,

Zofia Esden, Bogumił Grala – „Nonverbal” [RECENZJA]

15 października 2026 roku premierę miał „NONVERBAL”, wspólny album Zofii Esden i Bogumiła Grali. Materiał zarejestrowano w kościele ewangelickim w Wejsunach na Mazurach. Wszystkie kompozycje powstały na żywo, w chwili ich wykonywania, bez wcześniej przygotowanych melodii, harmonii czy struktur. Więcej w naszej recenzji.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

15 października 2026 roku premierę miał „NONVERBAL”, wspólny album Zofii Esden i Bogumiła Grali. Materiał zarejestrowano w kościele ewangelickim w Wejsunach na Mazurach. Wszystkie kompozycje powstały na żywo, w chwili ich wykonywania, bez wcześniej przygotowanych melodii, harmonii czy struktur. Więcej w naszej recenzji.

Recenzja płyty „NONVERBAL” – Zofia Esden i Bogumił Grala (2026)

Niepozornie ważne rzeczy dzieją się na poziomie subtelności, drobnych form muzycznych, które mają siłę oddziaływania dzięki naturalnemu kolorytowi i emocjom płynącym bez grama wysiłku. Taka prawda zawsze ma szansę się obronić, nawet jeśli nie odnajdziemy w niej spektakularnie wyeksponowanych motywów czy wyszukanej wirtuozerii. Właśnie to można powiedzieć o albumie „NONVERBAL”, na którym Zofia Esden, lubująca się w eksperymentalnych, ale intymnych formach, spotyka się z wybitnym pianistą Bogumiłem Gralą. Artysta podąża za jej muzycznym szlakiem, dopełniając zaciszny świat spontaniczną, a często również głęboką frazą.

Warto dodać, że cały materiał powstawał na żywo, bez wcześniejszego przygotowania, w chwili wykonywania poszczególnych kompozycji. Dzięki temu otrzymujemy niemal magiczny zapis chwili, której nie sposób odtworzyć według z góry ustalonego scenariusza. I co ważne, wszystko idealnie się ze sobą stapia, tworząc całość nieoczywistą właśnie w swojej ulotności. Zdefiniowanie projektu nie należy więc do najłatwiejszych, a jednak udało się stworzyć coś nienagannie intrygującego – tak efemerycznego, że ponowne zmierzenie się z tą muzyką wydaje się sztuką niemal niemożliwą. Może właśnie w tej niepowtarzalności tkwi jego największa siła?

W tak podanej improwizacji łatwo zgubić trop, może też pojawić się chaos lub coś, co sprawi, że myślenie obu twórców zacznie przebiegać w zbyt odległych kierunkach. A jednak każdy szczegół w tych kompozycjach trzyma się silnie zaznaczonych fundamentów, nawet jeśli wokalizy nie zawsze starają się idealnie wpisywać w ramy utworu.

W tym aspekcie szczególnie wyraźnie czuć, jak trudne zadanie stoi przed wokalistką. Nie podporządkowuje na siłę głosu muzycznej strukturze, lecz traktuje go jako równorzędny element, często wykorzystując go w dość niestandardowy sposób. Dobrym przykładem są trudne do jednoznacznego uchwycenia wokalizy we „Fly”. Oddanie melodii również należy do trudnych, ponieważ w tych kompozycjach nie ma konkretnej, z góry wyznaczonej myśli, której należałoby podporządkować interpretację. To właśnie wolność twórcza wymaga odnalezienia niełatwej koordynacji między głosem a treścią. Nie należy więc oczekiwać, że wszystko będzie idealnie współgrać według klasycznych zasad, choć nie mamy wątpliwości, że każdy utwór stanowi dosyć spójną opowieść, otwierającą wyobraźnię słuchacza (jeden z najpiękniejszych motywów zrodził się w „Harped”). Takie współbrzmienie wszystkich elementów pozwala wykształcić uniwersalny język, który każdy może odczytać indywidualnie  – poprzez własną percepcję, rozumienie uczuć i świata. Tutaj nie trzeba niczego tłumaczyć, by wyczuć refleksyjny, może nawet kontemplacyjny charakter tego materiału.

Album zarejestrowano w kościele ewangelickim w Wejsunach na Mazurach, co także ma swoje znaczenie. Czuć niesamowicie oddziałującą przestrzenność, lekkość unoszenia się dźwięków w czystej materii, a delikatne pogłosy dodają tylko charakteru poszczególnym kompozycjom. Swoboda improwizacji nie oznacza jednak, że utwory pozbawione są czytelniejszego wyrazu. Przecież mamy tu do czynienia z wyborną kameralistyką („Chopin Impressions”) czy nawet czymś na kształt walca o nie do końca zaznaczonych rysach („Last Waltz”).

Zofia Esden i Bogumił Grala pokazują, że muzyczna dojrzałość nie zawsze polega na eksponowaniu własnych możliwości, lecz czasem na umiejętności ustąpienia miejsca drugiemu człowiekowi, wsłuchania się w jego intuicję i podjęcia dialogu bez potrzeby stawiania kropki. To album, który nie szuka poklasku, nie zabiega o natychmiastową uwagę i nie podsuwa łatwych rozwiązań. Jego prawdziwa wartość ujawnia się gdzieś pomiędzy dźwiękami, w przestrzeni pozostawionej odbiorcy. Być może właśnie dlatego tak trudno opowiedzieć o nim wprost. Bo w końcu są takie spotkania ze sztuką, których nie trzeba rozumieć do końca, by wiedzieć, że wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego.

Łukasz Dębowski


  • Aleksander Dębicz – „12 Dreams for Piano” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej