Przez lata Patrycja Markowska miała poczucie, że musi udowadniać, iż na swoje miejsce na scenie zapracowała sama. Dziś mówi: dość. Po 25 latach, dziesięciu albumach i setkach koncertów nie chce już z nikim się ścigać. Wybiera muzykę i ludzi, na których może liczyć – rodzinę, najbliższych oraz wiernych fanów. Jubileusz 25-lecia przyniósł także wyjątkowy album koncertowy. Z artystką rozmawiamy o drodze, prowadzącej ją do obecnego miejsca.
Kiedy patrzysz dziś na mapę swojej artystycznej drogi od 2001 roku, widzisz bardziej tę samą Patrycję czy zupełnie inną osobę?
Patrycja Markowska: Na początku nie do końca wiedziałam, kim jestem. Wiedziałam, że chcę śpiewać, ale nie miałam jeszcze odwagi, żeby uczestniczyć w aranżowaniu piosenek czy pracy w studiu. Dużo rzeczy oddawałam innym. Szukałam też swojego stylu i form wyrazu. Z czasem zaczęłam coraz bardziej rozumieć, jak Patrycja Markowska powinna brzmieć, jak chcę śpiewać i kim właściwie chcę być.
Serce do muzyki i pasja pozostały mi takie same. Teraz jednak biorę udział w każdym etapie pracy – od aranżacji piosenek, przez miksy w studiu, aż po tworzenie oświetlenia na koncerty. Chcę żeby to wszystko było ze sobą spójne.
A czego najbardziej potrzebowałaś na początku?
Patrycja Markowska: Grania oraz dobrych, zapamiętywanych melodii. Wychowałam się na The Beatles i zawsze melodia była dla mnie bardzo ważna. Tata też mi powtarzał, żeby nie zaczynać od śpiewania cudzych piosenek i uważać z coverami.
Miałam również własną zasadę, żeby nie śpiewać z tatą zbyt często. Nie chciałam pokazywać się przez niego, tylko zrobić coś swojego. Oczywiście później pojawiały się sporadycznie wspólne piosenki jak „Kołysanka” czy „Trzeba żyć”, czyli piosenka, która stała się jedną z najważniejszych w mojej muzycznej drodze, ale zawsze zależało mi na tym, żeby mieć własną tożsamość. Może stąd na tamtym etapie moja potrzeba tworzenia hitów. Śpiewanie przez publiczność moich piosenek była dla mnie afrodyzjakiem.
Przez te lata konsekwentnie wracałaś z kolejnymi płytami.
Patrycja Markowska: Miałam taką determinację, żeby wydawać coś mniej więcej, co dwa lata. Nie każdy projekt był wielkim sukcesem, ale każdy czegoś mnie nauczył. Dzięki temu coraz bardziej znajdowałam siebie. Przecież taki album „Krótka płyta o miłości” nie przyniósł przebojów, a jakie tam są piosenki i goście – od Marka Dyjaka po Możdżera i Raya Wilsona.
Mój tata powiedział mi kiedyś: „Może teraz te piosenki nie odniosły sukcesu, ale dobrze, że je masz. Nigdy nie wiesz, kto do nich dotrze”. I miał rację. W tym roku, z okazji 25-lecia, nagrywałam koncert marzeń i zaprosiłam na niego Leszka Możdżera i Raya Wilsona. To dla mnie niewiarygodne, że oni grają po całym świecie, a jednak mogli być tego dnia ze mną. Ten wymarzony koncert wyszedł jeszcze na płycie winylowej. Także tata dał mi dobrą radę i najważniejsze to faktycznie robić swoje.
Cały czas jesteś trochę w biegu. Czy znajdziesz jeszcze czas na nagranie kolejnej płyty czy po intensywnym okresie związanym z najnowszą, studyjną płytą „Obłęd” trochę zwolnisz?
Patrycja Markowska: Nie wiem, kiedy i czy w ogóle nagram jeszcze płytę. Wiesz, że ja się od tamtej pory w ogóle nie zatrzymałam. Nie skończyłam jeszcze promocji tej płyty, a już nagrywam wielki koncert i wydaję płytę koncertową.
Ale przy 25-leciu chciałaś pokazać nie tylko największe przeboje, ale też piosenki dla Ciebie z jakiegoś powodu ważne?
Patrycja Markowska: Oczywiście są przeboje, ale chciałam pokazać ludziom moje różne kolory, jakie pojawiły się w moim życiu przez te 25 lat. Dla mnie najważniejszym utworem w repertuarze jest „W hotelowych korytarzach”, który w wersji koncertowej nabiera zupełnie nowych odcieni. Kończymy nim wyjątkowe koncerty, więc musiał się znaleźć także w tej koncertowej odsłonie.
Chciałam też pokazać Mariusza Obijalskiego, który produkował „Wilczy pęd”. Jest kompozytorem „Bezczasu” i gra tam na harmonijce. Jest też „Coraz mniej”, czyli utwór z płyty „DROGA”, gdzie pojawia się piękna solówka trąbki. Sama wymyśliłam tę melodię i jestem z tego dumna, bo śpiewałam ją wtedy do telefonu. Chciałam po prostu pokazać również te mniej oczywiste piosenki, które są dla mnie ważne w odsłonie akustycznej i elektrycznej, bo tak podzieliłam ten jubileuszowy koncert na dwie części.

fot. materiały promocyjne
Twoja muzyka zawsze funkcjonowała trochę pomiędzy tymi światami. Nagrywałaś akustyczne płyty, jak „Wilczy pęd”, ale też elektryczne, bardziej rockowe.
Patrycja Markowska: Tak. Moja dusza jest trochę hipisowsko-akustyczna, surowa, ale ostatnia płyta jest przecież elektroniczna i trudno byłoby mi tego nie pokazać. Gramy i takie, i takie koncerty. I co więcej, nie wiem nawet, które lubię bardziej.
Teraz ruszam w trasę akustyczną, ale tak dobraliśmy repertuar, żeby była też rock’n’rollowa, pełna energii i emocji. Będzie piękne instrumentarium, również trochę zaskakujące, ale nie będę zdradzać szczegółów.
Gramy też w naprawdę pięknych miejscach – między innymi w Teatrze Muzycznym w Łodzi, w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego w Warszawie, w Katowicach – Miasto Ogrodów, w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie, Radiu Wrocław czy Cavatina Hall w Bielsku-Białej. To są wyjątkowe przestrzenie.
Przez te lata zmienił się Twój głos, sposób śpiewania.
Patrycja Markowska: Ja po prostu śpiewam teraz inaczej. „Świat się pomylił” śpiewałam kiedyś takim bardziej postawionym głosem. Już tak nie śpiewam. Zaczęłam wykonywać ją bardziej z przydechem, z chrypką. Po prostu się zmieniam.
I pamiętam falę hejtu po tym, jak w sieci pojawił się fragment mojego jubileuszowego koncertu. Ludzie pisali: „Boże, co jej się stało?”, „Ona była chora”. A ja w ogóle nie byłam chora. Czułam się świetnie i zaśpiewało mi się tam jak na skrzydłach. Dla części ludzi to była po prostu zmiana barwy. Ale na mnie polała się fala szamba. I myślisz sobie: gdzie ja żyję? Co jest nie tak, że ludziom chce się siedzieć i pisać o kimś bardzo przykre rzeczy? Chociaż na świecie artyści też zmierzają się z hejtem, pamiętam przemianę Miley Cyrus z grzecznej dziewczynki w zachrypniętą łobuzicę, jej wtedy też się dostało.
Masz wrażenie, że dziś ludziom łatwiej jest kogoś wynieść na piedestał, a później równie łatwo z niego zrzucić?
Patrycja Markowska: Dokładnie. Ktoś jest oceniany jako wybitny a później ma jakieś potknięcie i nagle pojawia się fala nienawiści. Przychodzi lincz. To może człowieka naprawdę rozwalić.
Ja, jak mi się coś nie podoba, mogę powiedzieć do mojego męża prywatnie: „Słuchaj, to mi się jakoś mniej podoba”. Ale nigdy w życiu nie napisałam złego, pełnego jadu komentarza. Nie rozumiem, co się teraz dzieje. Najlepszym przykładem jest Helena Englert, zdolna, piękna dziewczyna, która ciągle dostaje bęcki. Mam nadzieję, że ona to wytrzyma.
A Ty sama nie masz potrzeby poprawiania koncertowej wersji piosenek, kiedy coś nie wyjdzie idealnie? Postawiłaś na naturalność, co było dosyć odważne przy tej płycie.
Patrycja Markowska: Nie. Uważam, że po to jest koncert. Czasami nawet wolę, jak coś jest niedoskonałe, ale jest prawdziwe. Jeżeli ktoś chce posłuchać płytowej wersji, to sobie włącza album studyjny.
„Obłęd” i „Alter Ego”, czyli dwie moje najlepsze płyty, nagrywałam „na setkę”. Nie po to, żeby później wszystko wywalać, poprawiać i czyścić. Dla mnie zawsze ważniejsze są emocje, prawda i brud.
To trochę jak w seksie. Jakbym się co chwilę poprawiała, włosy, makijaż, patrzyła, czy dobrze wyglądam, to co to byłaby za namiętność? (śmiech). A kiedy puszczam lejce i nie myślę o tym, jak wyglądam, wtedy jest najfajniej.
Masz też w życiu najbliższe osoby, które wspierają Cię w tym, co robisz, w tym męża Tomka. Mam wrażenie, że on jest trochę takim człowiekiem, który nie boi się rzeczy niemożliwych.
Patrycja Markowska: Wsparcie najbliższych jest bardzo ważne. Tomek jest wizjonerem. Pamiętam, jak otwierał Wytwórnię Bar i ludzie mówili mu: „Nic z tego tutaj nie będzie. Tutaj już były trzy knajpy”. A on w to wierzył. I co więcej, sam wchodził na drabinę, wszystko malował, montował, robił. Teraz są tam, co wtorek pokazy filmów, odbywają się koncerty.
Czasami trochę się czuję jak John Lennon i Yoko Ono, bo on ciągle coś otwiera, coś wymyśla. Prócz tego zawsze jest gotów pomóc mi w moich sprawach. Ma w sobie taką energię.

fot. materiały prasowe
A skoro jesteśmy przy rodzinie – wspominałaś mi wcześniej o swoim synu. Dziś patrzysz na niego chyba z dużą dumą, chociaż okres jego buntu był pewnie trudny dla Ciebie?
Patrycja Markowska: Okres buntu był trudny. Rozstałam się z jego tatą i wiadomo, dzieci czasami wykorzystują sytuację między domami. Tu czegoś zabronisz, to uciekał do taty. Bardzo mnie to bolało.
Ale kiedy patrzę teraz, jakim jest chłopakiem, to jestem szczęśliwa. Opowiedział mi ostatnio, że jechał autobusem, był wypadek, autobus wjechał w samochód i wypadła cała szyba za nim. Gdyby siedział kilka miejsc wcześniej, mogłoby go pociąć.
Kiedy kazali im wyjść, była tam starsza pani, która powiedziała, że nie da rady przejść przez wysoki płot. Wszyscy ją mijali, a on wziął ją na ręce i przeniósł. Nie chcę się nim wychwalać, ale cieszę się, że wychowałam chłopaka, który ma dobre serce, jest czuły na innych i nie jest egocentrykiem.
On też tworzy muzykę.
Patrycja Markowska: Tak. Wczoraj zadzwonił ze studia, gdzie pracuje ze swoim kumplem Maksem. Oni mają swoje małe studio, gdzie rapują i nagrywają. Maks zaczął odpalać moje i Grzegorza piosenki. I mój syn mówi: „Odnalazłem piosenkę «ForFifi», którą dla mnie napisałaś”. Puściliśmy ją sobie i on przy koledze naprawdę się wzruszył. To dla mnie duży komplement. Ale żeby nie przesładzać jak każdy nastolatek potrafi dać mi w kość.
Na Twoich koncertach można zresztą odnieść wrażenie, że ta bliskość nie dotyczy wyłącznie rodziny. Publiczność też staje się jakby częścią tego świata.
Patrycja Markowska: Dla mnie koncert trochę właśnie na tym ma polegać. Zwłaszcza teraz cieszę się, że gramy akustycznie. Nie jest bardzo głośno, tylko jesteśmy wszyscy ze sobą blisko.
Znam artystów, którzy nie lubią grać koncertów, są introwertyczni i to jest dla nich część zawodu, którą lubią najmniej. Widać to wtedy na scenie, bo są trochę zablokowani za jakimś murem. Mnie takie koncerty nie sprawiają żadnej przyjemności. Nawet jeśli wszystko jest perfekcyjnie wyśpiewane i wygrane. Ja lubię przepływ energii. Najważniejsze jest dla mnie to, że siadamy razem, ja rozmawiam z publicznością, śpiewamy, gramy i to jest wtedy nasze.
Widziałem kiedyś, jak podczas Twojego koncertu w Stodole wzruszył się ktoś bliski Tobie. Pomyślałem wtedy, że właśnie po to robi się muzykę.
Patrycja Markowska: Tak. Mam wrażenie, że po to się robi muzykę. Po to się pracuje, żeby dawać ludziom te prawdziwe emocje. I wiesz co? Ja już doszłam do takiego etapu, że gdybym miała podsumować, co zmieniło się przez te 25 lat, powiedziałabym przede wszystkim: nie chcę już nikomu nic udowadniać.
Całe życie próbowałam udowodnić, że nie jestem tylko córką taty. Że tata mi nie pomagał. I im więcej robię, tym w zasadzie hejtu jest więcej. To jest odwrotny efekt. Bo im więcej mnie jest, tym więcej pojawia się ludzi, którzy chcą Ci dowalić.
Zamierzam przez następne 25 lat – daj Boże zdrowie – po prostu cieszyć się tą pracą. Cieszyć się takimi ludźmi jak Ty, odbiorcami, którzy się wzruszą. I przestać już udowadniać.
Nawet jeśli zdarzają się słabsze momenty?
Patrycja Markowska: Oczywiście. Miałam gorszy czas w pracy, kiedy miałam problemy osobiste i gorzej mi się śpiewało. Powiedziałam tacie: „Pamiętasz, miałam ten gorszy czas, gorzej mi się śpiewało”. A on mówi: „Ale to w Twojej głowie jest”. Ja mówię: „Miałam jakieś nieudane występy”, a tata: „A kto ich nie miał?”. I to jest chyba najlepsza odpowiedź.
A jeśli hejtują Agnieszkę Holland czy ludzi, którzy są dla mnie autorytetami, to trudno, żeby nie hejtowali też mnie. To będzie zawsze. Nie mam już na to wpływu.
Czy są jakieś artystyczne marzenia, które chciałabyś jeszcze spełnić?
Patrycja Markowska: Marzy mi się ogromny koncert z orkiestrą. Kiedy ostatnio zaśpiewałam z Orkiestrą Wojska Polskiego pod batutą Mariusza Dziubka, zobaczyłam, jak moje piosenki „Miłość wiara nadzieja” i „Dzień za dniem” dostają skrzydeł. W ogóle nie sądziłam, że to może tak działać. Myślałam: akustycznie, elektrycznie – znam te światy. Ale to, co się dzieje z orkiestrą, jest dla mnie czymś zupełnie innym.
Czy są piosenki, do których wracasz po latach i odkrywasz je na nowo?
Patrycja Markowska: Na przykład na nowej trasie chcę zagrać „Kilka prostych prawd”, której nie grałam na jubileuszu. Okazuje się, że ma bardzo dużo odsłon na platformach i ludzie przez te lata do niej wracają, czego ja nawet nie wiedziałam. Ktoś mi ostatnio podesłał: „Zobacz, ile to ma odsłon”. Także sama staram się odkrywać stare piosenki na nowo.
Miałam też tak z „Jeszcze raz”. Byłam trochę zmęczona tą piosenką, ale zmieniliśmy aranżację tego numeru na bardziej w klimacie The Rolling Stones i teraz cieszy mnie na nowo.
A który z tych starszych utworów najlepiej pasuje dziś do Patrycji, którą jesteś?
Patrycja Markowska: Chyba zawsze najbliższe były mi utwory z płyty „Alter ego” a teraz „Obłęd”. Bardzo np. cenię sobie tekst, który napisałam do utwory „Widnokrąg”.
Ten utwór był zainspirowany książką „Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego, którego już z nami nie ma. Zdążyłam mu jeszcze puścić tę piosenkę i mam od niego autograf w książce. To dla mnie taki utwór podsumowujący moją drogę, to, co jest dla mnie ważne. „Na widnokręgu mojej miłości, bo bez miłości nie mam nic” – zawsze śpiewam ten fragment do Tomka na koncertach. Kiedy pisałam ten tekst, myślałam właśnie o nim. Widzę, jak ma łzy w oczach, i od razu mi życie wraca. To znowu pokazuje, jak muzyka potrafi działać.
I chyba właśnie do tego po 25 latach doszłaś – że nie musisz już nikomu tłumaczyć, kim jesteś.
Patrycja Markowska: Tak. Już nie chcę niczego udowadniać. Chcę śpiewać, grać i spotykać się z ludźmi. Jeśli ktoś przychodzi na koncert i coś go wzrusza albo daje mu to energię, to dla mnie jest najważniejsze. Mam poczucie, że po tych 25 latach wreszcie mogę po prostu być sobą.
Rozmawiał: Łukasz Dębowski

![Iza Kowalewska – „Zapalenie uczuć” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/09/Iza-Kowalewska1.jpg)





Dodaj komentarz