,

„Szukałem mistrzów i chciałem zasłużyć na ich uznanie” – Wojciech Waglewski [WYWIAD]

Niektóre muzyczne historie potrzebują kilku dekad, by ujrzeć światło dzienne. Tak stało się z albumem Voo Voo „1986”, odnalezionym w archiwum Polskiego Radia. O tej niezwykłej płycie, kulisach jej powstania, ale też o innych projektach i wspomnieniach, które przywołują kolejne muzyczne rozdziały, rozmawialiśmy z Wojciechem Waglewskim.

fot. Michał Murawski

Niektóre muzyczne historie potrzebują kilku dekad, by ujrzeć światło dzienne. Tak stało się z albumem Voo Voo „1986”, odnalezionym w archiwum Polskiego Radia. O tej niezwykłej płycie, kulisach jej powstania, ale też o innych projektach i wspomnieniach, które przywołują kolejne muzyczne rozdziały, rozmawialiśmy z Wojciechem Waglewskim. Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym przeszłość nie jest jedynie sentymentalnym powrotem, lecz wciąż żywą opowieścią.

Do poszerzenia kontekstu naszej rozmowy przyniosłem też nową płytę „Dźwięczność” Voo Voo — nieprzypadkowo. Okazuje się, że materiał został zarejestrowany w Studiu S4 Polskiego Radia, a teraz Polskie Radio odnalazło archiwalne nagrania sprzed 40 lat i postanowiło je wydać jako album „1986”. Co jest w tych utworach szczególnego? Co sprawiło, że warto było pokazać je słuchaczom?

Wojciech Waglewski: To nie ja zdecydowałem o wydaniu tych nagrań — zdecydowano za mnie. Zrobili to ludzie z Agencji Muzycznej Polskiego Radia, którzy zajmują się przywracaniem takich materiałów. Przy okazji odnaleźli te nagrania. Posłuchałem ich z pewną dozą nieśmiałości, ale spodobały mi się. Dziś dopiero dowiedziałem się, że powstały podczas dwóch sesji. Wydawało mi się, że nagraliśmy je w ciągu jednej.

Pamięta Pan okoliczności ich powstania?

Wojciech Waglewski: Nie pamiętam już dokładnie genezy tych nagrań. Wiem, że w radiowej Trójce nie zaakceptowano wtedy moich propozycji. Działała jeszcze autocenzura — uznano chyba, że te utwory są zbyt wywrotowe. Prawdopodobnie zwróciliśmy się więc do radiowej Dwójki i dziennikarza muzycznego Tomka Szachowskiego.

Jak wyglądała praca nad tym materiałem?

Wojciech Waglewski: Z tego, co dziś pamiętam, podczas pierwszej sesji nagraliśmy dla Tomka Szachowskiego utwory instrumentalne, a podczas drugiej — piosenkowe. Był to moment przejściowy: materiał powstał przed „Sno-powiązałką”, w składzie, w którym nagraliśmy później tę płytę, ale brzmieniowo wciąż przypominał nieco nasz debiut. Charakterystyczne, mocno wyeksponowane bębny przywołują początek lat 80., choć na „Sno-powiązałce” nie korzystaliśmy już z takiego brzmienia.

Nie robiliśmy tych nagrań z myślą o płycie. Chodziło raczej o to, żeby zarejestrować w studiu kierunek, w którym zmierza zespół — sprawdzić nowe rozwiązania i zobaczyć, jak to wszystko zabrzmi. Eksperymentowaliśmy ze skalami i harmonią, szukaliśmy sposobu, żeby te pomysły się ze sobą połączyły. Część tematów wykorzystywaliśmy już wcześniej na koncertach, czasem włączając je do innych utworów. Jeden z nich stał się później podstawą kompozycji ze „Sno-powiązałki”.

Jak odbiera Pan te nagrania po latach?

Wojciech Waglewski: Nie słuchałem ich jeszcze bardzo dokładnie — na razie przesłuchałem je w biegu, żeby ustalić kolejność. Muszę spokojnie usiąść i do nich wrócić, ale już teraz podobało mi się to granie. Pomyślałem też, że miałem szczęście do ludzi, z którymi grałem w tym zespole. Andrzej Ryszka, Janek Pospieszalski i Mateusz Pospieszalski — to był świetny skład.

W nagraniach słychać surowość i pewien mrok, które oddają realia głębokiej komuny?

Wojciech Waglewski: Mieliśmy szczęście, że w ogóle mogliśmy wejść do studia i nagrywać. Pierwsza płyta Voo Voo była wprowadzeniem do takiego mrocznego kabaretu, ale nie wynikała bezpośrednio z tego, co działo się wówczas w Polsce. Duży wpływ miały moje długie podróże z zespołem po Europie. W samochodzie snuliśmy różne opowieści. Przejeżdżaliśmy przez przemysłowe, mroczne przestrzenie, mijaliśmy światła autostrad, spędzaliśmy długie godziny w autobusie. To tworzyło klaustrofobiczny obraz świata, który okazał się zaskakująco zgodny z atmosferą panującą w Polsce.

Czy była to zatem bardziej estetyka niż publicystyczny komentarz?

Wojciech Waglewski: Tak. Publicystyki było w tej muzyce niewiele. To raczej określona estetyka i nastrój. Byłem też w wojsku — przez rok, po studiach — i oczywiście pamiętam różne anegdoty, ale one nie oddają całej atmosfery. Ten czas pamięta się jako stan, rok właściwie wyjęty z życiorysu. Podobnie jest z muzyką: ona nie opowiada o konkretnych wydarzeniach ani nie wyjaśnia wszystkiego słowami. Przekazuje raczej ogólne, dość depresyjne poczucie rzeczywistości.

Jako młody muzyk brał udział w nagraniu wielu płyt. Czy praca sesyjna miała wpływ na język Voo Voo?

Wojciech Waglewski: Brałem udział w nagraniu prawie pięciuset płyt i pracowałem właściwie ze wszystkimi. W latach 60. i 70. w studiach spotykali się znakomici muzycy sesyjni, którzy grali z najróżniejszymi artystami. Nauczyłem się warsztatu, poznałem różne sposoby grania. To pozwoliło mi znaleźć własny styl. Im więcej się wie i słyszy, tym łatwiej później znaleźć swój język.

fot. okładka płyty

Ważne były również wyjazdy na Zachód, między innymi z zespołem Osjan. Co Pan z nich wyniósł?

Wojciech Waglewski: Wyjazdy na Zachód były fantastyczne. Pojechałem dość późno, bo wcześniej, między innymi przez wojsko, nie miałem paszportu. Z Osjanem graliśmy w całej Europie i byliśmy zespołem rozpoznawalnym. Zderzyłem się wtedy z innym poziomem organizacji koncertów, klubów i całej infrastruktury muzycznej. Wydawało mi się, że nie mamy na tamtejszych festiwalach czego szukać, a jednak właśnie nasza odmienność przyciągała publiczność.

W pewnym sensie właśnie wtedy zrozumiałem, że mimo całego warsztatu wciąż nie wiem, jak mam grać. Kiedy słuchałem nagrania, nie zawsze potrafiłem rozpoznać własną gitarę. To było dla mnie ważne odkrycie: trzeba znaleźć własny język muzyczny. Na tym polegała praca w Voo Voo — zespół był dla nas rodzajem laboratorium. Próbowaliśmy różnych skal i rozwiązań rytmicznych. Nie musieliśmy za wszelką cenę nagrywać przebojów. Mogliśmy po prostu zajmować się muzyką.

Co napędzało Pana w tamtym czasie?

Wojciech Waglewski: Szukałem mistrzów i chciałem zasłużyć na ich uznanie. Zgłaszałem się wszędzie, gdzie mogłem, grałem z najlepszymi polskimi muzykami, a także z artystami zagranicznymi, którzy zapraszali mnie do współpracy. Możliwość zagrania z kimś, kogo naprawdę się ceni, jest ogromną motywacją. Nie chodzi o nagrody ani o inne zewnętrzne wyróżnienia.

Voo Voo od początku było zespołem, który nie chciał dawać publiczności za każdym razem tego samego, o czym świadczą kolejne płyty, ale też koncerty.

Wojciech Waglewski: Nasza publiczność zdaje sobie sprawę, że przychodzi na koncert, nie do końca wiedząc, co się wydarzy. I to trwa do dziś. Wychodzimy na scenę i po prostu gramy — nie uczymy się wcześniej wszystkiego na pamięć ani nie odtwarzamy mechanicznie ustalonego planu. Coś tworzy się na bieżąco. Każdy z nas robi też własne projekty, więc kiedy ponownie się spotykamy, ktoś przynosi nowy pomysł i znowu może wydarzyć się coś nieoczekiwanego. Muzyka improwizowana daje taką możliwość.

Zaczynaliśmy od ciężkiej pracy, a dopiero później się zaprzyjaźniliśmy. Wszyscy byli bardzo kompetentnymi muzykami, a ja miałem dość wyraźny plan. Z Mateuszem Pospieszalskim słuchaliśmy podobnej muzyki i spotykaliśmy się na pograniczu jazzu i rocka. Mogliśmy realizować pomysły, które przychodziły nam do głowy, a publiczność mocno reagowała na te koncerty. To też sprawia, że granie na żywo daje nam duże możliwości.

W takim razie skąd wzięła się potrzeba nagrywania płyt pod własnym nazwiskiem, poza Voo Voo?

Wojciech Waglewski: Płyta „Waglewski Gra-żonie” powstała dlatego, że koledzy byli zajęci pracą nad materiałem Voo Voo, a ja byłem już trochę zmęczony innymi obowiązkami i chciałem wejść do studia. Początkowo nagrywałem właściwie sam, później poprosiłem jeszcze Piotra „Stopę” Żyżelewicza, żeby coś dograł. To była bardzo osobista płyta — zbyt osobista, żeby konfrontować ją z całym zespołem. Z czasem pojawiły się też inne projekty, które były dla mnie ważne.

Ważnym rozdziałem jest także wspólne granie z synami.

Wojciech Waglewski: Chciałem nagrać kolejną płytę w duchu wcześniejszych projektów. Poprosiłem synów, żeby dołączyli do mnie ze swoim spojrzeniem i muzycznymi pomysłami. W tym samym czasie okazało się, że każdy z nas chętnie zagrałby też na materiale drugiego, i tak powstał zespół. Później dołączyli do nas Marcin Masecki i Mariusz Obijalski — tak powstała „Męska muzyka”. Z czasem przerodziło się to w trzy płyty i koncerty, które wciąż gramy. Synowie od początku byli pełnoprawnymi muzykami — nie chodziło o to, żeby coś komukolwiek udowadniać.

Czy energia na koncertach z synami jest podobna do tej, która towarzyszy Voo Voo?

Wojciech Waglewski: To inny rodzaj energii. Jesteśmy rodziną i nie chcemy tego ukrywać. Te piosenki są opowieściami o nas, a bliskość i rodzinność mają duże znaczenie. Muzycznie brzmi to trochę inaczej, ale energii w tym nie brakuje. Jestem jednak ojcem, więc nie mogę dać plamy — gram ostrożniej niż w Voo Voo. Muszę też uważać, żeby nie przesadzić z gitarowymi solówkami, bo nie każdy je lubi.

Powstała też płyta „MTV Unplugged” sygnowana Pana nazwiskiem, a nie nazwą Voo Voo.

Wojciech Waglewski: Taką formułę wymyślili organizatorzy.To koncert, z którego jestem dumny. Postanowiliśmy zrobić coś, co będzie odbiegało od typowych realizacji tego rodzaju. Świetnie dogadaliśmy się z ekipą MTV w sprawie scenografii i światła. Zależało mi na określonej filozofii wizualnej, a efekt bardzo mi odpowiadał. Ważni byli również zaproszeni goście. Jestem do tego koncertu przywiązany i dobrze wspominam całą pracę nad nim.

Czy z perspektywy czasu inaczej, może bardziej krytycznie patrzy Pan na pogodny, folkowo-rockowy okres Voo Voo z lat 90.?

Wojciech Waglewski: Nie. Po okresie, w którym dominowała mroczna estetyka, mieliśmy kontakt z Mamadou Dioufemi muzyką afrykańską — pogodną, opartą na zupełnie innym kluczu. Ponieważ Voo Voo jest w pewnym sensie laboratorium, naturalnie zaczęliśmy próbować kolejnych rzeczy. Mateusz grał na finger piano, na sansie, a my sprawdzaliśmy nowe rozwiązania. Dziś te różne okresy spotykają się na koncertach: gramy rzeczy pogodne, roztańczone, ale też mroczne i nowe. Każda płyta jest zapisem naszego ówczesnego stanu umysłu. Ten okres wspominam bardzo dobrze. Dużo wtedy koncertowaliśmy.

Co dzisiejszy słuchacz może usłyszeć w odnalezionych nagraniach na płycie „1986”, czego nie mógł znaleźć na późniejszych płytach Voo Voo?

Wojciech Waglewski: Przede wszystkim jest tu więcej grania niż śpiewania, bo mniej więcej połowa materiału ma charakter instrumentalny. Słychać więcej naszych pomysłów harmonicznych, improwizacji i transowości. Są kilkuminutowe fragmenty oparte na takim właśnie graniu. To wyjątkowy zapis okresu, w którym miałem bardzo charakterystyczny sposób grania na gitarze, z którego nadal jestem zadowolony. To także czas, kiedy moje porozumienie muzyczne z Mateuszem Pospieszalskim zaczęło nabierać wyraźniejszego kształtu.

Jak to porozumienie rozwijało się między Panami?

Wojciech Waglewski: Nie chodziło o żadne spięcia. Po prostu z grania na granie Mateusz otwierał nową furtkę, ja otwierałem kolejną i nagle okazywało się, że jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Pojawiała się nowa skala, nowe rozwiązanie, które zaczynaliśmy wspólnie rozwijać. Wciąż się odkrywamy. Każdy robi własne rzeczy, a potem spotykamy się i znowu coś się wydarza. Podobnie bywa, gdy zapraszamy gości z Polski lub z zagranicy. Muzyka, która pozostaje otwarta na improwizację, daje szansę, że zawsze pojawi się jeszcze jakaś nowa krawędź.

Czy możemy spodziewać się kolejnych nagrań Voo Voo, pomimo, że gdzieś Pan powiedział, że może już nie powstanie żadna płyta Vo Voo?

Wojciech Waglewski: Mam nadzieję, że będziemy dalej tak pracować. A czy powstaną kolejne nagrania, czy to będzie następna płyta zespołu — zobaczymy. Płyta „Dźwięczność” miała być ostatnią, ale na razie nie chcę niczego przesądzać.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski


  • Aleksander Dębicz – „12 Dreams for Piano” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej