Nowa wersja piosenki Andrzeja Rybińskiego „Nie liczę godzin i lat” promuje drugi album Sióstr Melosik. Z artystkami rozmawiamy o wspomnianym singlu, muzycznych inspiracjach i kulisach jego nagrania. Poniżej prezentujemy cały wywiad.
„Nie liczę godzin i lat” to utwór bardzo mocno zakorzeniony w świadomości słuchaczy. Co sprawiło, że właśnie po tę piosenkę postanowiłyście sięgnąć i opowiedzieć ją na nowo?
Martyna: Ciekawość, co z tego eksperymentu może wyjść. Ta piosenka od zawsze nam towarzyszyła, jak zapewne większości Polaków. Dobrze ją znałyśmy, ceniłyśmy za przepiękną melodię, harmonię i tekst, więc gdy powstał pomysł nagrania polskiego coveru, od razu przyszła nam do głowy. To, co zaskoczyło nas same to fakt, jak bardzo słowa – które z biegiem czasu rozumiemy coraz bardziej – idealnie wpasowują się w treść naszej drugiej płyty. Pomimo pewnej melancholii jest w nich sporo nadziei, pędu do życia. Nasze autorskie numery też takie właśnie są. Z jednej strony nostalgiczne, a jednak zawsze z perspektywą na happy end.
Dagmara: Zarówno Andrzej Rybiński jak i my gramy na gitarach. Nasza wersja, choć opakowana w nowoczesne brzmienia, też jako podstawę ma ten właśnie instrument. To również mogło odegrać rolę przy wyborze tego właśnie kawałka, choć raczej drugoplanową wobec uroku samej kompozycji.
Czy dorastałyście przy muzyce Andrzeja Rybińskiego i innych wykonawców tamtych lat, czy odkryłyście ją dopiero później? Co najbardziej przyciąga Was w muzyce z tego okresu?
Martyna: Dorastałyśmy w domu, który można by z lekką tylko przesadą nazwać “świątynią Skaldów”. Ale od zawsze polscy wykonawcy byli w nim obecni, również z racji zawodu naszego taty, który jest pianistą i z częścią z nich współpracował. Twórczość pana Andrzeja znałyśmy stosunkowo mało w porównaniu np. z płytami Zbigniewa Wodeckiego czy Skaldów właśnie, ale muzyka polska tamtych lat była bardzo obecna w naszym życiu.
Dagmara: To pewnie stamtąd czerpiemy nasze zamiłowanie do pięknych melodii i mądrych tekstów. Ale w swojej twórczości nie nawiązujemy do stylu retro, raczej staramy się iść swoją drogą, czerpiąc z dobrych wzorców.
„Nie liczę godzin i lat” powstało w zupełnie innych realiach muzycznych niż te, w których funkcjonujecie dzisiaj. Co Waszym zdaniem sprawia, że ta piosenka nadal potrafi przemawiać do kolejnych pokoleń słuchaczy?
Martyna: Dziś raczej nie pisze się takich piosenek, algorytmy pewnie nie dopuściłyby ich nawet do stacji radiowych. Dla mnie harmonia, melodia i tekst, niekoniecznie o miłości, to podstawa. Podobno młodzież szuka dziś starych polskich piosenek, być może intuicyjnie tęskniąc za czymś prawdziwym, nieprzetworzonym. Mam nadzieję, że nasza wersja sprawi, że młodzi ludzie sięgną również po oryginał, którego przecież nie mogą pamiętać.
Dagmara: Jeżeli coś jest wartościowe, to jest też trwałe, tak po prostu. Tak jak nie starzeją się klejnoty, tak nie zestarzeją się dobre piosenki. Oczywiście są różne mody muzyczne, pojawiają się nowe możliwości realizacji nagrań, tym wszystkim można się bawić i to właśnie zrobiłyśmy z piosenką „Nie liczę godzin i lat”. Ale bez bazy w postaci świetnej kompozycji i tekstu nie byłoby o czym mówić.
W przypadku tak rozpoznawalnego przeboju łatwo przekroczyć granicę między twórczą interpretacją a próbą zbyt dalekiego przepisania oryginału. Jak szukałyście własnego języka dla tej piosenki, jednocześnie zachowując jej najważniejszy charakter?
Dagmara: Zdania co do tego, czy nam się to udało, są podzielone (śmiech). Dość szybko okazało się, że są wśród słuchaczy osoby, dla których oryginał piosenki jest niemalże świętością, a co za tym idzie wszelka ingerencja w nią – świętokradztwem. Szczęśliwie pan Andrzej Rybiński nie zalicza się do tego grona i z dużą otwartością podszedł do naszego pomysłu. Dla mnie rozróżnienie jest dość proste: jeśli słuchając danego utworu uśmiecham się, chce mi się tańczyć i włączam go na zapętleniu, uznaję, że cel został osiągnięty.
Czy podczas pracy nad tym utworem bardziej interesowało Was wydobycie jego ponadczasowego charakteru, czy może znalezienie w nim przestrzeni, która pozwoliłaby przefiltrować go przez Waszą własną muzyczną wrażliwość?
Martyna: Trzeba było połączyć te dwa zadania. Postawiłyśmy na aranżację bardziej taneczną, lekko zmieniliśmy melodię i harmonię, czego efektem jest naszym zdaniem wyciągnięcie z tego pięknego tekstu optymistycznego aspektu. Oryginał skłania nieco bardziej nostalgicznie, a u nas czuć energię do czerpania z życia, której nie są w stanie stłumić upływające lata. To bardzo mnie porusza.
Dagmara: Nasza wersja nie powstałaby bez Janka Smoczyńskiego, który wymyślił nową harmonię dla tej świetnie znanej melodii. Znając jego gust i warsztat wiedziałam, że odkryje w tej piosence przestrzenie, które będziemy mogły zagospodarować swoją energią i entuzjazmem.

fot. materiały prasowe
Czy sięganie po klasyczne piosenki jest dla Was również sposobem na sprawdzanie własnych możliwości interpretacyjnych? Innymi słowy: czy cudzy repertuar potrafi czasem powiedzieć coś nowego o Was jako artystkach?
Dagmara: Jako wokalistki wielokrotnie wykonywałyśmy utwory pisane i aranżowane przez innych twórców. Muszę przyznać, że niekiedy jest to kłopotliwe, bo czasem dany aranż wydaje się zbyt śmiały, innym razem zbyt zachowawczy. W takich sytuacjach trzeba się odnaleźć, co faktycznie bywa rozwijające. Tym razem miałyśmy dużo większy komfort, bo to my decydowałyśmy o finalnym brzmieniu naszej wersji. Cała nasza czwórka poczuła się dobrze w tej odsłonie, co jak sądzę jest słyszalne i zaraźliwe.
Martyna: Cudzy repertuar może na pewno dać środki wyrazu, których samemu się nie ma i pozwala odnaleźć się w nich jak we własnych. Po to chyba jest sztuka w ogóle, aby ktoś wyraził za ciebie – a w przypadku coveru również przez ciebie – twoje własne emocje. Cudowne uczucie.
Czy są jeszcze inne piosenki z tamtych lat, po które chciałybyście kiedyś sięgnąć? A może macie już na swojej liście utwory, które od dawna chodzą Wam po głowie?
Martyna: W tej chwili skupiamy się na naszych piosenkach z drugiej płyty, jestem z nich bardzo dumna i nie mogę się doczekać, jak przyjmie je publiczność.
D: A ja miałabym ochotę na taki eksperyment. Grając w tym roku na Pikniku Country w Mrągowie wzięłyśmy udział w koncercie poświęconym legendzie sceny country, Emmylou Harris. Ta amerykańska gwiazda, jak się okazuje, swój własny repertuar miała bardzo skromny. Popularność przyniosły jej właśnie covery piosenek innych artystów, które wykonywała zgodnie z własnym gustem i wrażliwością. Zaciekawiło mnie to i muszę przyznać, że zachęciło do dalszych poszukiwań.
Jak zmieniło się Wasze podejście do tworzenia muzyki na przestrzeni ostatnich lat? Czy są rzeczy, na które dziś zwracacie większą uwagę niż na początku wspólnej drogi?
Martyna: Zawsze jesteśmy wobec siebie bardzo wymagające, za to odpuściłyśmy sobie schlebianie cudzym gustom. To też wielka zasługa naszego producenta, który nie ingerował za bardzo w przyniesione przez nas kompozycje, natomiast bardzo uważnie uwzględniał nasze prośby i uwagi, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. To, co Janek dodał od siebie wyciągnęło z naszych piosenek 200% potencjału. Wyluzowałyśmy się, co nie znaczy, że odpuszczamy na jakimś elemencie. Wręcz przeciwnie, zarówno brzmienia, teksty, melodia i produkcja muszą być tip top. Ale robimy to bez napięcia, w radości z samego procesu. To ogromna zmiana, która dobrze wpłynęła na nas i na naszą muzykę.
Dagmara: Większą wagę przykładamy do tego, co pozamuzyczne. Pogodziłyśmy się z social mediami, nie walczymy już z czasami, w jakich przyszło nam promować naszą muzykę. Choć tęsknię do czasów, kiedy telefon służył wyłącznie do dzwonienia, a wydawnictwa fonograficzne w pierwszej kolejności pytały Cię o demo, a nie o zasięgi.

fot. okładka singla
Siostry Melosik kojarzą się z muzyką, która nie potrzebuje nadmiernych środków, żeby budować emocje. Czy w czasach coraz bardziej rozbudowanych produkcji wierzycie jeszcze w siłę prostoty i dobrze napisanej piosenki?
Dagmara: Zdecydowanie tak. Co nie znaczy, że wielkie produkcje czy nowoczesne brzmienia mi nie odpowiadają. Chodzi po prostu o to, żeby były w służbie piosence, a nie wydmuszką zastępującą prawdziwe muzyczne emocje.
Martyna: Miałyśmy ostatnio niesamowite doświadczenie – zagrałyśmy koncert w trio z naszą siostrą w… salonie pewnej zakręconej na punkcie muzyki rodziny. Bez nagłośnienia, bez komputera, bez jakichkolwiek efektów! Nieprzetworzone głosy, gitary i altówka. Przyszła publiczność, był “sold out”. Dla mnie było to przypomnienie, po co to wszystko jest – gdy widzisz metr od siebie zasłuchaną buzię i łzy w oczach, a później przez godzinę rozmawiasz z tym człowiekiem i nie ma żadnego dystansu ani sztucznej pozy – znów kochasz swój zawód.
Czy macie poczucie, że obecnie łatwiej jest Wam określić, czym muzycznie są Siostry Melosik, czy przeciwnie — im dłużej działacie, tym bardziej chcecie wymykać się własnym definicjom?
Dagmara: Wydaje mi się, że druga płyta, choć w warstwie produkcyjnej bardziej nowoczesna, utrwala nasz styl określany przez krytyków jako pop/country. Tak naprawdę chodzi po prostu o śpiewne melodie, gitarowe brzmienie i dbałość o warstwę tekstową.
Martyna: Jest w nas pewna dwoistość – nawet okładka łączy w sobie nowoczesność i naturaność. Nasza muzyka jest naturalna i zarazem współcześnie podana. To, co zawsze nas łączy i wyróżnia to współbrzmienie, nie potrzebujemy innych “szufladek”.
Na koniec pytanie, które zapewne wielu słuchaczy chciałoby Wam zadać: kiedy możemy spodziewać się Waszej nowej płyty? Czekamy na nią już naprawdę długo — czy możecie zdradzić, na jakim etapie jest obecnie album i czego możemy się po nim spodziewać?
Martyna: 30 października – zapraszamy do sklepów. O ile nic się nie “wykrzaczy”. Album jest skończony, okładka też, zostały kosmetyczne poprawki i na zajęcie kolejki w tłoczni. 🙂
Dagmara: W pogotowiu są też kolejne cztery teledyski. Nie możemy się już doczekać, aż pokażemy je szerokiej publiczności. A to już bardzo niedługo! Trzymajcie rękę na pulsie.

![Leszek Kułakowski – „Poland, My Homeland” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/07/Leszek-Kulakowski-Poland-My-Homeland-okladka.jpg)





Dodaj komentarz