
Rockowy zespół Staff prezentuje debiutancki album „Pyszny”. To energetyczny materiał, który jasno pokazuje ich muzyczny charakter. Więcej w naszej recenzji tego wydarzenia.
fot. okładka albumu
Recenzja płyty „Pyszny” – Staff (2026)
Powiedzieć, że artystyczna tożsamość zespołu Staff opiera się na pierwotnej potrzebie grania i rockowej ekspresji, to właściwie nie powiedzieć nic. Ich debiutancki album „Pyszny” to porządna dawka świadomie uformowanego brzmienia, mocno osadzonego w imponującej rytmice, dzięki której każdy numer staje się soczystą porcją bezkompromisowego uderzenia. To cios prosto w emocje. Euforyczny grzmot pełen ambitnych treści. Jasna błyskawica wyprowadzona z gitarowej siły. Wiele określeń pasuje do tego, co grupa zdołała zamknąć w tych nieprzekombinowanych, a od pierwszych sekund wyjątkowo żarliwych kompozycjach.
Wszystko opiera się tu na żywych akcentach i czytelnym zaznaczeniu miejsca każdego instrumentu. Bez upiększeń, nadprodukcji czy wygładzonych aranżacji, które miałyby cokolwiek ułatwiać. Nic z tych rzeczy. Ma być bezpośrednio, bez podkolorowywania całości sztucznymi dodatkami i dokładnie tak jest.
Niektórzy mogą uznać tę formę za nieco archaiczną, ale może właśnie w tym przypadku jest to jedyna słuszna droga? Czuć tu ducha lat 90., kiedy rock nie bał się istnieć w swojej najczystszej postaci, bez prób przypodobania się komukolwiek. Owszem, momentami może wydawać się to odrobinę zbyt surowe lub niewystarczające, ale tym autentyzmem zespół wygrywa. To przecież pójście trochę pod prąd, wbrew oczekiwaniom, ale z dostrzegalnym szacunkiem dla klasyki.
Choć band nie rezygnuje z piosenkowej melodyki, prowadzącej większość propozycji, nie staje się to dla nich ograniczające. Przecież doskonale wypadają najdobitniej ukazane akcenty, wyraźnie skręcające w stronę hard rocka, a momentami nawet nu metalu, czego najlepszym przykładem jest potężny „Kontroller”. Zresztą takich kawałków jest tu znacznie więcej. Świetnie wypada choćby „Erzag”, oparty na samo zapętlających się zwrotkach i dynamicznych, nieco podniosłych refrenach, które iskrzą potęgą doznań. Od czasu do czasu daje o sobie znać również punkowy brud, jak w „Ostatnim bluesie”, tylko potwierdzając, że Staff nie ogranicza się do ściśle naznaczonej estetyki.
Trzeba też podkreślić nieustępliwą rytmikę niemal każdej kompozycji. Perkusja Sebka często nie pełni roli tła, ale staje się pełnoprawnym uczestnikiem tego muzycznego starcia. Nie ustępuje nawet wokalom, które dzięki charakterystycznej barwie Jaśka bez trudu przebijają się również przez ścianę gitar i idealnie wpisują się w obrany przez nich kierunek. Warto zresztą wymienić wszystkich członków grupy, bo w tym porywającym projekcie każdy ma swoje pierwszorzędne miejsce: Para i Filip odpowiadają za gitary, a Karo za bas.
„Pyszny” to debiut, który nie powstał z wyrachowania ani potrzeby chodzenia na skróty i nie próbuje niczego udowadniać na siłę. Staff wchodzi z nim pewnie, głośno i z pełnym przekonaniem, że rock wciąż najlepiej działa wtedy, gdy brzmi szczerze. Nawet jeśli dla kogoś nie będzie to wystarczające, trudno odmówić zespołowi tego, że zrobił tu wszystko najlepiej, jak na ten moment potrafił. Warto sprawdzić, bo doświadczenie i siła przebicia znajdują tu swoje właściwe ujście. A wszystko w języku polskim. Tylko tyle i aż tyle.
Łukasz Dębowski





