy Cannonballa Adderleya nikt nie pisał tekstów w języku ojczystym, a już szczególnie dla dzieci. A ja sobie pomyślałem: jak podać następnemu pokoleniu pomniki kultury muzycznej XX wieku, jazzowe standardy? Jak przekazać dzieciakom muzykę, która nie jest modna i przegrywa z płycizną, którą często się im proponuje?

To trochę muzyczna misja.

Tak. Z poczucia misji to się właściwie wzięło. Zamiast krytykować płycizny – proponuję klasykę z dobrymi tekstami Joanny Gajdy. Kiedy zaczynałem, rok po debiucie śpiewałem dwa razy na Jazz Jamboree, jednym z najważniejszych wtedy polskich festiwali. Przyjeżdżali do Warszawy ludzie z całej Polski i z zagranicy, żeby słuchać wielkich gwiazd światowego jazzu. Fajnie edukować tak dzieciaki, żeby kiedyś zdziwiły się: to jest Coltrane? To Miles Davis? Przecież to piosenki mojego dzieciństwa.

A same aranżacje? Trzeba było mocno „upraszczać” te kompozycje? I skąd pomysł na dziecięce głosy?

Nie, nie. Jest jak trzeba. Grają jazzowi muzycy, nawet jeden czarnoskóry perkusista z Nowego Jorku. Dzieci po prostu śpiewają tematy. Nie skupiamy się na jakimś straszliwym swingowaniu, tylko podajemy dalej to, co wymyśliły tuzy większe od nas, bawiąc się tekstami. Wujek Mietek śpiewa z dzieciakami unisono. Asia Gajda, pianistka jazzowa, firmuje tę płytę ze mną i to ona napisała teksty. Wszystko zaczęło się od dwóch utworów przygotowanych dla jej dzieci. Namówiłem ją, żebyśmy nagrali cały album.

Nowa płyta „Brothers” też nie wpisuje się w obowiązujące trendy.

Bo ja chyba nigdy nie myślałem kategoriami trendów. Dzisiaj jest bardzo dużo elektroniki i prostych harmonicznie rzeczy. Często tworzą je ludzie, którzy wszystko robią sami, bez muzyków, więc siłą rzeczy te kompozycje i harmonię są prostsze. A przez tę powtarzalność bywają — przynajmniej dla muzyka — trochę nudnawe. I wtedy człowiekowi chce się wrócić do źródeł. Na przykład do bluesa. Bo źródłem soulu, rhythm and bluesa czy jazzu jest właśnie blues. To źródło ciągle bije.

Pierwszy singiel z płyty — „Every Body And Soul” — jest właśnie mocno osadzony w tej stylistyce.

Tak, ale to przede wszystkim piosenka o zmianie. Chcesz zmienić świat? Zacznij od siebie. Nie czekaj na polityków, herosów czy duchowych przywódców. Każda prawdziwa zmiana zaczyna się od przemiany myślenia. Początkiem było spotkanie z Wendy Waldman. To kapitalna artystka i producentka z Los Angeles, znana choćby z napisania „Save the Best for Last” dla Vanessy Williams. Był też H.B. Barnum — legenda związana z Motown, człowiek, który pracował z Jackson 5, Frankiem Sinatrą, Rayem Charlesem czy Gladys Knight.

Jak w ogóle doszło do tej współpracy?

Przez akcję „Poland, Why Not?”, gdzie polscy i amerykańscy twórcy spotykali się, żeby razem pisać piosenki. Przyjechali ludzie, którzy robili utwory dla Whitney Houston czy Céline Dion. Spotkaliśmy się z Wendy i przez dwa dni napisaliśmy trzy piosenki. Od razu pojawiła się chemia. Później ja latałem do Stanów, Wendy przylatywała do Polski i pracowaliśmy dalej.

Co ich w Tobie zainteresowało?

H.B. Barnum powiedział mi coś bardzo ważnego. Że śpiewam językiem, który rozumie każdy człowiek na ziemi — językiem duszy. Nie chodziło o angielski, głos, wygląd etc.. I powiem szczerze: po to warto pojechać na koniec świata, żeby usłyszeć coś takiego od ludzi, których się ceni.

Miałeś wcześniej opory przed nagrywaniem po angielsku?

Oczywiście. Myślałem sobie: po co ja mam to robić, skoro tam jest tylu wspaniałych artystów? Ale oni powiedzieli: „Opowiedz tę historię, bo nas porusza sposób twojej interpretacji”. Uznali także, że zainteresowało ich moje śpiewanie w języku polskim, bo to dla nich jest nowe spojrzenie na soul. U nas ludzie często tego nie zauważają, ale tam od razu zwrócili na to uwagę.

Wracasz czasem do swoich dawnych płyt, które nagrywałeś po polsku?

Tak, bo trzeba wiedzieć, na jakim jest się etapie. Herbie Hancock kiedyś powiedział, że słucha także samego siebie. Bardzo mi się to spodobało. Kiedy wracam do dawnych rzeczy, znajduję tam błędy, ale też świeżość. Można sprawdzić, czy to źródełko, które wtedy biło, dalej działa.

Był moment, kiedy chciałeś się wycofać z muzyki?

Tak. Byłem bliski wycofania się, bo miewałem problemy z zainteresowaniem wydawców moją twórczością. Myślałem sobie: po co mam się narzucać? Ale musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy właśnie do tego zostałem wymyślony? Długo to trwało, ale wyszło na to, że tak.

Wiem, że byłem też doceniany, o czym mówiły mi o tym trzy Fryderyki, spotkania z ludźmi, opinie krytyków. Ale reakcje były bardzo różne. Dla jednych to było wartościowe, dla innych zbyt estradowe. Zwłaszcza dla bardziej szorstkich rockowców. Ale z gustami się przecież nie dyskutuje.

„Every Body And Soul” jest opowieścią o wewnętrznej przemianie. Ty sam ciągle się zmieniasz?

Ciągle. Bo ciągle interesują mnie ludzie i świat. I myślę, że to daje nie tyle młodość, co świeżość. Każda prawdziwa pasja odświeża człowieka — jego myślenie, duszę, sposób patrzenia. Ja chcę się rozwijać we wszystkich możliwych dziedzinach życia. Opowiadam o tym piosenkami. To rodzaj mojego dziennika. Niektórych to inspiruje, leczy, daje nadzieję. Mam wrażenie, że ciekawość świata z wiekiem rośnie. I chyba z czasem staję się też coraz bardziej wyrozumiały dla ludzkiej kondycji. Każdy ma swoją biedę. Kiedy człowiek to zrozumie, wtedy dopiero zaczyna naprawdę rozumieć innych. A talent? Talent jest darem. Trzeba go po prostu dobrze wykorzystać i skromnie za niego podziękować. Nie ma co zadzierać nosa.

Ale zgodzisz się, że artyści mają trochę większe ego?

Czasem to ego jest potrzebne po to, żeby umieć ubrać w słowa coś, czego człowiek zagoniony codziennością po prostu nie potrafi nazwać. Myślę, że artysta jest trochę od wzruszeń, trochę od przewietrzania tej rzeczywistości zadętej skrótami, banałami i pojęciami, które już się wytarły. Chodzi o to, żeby rzucić nowe światło na sprawy uleżałe, żeby człowiek znowu zobaczył, że są ważne.

A propos światła – ten nowy singiel też jest właśnie taki. Jest w nim dużo nadziei, ale jednocześnie bardzo zależało mi na tym, żeby nie popaść w patos, w banał. To jest chyba najtrudniejsze – znaleźć taki język mówienia o wartościach, który będzie prosty, ale nie naiwny.

A na czym jeszcze Tobie najbardziej zależy w sztuce?

Jestem z tych ludzi, którzy wierzą, że nawet o najbardziej skomplikowanych sprawach trzeba próbować mówić jak najprościej. Wtedy nie robi się pretensjonalnie. Wtedy można mówić o rzeczach naprawdę ważnych i nie brzmieć fałszywie. Znalezienie takiego złotego środka to ogromna sztuka.

Czasem udaje mi się go znaleźć. Tak było choćby przy płycie „Nierówni”, kiedy dopisywałem muzykę do wierszy księdza Jana Twardowskiego. Szukałem wtedy formy dla jego niezwykłej prostolinijności i lekkości. I znalazłem ją między innymi w inspiracjach muzyką brazylijską – sambą czy bossa novą.

A sam proces tworzenia tych nowych piosenek? Na ile planowałeś, co chcesz stworzyć, a na ile była to improwizacja?

Są różne drogi. Na przykład ten pierwszy singiel stworzyliśmy wspólnie z trzema kobietami z zespołu The Refugees. To niezwykła historia, bo one same mówią o sobie „uchodźczynie”, ponieważ po pięćdziesiątce poczuły się trochę wypchnięte przez rynek muzyczny, więc założyły własny zespół.

Każda z nich jest fantastyczną songwriterką i producentką. Wendy Waldman współpracowała między innymi z Vanessą Williams – nadal nagrywa piękne rzeczy, produkuje, rozwija się. Cydney Bullens pracowała z Eltonem Johnem i Bobem Dylanem, była nominowana do Grammy i wciąż pisze świetne piosenki. Z kolei Debra Holland śpiewała i tworzyła w zespole Animal Logice ze Stewartem Copelandem z The Police. To są naprawdę muzyczne tuzy.

Debra zaczęła grać linię basową, która ostatecznie stała się riffem. Ja zacząłem improwizować melodię, one dołączyły i tak po prostu narodziła się piosenka. Bez kalkulacji. Bez projektowego myślenia.

I właśnie to słychać w tym nagraniu. Ono brzmi bardzo naturalnie.

Bo tak się dzieje, kiedy ludzi łączy ta sama pasja i jeszcze pojawia się chemia. Gdyby tej chemii nie było, pewnie nigdy nie zaproponowałyby mi współpracy. Podobnie było z H.B. Barnumem i chórem Life Choir z Los Angeles. Sam fakt, że taki community choir przyjeżdża specjalnie do studia w Los Angeles, gdzie żyje 20 milionów ludzi, jest czymś niezwykłym. To są ludzie, którzy mają normalne zawody i śpiewają z pasji. I właśnie to jest dla mnie szczególnie cenne. Zawsze chciałem zadawać się z ludźmi, dla których muzyka jest czymś więcej niż zawodem. Z ludźmi prawdziwymi.

 

fot. okładka płyty

Czyli bardziej przygoda niż zawodowstwo?

Dokładnie. To nie jest zawodowstwo w tym złym znaczeniu – że robi się coś wyłącznie dla kariery i pieniędzy. To jest życiowa przygoda.

Dla mnie samo to, że mogłem pracować z H.B. Barnumem, jest ogromnym wyróżnieniem. Nie wiem, czy wielu polskich artystów miało okazję nagrywać z takimi ludźmi. A jeszcze większą wartością jest to, że oprócz muzyki pojawiła się zwyczajna ludzka relacja. Przed nami choćby wspólny wyjazd na ryby. A przecież na ryby nie jeździ się z kimś, kogo się nie lubi.

Mam wrażenie, że podczas nagrywania tej płyty wszyscy unosiliśmy się trochę nad ziemią. I myślę, że słychać to w tych utworach.

Jakie różnice mentalne są między Polską a Stanami?

Wendy kiedyś zwróciła mi uwagę na coś bardzo ciekawego. Powiedziała: „Jak wy to wytrzymujecie?”. Zapytałem: „Ale co?”. A ona na to: „Nawet kiedy żartujecie między sobą, bywacie dla siebie okrutni”.

I dopiero wtedy spojrzałem na to ich oczami. U nas często przejawem inteligencji jest złośliwość. Taka uszczypliwość bywa uznawana za błyskotliwość. Oczywiście, jeśli jest naprawdę zabawna, to jeszcze pół biedy Coś w tym jest.

Myślę, że wiele wynika z naszej trudnej historii i z tej bogoojczyźnianej tradycji. Nawet w muzyce to widać. W Polsce właściwie nie istnieje choćby kategoria muzyki gospel w nagrodach Fryderyki. W Stanach to jest coś naturalnego, bo tam tradycja protestancka jest częścią społecznego nerwu. Ludzie nie mają problemu z tym, że muzyka może mówić o duchowości. U nas nadal budzi to podejrzliwość. Być może również przez grzechy Kościoła, czy taką bogoojczyźniany tradycję, których przecież nie da się ignorować.

A gdybyś miał opowiedzieć trochę więcej o samej płycie? Czego możemy się po niej spodziewać?

Powiedziałem kiedyś, że szukałem źródełka i chciałem do niego wrócić. Dlatego na tej płycie słychać bluesa, soul, rhythm and blues, ale też contemporary christian music – czyli współczesną muzykę z biblijnym przesłaniem.

Jest tam utwór „Restore”, inspirowany muzyką afrykańską. Nawet kilka zdań zostało zaśpiewanych po afrykańsku. H.B. Barnum był zaskoczony, kiedy usłyszał fragment „I shall be whiter than snow”. Zapytał mnie, dlaczego to napisałem. Odpowiedziałem, że to przecież cytat z Psalmu.

To pokazuje, jak wrażliwym tematem wciąż pozostaje w Stanach kwestia rasizmu. Pamiętam moment wyboru Baracka Obamy. Byłem wtedy w Los Angeles i widziałem ludzi tańczących na ulicach. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie. Jedna z piosenek na tej płycie – „Picture of the Future” – została zadedykowana właśnie Obamie i tamtemu momentowi historycznemu.

Muzycznie jest bardzo różnorodnie. Są funkowe rzeczy, rhythm and blues, soul, ale też ballady. Szczególnie ważny jest dla mnie utwór „You Heal Me”. To nim zamykam płytę, bo uznałem, że po tej piosence powinna zostać już tylko cisza.

Wygląda na to, że ta historia jeszcze się nie kończy.

Chyba rzeczywiście od wielu lat pracuję już trochę na dwóch kontynentach. W Polsce jest centrum mojego życia zawodowego, ale do Stanów regularnie jeżdżę nagrywać. Tam powstawała również płyta „Nierówni”. Ameryka jest niezwykła, bo to mozaika kultur, religii i wrażliwości. Można tam nie tylko się inspirować, ale też spotykać ludzi, dla których muzyka naprawdę jest esencją życia.

Ta nowa płyta jest owocem mojej współpracy z Wendy Waldman, H.B. Barnumem i chórem Life Choir. I mam poczucie, że to źródło jeszcze się nie wyczerpało. Będziemy pisać kolejne piosenki.

Nie kusiło Cię, żeby nagrać coś po polsku?

Chciałem, żeby ta płyta była autentyczna. Żeby brzmiała dokładnie tak, jak powstawała. Nie chciałem, żeby tłumaczenia zniekształcały sens tego, co chcieliśmy opowiedzieć. Poza tym w Stanach dorasta już pierwsze pokolenie ludzi, którzy naprawdę nie zwracają uwagi na kolor skóry. Spotykają po prostu człowieka. To dopiero pierwsze takie pokolenie, ale jednak coś się zmienia.

A jak ten materiał będzie funkcjonował na koncertach?

Już od jakiegoś czasu śpiewam niektóre utwory na żywo. Jeździmy po Polsce z jubileuszową trasą z okazji czterdziestolecia mojego debiutu w Opolu.

Wtedy, w 1985 roku, wygrałem debiuty piosenką bardzo nieoczywistą – jazzującą, zaangażowaną, daleką od tego, co było wtedy lekkie i przyjemne. I chyba właśnie wtedy uwierzyłem, że polska publiczność potrafi docenić prawdę w przekazie. Największą nagrodą dla artysty jest przecież uwaga słuchacza. Skrócenie drogi z głowy do serca.

Dzisiaj nadal to czuję. Gramy dużo koncertów, przychodzą ludzie z różnych pokoleń i naprawdę słuchają. Patrzę im w oczy podczas koncertów. Obserwuję twarze. Wchodzą w ten świat. Chciałbym, żeby moje piosenki dawały nie tylko chwilę wytchnienia, ale też lekkie uniesienie. I żeby inspirowały do rzeczy ważniejszych niż same piosenki.

Masz poczucie spełnienia?

Mam poczucie wdzięczności. Wiem, że nie jestem dla wszystkich i nie muszę być. Nie muszę być na szczycie list przebojów ani zarabiać największych pieniędzy. Wystarcza mi to, że mogę opowiadać po swojemu o swoim widzeniu i słyszeniu świata. I że znajdują się ludzie, którzy się identyfikują i chcą tego słuchać. To naprawdę wielkie szczęście.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

Iza Połońska & Mietek Szcześniak w utworze „Byle nie o miłości” z albumu „SING! Osiecka”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *