Marika otwiera nowy rozdział swojej twórczości. Najnowszy singiel „To nie ty” opowiada o jednostronnej relacji, w której jedna osoba nieustannie walczy o bliskość, podczas gdy druga pozostaje emocjonalnie nieobecna. Wcześniej artystka zaprezentowała „Okruchy złota” – poruszający duet z Pawłem Domagałą. O nowej muzyce, ale także o trudnych doświadczeniach, które doprowadziły ją do miejsca, w którym jest dziś, rozmawiamy z twórczynią.
Obecnie działasz całkowicie samodzielnie, czego potwierdzeniem są wydawane zupełnie niezależnie nowe single. To była świadoma decyzja?
Marika: Tak naprawdę pierwsze doświadczenia z wydawaniem muzyki miałam już przy płycie „Marta Kosakowska” z 2015 roku. Warner Music Poland zajmował się wtedy wyłącznie dystrybucją, natomiast cała reszta – produkcja, okładka, teledyski i finansowanie – była po mojej stronie. Później przy albumie „Cykl” usłyszałam, że same dobre piosenki już nie wystarczą i pomyślałam, że może wcale nie muszę czekać na wytwórnię. Wydałam ją samodzielnie. Dzisiaj oczywiście jest trudniej przebić się bez dużego zaplecza, ale w zamian mam pełną decyzyjność. Nie czekam, aż ktoś zaakceptuje moje projekty, gdy wróci z urlopu.
Nie bałaś się takiego kroku?
Marika: Bardziej niż samej niezależności bałam się tego, czy będę w stanie wszystko udźwignąć finansowo. Każdy singiel powstaje z pieniędzy, które zarabiam na koncertach. Nie stoi za mną żadna firma ani duży budżet. To wymaga cierpliwości, ale daje też poczucie, że wszystko, co robię jest naprawdę moje.
Czy na tę drogę wpłynęły również wydarzenia z życia prywatnego?
Marika: Bardzo. Zaszłam w ciążę bliźniaczą i nagle całe moje życie się zmieniło. Nie mieliśmy w Warszawie wsparcia rodziny, więc wszystkiego uczyliśmy się z mężem sami. To był bardzo wymagający czas i na kilka lat praktycznie wyłączył mnie z życia zawodowego.
Kiedy wydawało się, że mogę wrócić do pracy, wybuchła pandemia. Koncerty zniknęły, świat przeniósł się do internetu, a sposób wydawania i promowania muzyki kompletnie się zmienił. Musiałam zacząć działać sama.
To był też moment, kiedy media społecznościowe zaczęły odgrywać jeszcze większą rolę.
Marika: Tak, tylko że ja kompletnie nie umiałam odnaleźć się w tym modelu komunikacji. Nigdy nie chciałam opowiadać o swoim macierzyństwie w mediach społecznościowych. Nie oceniałam osób, które to robiły, ale sama nie czułam się z tym dobrze. Przez kilka lat właściwie zamilkłam i algorytmy bardzo szybko o mnie zapomniały.
Dzisiaj wszyscy musimy zajmować się social mediami. Czasami mam poczucie, że przekraczamy granicę żenady. Gdybym nie musiała, pewnie nie nagrywałabym wielu rolek. Niestety często działa to tak, że im głupszy materiał, tym większy ma zasięg. To bywa frustrujące.
Mimo wszystko udało Ci się wrócić z albumem „Cykl”. Ogromną rolę odegrali w tym patroni.
Marika: Bez wsparcia Patronów ta płyta po prostu by nie powstała. Założyłam Patronite’a żeby zarobić na jej wydanie. Co tydzień prowadziłam długie audycje wideo, polecałam muzykę, opowiadałam o artystach, śpiewałam, przygotowywałam specjalne wersje piosenek z dedykacjami dla patronek i patronów. To była prawdziwa wymiana. Dzięki temu powstała fantastyczna społeczność i realne finansowe wsparcie, które pozwoliło mi ten album ukończyć.
Równie ważne było jednak wsparcie kreatywne. Koncepcję całego wydawnictwa współtworzyło studio projektowe NIENAUTNOWAK z Pawłem Janem Nowakiem. To oni wymyślili ideę „THE ALIVE RECORD”, żyjącej płyty, która zmienia się razem z naturą. Ten projekt został później nagrodzony Brązem w prestiżowym konkursie KTR. Razem z Pawłem Janem Nowakiem prowadziliśmy też komunikację i promocje tej płyty. To również z nim promujemy i komunikujemy „Okruchy złota” i „To nie ty”.
Od początku wiedziałaś, że Patronite będzie rozwiązaniem tylko na pewien etap?
Marika: Tak. Nigdy nie zakładałam, że to będzie model na całe życie. Chciałam nagrać płytę, wrócić do koncertowania i znowu spotykać się z ludźmi przede wszystkim offline. Patronite pomógł mi wrócić do muzyki, ale nie miał zastąpić samego grania.
Własne wydanie nowego singla „Okruchy złota” z Pawłem Domagałą okazało się dużym sukcesem. Do dziś utwór ma ponad milion wyświetleń na YouTube. Byłaś zaskoczona takim odbiorem?
Marika: Tak, byłam mile zaskoczona. To oczywiście bardzo dobra piosenka. Pisałam ją z bardzo utalentowanym i skutecznym producentem muzycznym Leonem Krześniakiem. Nie bez znaczenia jest też to, że zaśpiewałam ją w duecie z Pawłem Domagałą, artystą uwielbianym i bardzo popularnym.
Nie pojawiły się głosy, że zaprosiłaś go właśnie dlatego, żeby łatwiej dotrzeć do większej liczby słuchaczy?
Marika: Nie, takie głosy się nie pojawiły, bo też zupełnie nie o to chodziło. Z Pawłem poznaliśmy się koncertowo. To było w 2018 roku, kiedy świętowałam dziesięciolecie wydania albumu „Plenty”.
Na scenie od razu poczuliśmy, że to działa. Dopiero kilka lat później zobaczyłam backstage’owe nagranie, na którym Paweł żartował, że kiedyś nagramy razem płytę i sprzeda się w trzech milionach egzemplarzy. Pomyślałam wtedy, że to piękna przepowiednia.
Od tamtego momentu wiedziałaś, że kiedyś powstanie wspólna piosenka?
Marika: Tak, tylko długo nie miałam odpowiedniego utworu. Czułam, że jeśli mam zaprosić Pawła, to musi to być piosenka bardzo komunikatywna, gitarowa, ciepła i opowiadająca o relacji. Kiedy zaczęłam pracować z młodym producentem muzycznym Leonem Krześniakiem nad „Okruchami złota”, od początku miałam z tyłu głowy właśnie Pawła.
Chciałam napisać utwór, który nie będzie skierowany do wąskiej grupy odbiorców. Nie chodziło o uproszczenie muzyki, tylko o większą komunikatywność. O to, żeby każdy, niezależnie od wieku, mógł odnaleźć w tej historii coś dla siebie.
W tym wszystkim ważne było też moje inne podejście do tworzenia muzyki. Trafiłam kiedyś na wypowiedź jednej instrumentalistki, która mówiła właśnie o takich dwóch rodzajach piosenek. „Trophy songs” powstają po to, żeby zachwycić środowisko muzyczne, żeby koledzy z branży poklepali cię po plecach i powiedzieli: „świetnie to zrobiłaś”. Z kolei „treasure songs” pisze się dla ludzi.
Pomyślałam wtedy, że przez wiele lat sama pisałam raczej te pierwsze. Lubiłam wielowarstwowe teksty, kilka tematów w jednej piosence, mnóstwo znaczeń. Tylko później uświadomiłam sobie, że przeciętny słuchacz nie ma dziś przestrzeni, żeby śledzić piętnaście wątków naraz.
Czyli zaczęłaś patrzeć na pisanie piosenek inaczej?
Marika: Tak. Zrozumiałam, że jedna piosenka powinna opowiadać jedną historię. Nie oznacza to, że ma być banalna. Nadal może być poetycka, ciepła i pełna znaczeń, ale powinna być czytelna. Dzisiaj ludzie są przebodźcowani. Trudno utrzymać ich uwagę, dlatego prostota bywa większą sztuką niż komplikowanie wszystkiego.
Czy właśnie dlatego „Okruchy złota” są tak oszczędne w przekazie?
Marika: Dokładnie. Tam jest właściwie jeden temat. Melodia jest prosta, tekst serdeczny i delikatnie poetycki. Zależało mi na szczerości, bezpośredniości i cieple. Mam wrażenie, że właśnie za takie piosenki ludzie mnie kiedyś polubili i może dzisiaj znowu tego potrzebują.
Świat też się zmienił. Ostatnie lata pokazały, jak bardzo wszyscy jesteśmy zmęczeni. Pandemia, wojna, nieustanny pośpiech… Pomyślałam sobie, że może nie muszę za każdym razem walczyć z rzeczywistością, rozprawiłam się z nią na albumie „Cykl”. Może mogę pisać piosenki, przy których ludzie po prostu na chwilę odetchną. Jeśli moja muzyka może dać komuś kilka minut spokoju, to jest to dla mnie ogromna wartość.
„Okruchy złota” opowiadały o bliskości i bezpieczeństwie, a „To nie ty” – Twój kolejny nowy singiel – pokazuje już inną, gorzką stronę relacji. To świadoma zmiana?
Marika: Tak, ale dla mnie to wciąż opowieść o relacjach. Interesują mnie ludzie i to, co dzieje się między nimi. „To nie ty” jest historią osoby, która bardzo długo daje z siebie wszystko, usprawiedliwia drugą stronę i próbuje ratować coś, czego właściwie uratować się nie da. W pewnym momencie przychodzi jednak moment otrzeźwienia. Zaczynasz rozumieć, że problem nie leży w tobie.
To osobista, ale nie autobiograficzna historia w prostym znaczeniu. Ja bardzo często korzystam z emocji, które znam, albo które obserwuję u innych ludzi. Interesuje mnie to, co jest uniwersalne. Każdy z nas chyba choć raz był w relacji, w której dawał więcej niż otrzymywał. I właśnie o takim doświadczeniu jest ta piosenka.
Pomimo prostoty i czytelności przekazu wciąż Twoje teksty są poetyzujące.
Marika: Bo ja po prostu tak myślę o języku. Nawet jeśli piszę prostą piosenkę, to chcę, żeby miała w sobie czułość, obraz i jakąś metaforę. Chciałabym, żeby moje teksty zostawiały słuchaczowi przestrzeń. Nadal chcę pisać poetycko, ale nie chcę komplikować czegoś tylko po to, żeby udowodnić, że potrafię. Prostota też może być piękna.
Czy po doświadczeniach ostatnich lat łatwiej jest Ci dziś zaufać własnej intuicji jako artystce?
Marika: Zdecydowanie. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Wiem już, co chcę powiedzieć i jak chcę to robić. Oczywiście słucham ludzi, z którymi pracuję, ale ostatecznie ufam swojej intuicji.
Czy czujesz, że musisz się na nowo przedstawiać publiczności?
Marika: Tak, bo w tym czasie, kiedy ja stawałam się matką i zajmowałam dziećmi, wyrosło całe nowe pokolenie słuchaczy, które po prostu wcześniej mnie nie znało. Kiedy byłam najbardziej obecna w mediach, oni byli dziećmi, bawili się w piaskownicy. Potem zniknęłam na kilka lat, więc temu pokoleniu muszę się przedstawić od początku.
Czyli myślisz też o nowym pokoleniu słuchaczy?
Marika: Nie chcę udawać dwudziestolatki i na siłę gonić trendów. Gdybym próbowała mówić młodzieżowym językiem, wyszłoby to sztucznie. Moje nowe piosenki są klasycznymi piosenkami – mają zwrotki, refreny i opowiadają o sprawach uniwersalnych. Wierzę, że niezależnie od wieku ludzie potrzebują dobrego życia, prawdziwych relacji i bliskości.
Dużo czasu spędzam z młodymi twórcami podczas campów songwriterskich i to mnie utwierdza w tym przekonaniu. W mediach społecznościowych wydają się bardzo pewni siebie, ale kiedy spotykamy się na żywo, okazuje się, że są wrażliwi, nieśmiali i bardzo potrzebują bezpiecznej przestrzeni. Jednocześnie imponuje mi ich skupienie na pracy i świadomość tego, po co tworzą.
Przy nowym materiale postawiłaś na współpracę z młodszymi producentami. To był świadomy wybór?
Marika: Tak. Przez siedem lat moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Uczyłam się bycia mamą i nie śledziłam na bieżąco wszystkich muzycznych nowości. Uznałam więc, że warto pójść do ludzi, którzy przez ten czas byli zanurzeni w nowej muzyce, słuchali premier i doskonale wiedzieli, dokąd zmierza współczesny pop. Nie trzeba być ekspertem od wszystkiego. Czasem najlepiej zaufać komuś, kto w danym momencie wie więcej od ciebie.
Jak wyglądała praca nad „To nie ty” z Dominikiem Dudkiem i Mimi Wydrzyńską?
Marika: To była prawdziwa praca zespołowa. Już od dłuższego czasu chciałam coś napisać z Mimi. Ona pracowała wtedy często z Dominikiem i to właśnie ona nas poznała, przeczuwając, że twórczo może między nami zaiskrzyć. Miała rację. Mimi jest fenomenalną melodystką i jej wkład w „To nie ty” jest kluczowy, ja odpowiadam za większość tekstu. Utwór powstał właściwie w dwie i pół godziny. Spotykaliśmy się jeszcze, żeby dopisać bridge i wprowadzić kilka kosmetycznych zmian, ale trzon piosenki narodził się błyskawicznie. To był moment, kiedy poczułam, że naprawdę złapaliśmy wspólny język.
Wracając do Mimi – ona jest jedną z dwóch osób, z których zdaniem się liczę podczas tworzenia. W tekście „Okruchów złota”, który napisałam sama, był taki moment, że pokazałam tę piosenkę Mimi, tam w refrenie był wers „mamy swój kod”. Mimi powiedziała: „Ludzie i tak będą śpiewać »kąt«”.
„Kod” był dla mnie czymś bardzo intymnym – takim językiem, który rozumieją tylko dwie osoby. Ostatecznie „kod” przemyciłam na końcu piosenki ale w refrenie zaśpiewałam „mamy swój kąt”.
Masz w zanadrzu jeszcze jakieś nowe utwory, które być może ujrzą światło dzienne?
Marika: Tak, cztery prawie gotowe lub gotowe utwory. „Od drugiego wejrzenia” też nagraliśmy z Mimi i Dominikiem. Jechałam rowerem do studia i myślałam, z czym przyjdę na sesję. Przyszła do mnie historia mojego związku. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wiele osób mówiło nam, że nic z tego nie będzie, a jesteśmy razem już czternaście lat.
Pomyślałam wtedy, że kultura bardzo mocno promuje mit miłości od pierwszego wejrzenia, a przecież mnóstwo pięknych relacji rodzi się z przyjaźni, z rozmowy, z budowania bliskości. Czasami ta druga miłość okazuje się tą najważniejszą.
Czy można powiedzieć, że w jakimś sensie „Okruchy złota” i „To nie ty” tworzą pewną całość?
Marika: Dokładnie tak je postrzegam. „Okruchy złota” opowiadają o relacji, którą udało się zbudować po wielu trudnych doświadczeniach. Żeby jednak dojść do takiego miejsca, trzeba najpierw umieć odejść z relacji, która nas niszczy. W tym sensie „To nie ty” jest wcześniejszym rozdziałem tej samej historii.
Jak z perspektywy czasu patrzysz na siebie, jako autorkę tekstów?
Marika: Nie chciałabym być własnym recenzentem, ale wiele się zmieniło. Nadal mam pokusę, żeby pisać dużo, ale teraz staram się ograniczać tekst. Chcę opowiadać o jednym temacie, nie przeładowywać piosenek i używać języka, który będzie zrozumiały dla ludzi niezależnie od wieku. Nie próbuję już być na siłę nowoczesna, bo wtedy byłabym po prostu niewiarygodna.
Moja mama, która była polonistką i zawsze była pierwszą recenzentką moich tekstów, powiedziała mi kiedyś coś bardzo ważnego. Ucieszyła się, że już nie próbuję walczyć ze światem. Powiedziała: „Ludzie chcą dziś spokoju, bliskości i szczęścia. Jeśli dasz im to w muzyce, będzie to miało wartość”. To bardzo we mnie zostało. Ona nie przepadała za moją ostatnią jak dotychczas płytą „Cykl”, na której bardzo wiele rzeczy wykrzyczałam.
Zmienił się również sam proces tworzenia?
Marika: Kiedyś niemal zawsze zaczynałam od tekstu. Efekt był taki, że melodie schodziły na drugi plan. Dziś coraz częściej wychodzę od melodii, od naturalnego rytmu mowy, a dopiero później dopisuję słowa. To trudniejsze niż się wydaje, bo łatwo wpaść w pułapkę tekstowych wypełniaczy, które dobrze brzmią rytmicznie, ale niczego nie opowiadają. Staram się tego pilnować.
Doszłam też do wniosku, że w muzyce pop świetna melodia potrafi obronić przeciętny tekst, ale odwrotnie już nie działa. Nawet najlepszy tekst nie stanie się przebojem, jeśli melodia nie zostanie z ludźmi. Dlatego dziś przykładam do niej znacznie większą wagę.
Czy zmiana artystyczna idzie w parze ze zmianami w Twoim życiu?
Marika: Przez wiele lat oddawałam honorowo krew i do dziś bardzo mnie wzrusza myśl, że można podzielić się czymś, czego nie da się kupić ani wyprodukować. Jeden człowiek może po prostu uratować drugiego człowieka. Z wiekiem coraz bardziej rozumiem jednak, że żeby móc dawać coś innym, trzeba najpierw zadbać o siebie. Doświadczenia ostatnich lat, również te związane ze zdrowiem i stratą mamy, nauczyły mnie większej uważności. Dziś jeszcze bardziej doceniam to, co naprawdę ważne.
Zdrowie zmieniło Twoje codzienne życie?
Marika: Tak, okazało się, że, podobnie jak moja mama, mam choroby autoimmunologiczne. Dwa lata temu zaczęłam świadomie dbać o siebie, zmieniłam sposób odżywiania, przeszłam na dietę przeciwzapalną i zrezygnowałam z alkoholu. Szybko okazało się, że mam więcej energii, lepiej się regeneruję i po prostu lepiej się czuję psychicznie. Dzisiaj wiem, że troska o siebie nie jest egoizmem, tylko fundamentem wszystkiego, co robię, także mojej twórczości. Mam w sobie więcej spokoju, wdzięczności i radości z codzienności niż kiedykolwiek wcześniej.
Rozmawiał: Łukasz Dębowski

![Lunatic Soul – „Transition II” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/07/Lunatic-Soul-Transition-II-2026.jpg)





Dodaj komentarz