„magia” to czwarty album w dorobku Coals i zarazem kolejny dowód na to, że duet nie zamierza podążać utartymi ścieżkami. Na nowym wydawnictwie Kacha i Łuki tworzą oniryczny świat zbudowany z eterycznych wokali, syntezatorów i elektroakustycznych aranżacji, swobodnie łącząc chillwave, folktronikę oraz glitch pop. O nowym albumie, poszukiwaniu własnego języka muzycznego i emocjach ukrytych w tych kompozycjach mieliśmy okazję porozmawiać z duetem.
Jesteście zespołem alternatywnym, a mimo to udało Wam się trafić pod skrzydła dużej wytwórni. Jak doszło do Waszej współpracy z Sony Music Poland?
Łukasz: To była dosyć naturalna historia. Jeśli dobrze pamiętam, poznałem Radka Szyszko przy okazji jednej z imprez branżowych. Chyba jechałem wtedy podpisywać umowę, bo pracowałem jeszcze z innym producentem przy albumie. Okazało się, że Radek zna naszą muzykę i nas słucha. Pamiętam nawet, że mówił, iż jedną z jego najczęściej odtwarzanych piosenek była kompozycja z naszej poprzedniej płyty „Sanatorium”. To było bardzo miłe i dało nam poczucie, że trafiliśmy na ludzi, którzy rzeczywiście rozumieją to, co robimy.
Kacha: My jesteśmy w Sony na zasadzie dystrybucji, więc nie jest to klasyczna umowa obejmująca wszystko. Najciekawsze jest jednak to, że nasz obecny project manager chodził na nasze koncerty już kilka lat temu i po prostu lubił naszą muzykę. Mamy poczucie, że trafiliśmy na ludzi, którzy są odbiorcami tego, co tworzymy, a nie tylko wykonują swoją pracę. Nigdy wcześniej nie czuliśmy się tak zaopiekowani. Ogromną rolę odgrywa też Anita Bartosik, która ma gigantyczne doświadczenie w branży i zna właściwie wszystkich. To naprawdę daje poczucie wsparcia.
W ogóle działacie coraz szerzej, o czym świadczy pojawienie się Kachy na płycie brytyjskiego producenta Danny’ego L Harle, obok takich nazwisk jak Dua Lipa, PinkPantheress i Caroline Polachek. Jak do niej doszło?
Kacha: To bardzo długa historia. Poznaliśmy się osiem lat temu w Londynie. Graliśmy tam koncert, a mój znajomy, który działał w tej samej wytwórni co Danny, przyprowadził go na nasz występ. Po koncercie podszedł do nas, pogratulował i poszliśmy razem coś zjeść. Pamiętam, że kojarzyłam jego muzykę, ale nie zdawałam sobie wtedy sprawy, kim dokładnie jest. Później przez lata przewijały się jakieś wiadomości, komentarze, wzajemne zaczepki w internecie.
W końcu ponad dwa lata temu dostałam maila od jego menedżera z propozycją współpracy. Na początku myślałam, że to jakiś żart, bo wiadomość była bardzo krótka i dziwna. Ostatecznie pojechałam do Londynu w kwietniu 2024 roku i przez dwa dni pracowaliśmy razem w studiu nad utworem na jego płytę.
Łukasz: To prawda, wszystko zaczęło się od tamtego koncertu w Londynie. Gdyby akurat nie miał czasu i nie pojawił się wtedy na naszym występie, sprawy mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.

fot. okładka albumu „magia”
Czy takie spotkania pokazują, że w muzyce wciąż ogromne znaczenie mają relacje budowane na żywo?
Kacha: Zdecydowanie. Kiedyś wydawało mi się, że wszystko można załatwić przez internet. Dzisiaj widzę, że szczególnie przy międzynarodowych współpracach bardzo ważne jest osobiste poznanie drugiego człowieka. Tak samo było przecież w przypadku Sony. Czasami jedno spotkanie otwiera drzwi, które później prowadzą do rzeczy, których w ogóle się nie planowało. To działa trochę starą, sprawdzoną metodą – przez ludzi.
Jak w ogóle zmieniło się wasze podejście do koncertowania na przestrzeni lat?
Kacha: Bardzo. Na początku w ogóle nie byłam gotowa na granie koncertów. Każdy występ był dla mnie ogromnym stresem. Potrafiłam przez tydzień albo dwa analizować wszystkie błędy, które popełniłam na scenie. Myślę, że potrzebowałam około trzech lat, żeby naprawdę polubić koncertowanie i poczuć się swobodnie.
Dzisiaj mam wrażenie, że jestem w najlepszym momencie, jeśli chodzi o granie na żywo. Wiem już, czego mogę się spodziewać, mamy świetną ekipę i agencję, która pomaga nam od strony organizacyjnej. Kiedyś stresowały nas nawet kwestie techniczne – sprzęt, kable, logistyka. Teraz koncerty dają mi przede wszystkim radość.
Łukasz: My wszyscy uczyliśmy się tego od zera. Nie było tak, że od początku mieliśmy doświadczenie sceniczne. Ja przez lata po prostu siedziałem przy pianinie i tworzyłem muzykę. Nawet nie przyznawałem się znajomym, że piszę piosenki. Dopiero później okazało się, że zaczynamy grać koncerty i musimy nauczyć się funkcjonować jako zespół na scenie.
Kacha: Nasze pierwsze koncerty były bardzo spontaniczne. Na początku graliśmy praktycznie akustycznie – z ukulele, gitarą i wokalem. Wszystkiego uczyliśmy się w praktyce. Nigdy nie przechodziłam przez drogę typową dla wielu wokalistów, którzy od dziecka uczestniczą w konkursach czy chodzą do szkół muzycznych. Zostałam wrzucona na głęboką wodę i musiałam się odnaleźć.
Na koncertach wspiera was obecnie więcej muzyków. Jak prezentuje się zespół na żywo?
Łukasz: Oprócz nas ważną rolę odgrywa Bobek Bobkowski, czyli Bobkovski, który jest z nami od lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach w Cieszynie. To niezwykle wszechstronny muzyk – gra na gitarze, basie, flecie, zajmuje się też produkcją i komponowaniem własnej muzyki.
Przed wami kolejne ważne festiwale. Jak podchodzicie dziś do takich występów?
Kacha: Bardzo się cieszymy z każdego takiego zaproszenia. Graliśmy już kilka razy na Open’erze, ale za każdym razem jest to wyjątkowe doświadczenie. W tym roku przygotowujemy coś specjalnego również od strony wizualnej i dźwiękowej. Pojawimy się też podczas Olsztyn Green Festival.
Szczególnie cieszę się z występu na Alter Stage podczas Open’era. Uważam, że to jedna z najlepiej brzmiących scen festiwalowych i zawsze marzyłam o tym, żeby tam zagrać.
Nowy album „magia” określaliście jako bardziej spójny, dopracowany, w pewnych kwestiach też lepszy od poprzedniego. Co to właściwie oznaczało w praktyce?
Kacha: Przede wszystkim włożyliśmy w tę płytę bardzo dużo pracy. Od początku zależało nam na stworzeniu zwartego świata brzmieniowego. Postawiliśmy na elektroakustyczne rozwiązania, dużo gitar, sampli wokalnych i organicznych elementów. Chcieliśmy, żeby wszystko tworzyło jedną opowieść.
Łukasz: Ja zawsze mam poczucie, że nowy materiał jest lepszy od poprzedniego, bo wynika z większego doświadczenia. Uczymy się, poznajemy nowych ludzi, rozwijamy się. Nie oznacza to jednak, że bardziej skomplikowane automatycznie znaczy lepsze.
Przy tworzeniu tej płyty bardzo pilnowałem, żeby nie przekombinować. Lubię spontaniczność. Ostatnio usłyszałem określenie „demoizm”, czyli przywiązanie do pierwszej wersji utworu. Coś w tym jest. Trzeba znaleźć równowagę między dopracowaniem materiału a zachowaniem jego pierwotnej energii.
Miałem wrażenie, że na nowej płycie wychodzicie trochę poza własną strefę komfortu.
Kacha: To ciekawe, bo dla mnie jest to jednocześnie krok do przodu i powrót do korzeni. Z jednej strony wracamy do bardziej atmosferycznych rozwiązań, które były obecne na początku działalności Coals, ale z drugiej strony te kompozycje są znacznie dojrzalsze aranżacyjnie.
Mam wrażenie, że udało nam się połączyć różne etapy naszej twórczości. Jest tu trochę ducha dawnych nagrań, ale również doświadczenia zdobytego przez ostatnie lata.
Łukasz: Ja zawsze bardziej wierzyłem w emocje niż w techniczną perfekcję. Nie uważam, że skomplikowane aranżacje są kluczem do dobrej piosenki. Dlatego zależało mi, żeby zachować naturalność i nie zagubić tego, co było najważniejsze w samych kompozycjach.
Na albumie pojawia się wyjątkowo dużo gości. Jak wybieraliście osoby do współpracy?
Kacha: To nie było tak, że najpierw stworzyliśmy listę nazwisk. Zazwyczaj najpierw powstawała piosenka, a dopiero później zastanawialiśmy się, kto mógłby najlepiej odnaleźć się w jej świecie.
Naturalnie przychodziły nam do głowy osoby, których sami słuchamy i cenimy. Wszystkie te współprace wynikały z autentycznej fascynacji twórczością konkretnych artystów.
Łukasz: Niektóre z tych współprac dojrzewały bardzo długo. Na przykład na wspólny utwór z Adamem Repuchą czekaliśmy niemal dziesięć lat. To nie były przypadkowe decyzje. Za każdą z nich stoi jakaś historia, wcześniejsze inspiracje albo wieloletnia sympatia do czyjejś muzyki.
Na płycie pojawia się również bardzo osobisty wątek związany z rodziną.
Kacha: Tak, na albumie usłyszeć można wiolonczelę mojej mamy, Joanny Kowalczyk. Mama zawodowo grała na tym instrumencie i pomysł jej udziału pojawił się bardzo naturalnie. W pewnym momencie uznaliśmy, że zamiast kolejnych wirtualnych brzmień chcemy wykorzystać prawdziwy instrument.
Dzięki temu te fragmenty zyskały zupełnie inny charakter i dodatkowy wymiar emocjonalny. Bardzo się cieszę, że udało się ją zaprosić do tego projektu.
Dużym zaskoczeniem był gościnny udział Kasi Lins w utworze „fanga”. Jak narodził się pomysł na tę współpracę i co jej obecność wniosła do samej piosenki oraz całego albumu?
Kacha: Od początku czuliśmy, że „fanga” potrzebuje jeszcze jednego głosu i dodatkowej perspektywy. Kasia ma bardzo charakterystyczną wrażliwość i sposób interpretowania emocji, który idealnie wpisał się w klimat tego utworu. Nie zależało nam na zaproszeniu znanego nazwiska, tylko osoby, która naprawdę coś do tej historii dopowie. Kiedy usłyszeliśmy jej partię, mieliśmy wrażenie, że piosenka odnalazła swoją ostateczną formę. Jej obecność nie zmieniła naszej estetyki, ale dodała utworowi większego napięcia.
Łukasz: Śledziliśmy poczynania Kasi od dawna i zawsze było to jakościowo dobre. Pamiętam, jak jeszcze nosiła takie fajne nakrycia głowy (śmiech).
A kim jest Molina, która pojawia się „traces”? I co to jest za utwór?
Kacha: Molina ma bardzo charakterystyczny sposób budowania nastroju i ogromną wrażliwość, dlatego naturalnie pomyśleliśmy o niej właśnie przy „traces”. Ten utwór opowiada o śladach, które zostawiają w nas ludzie, wspomnienia i doświadczenia. Chcieliśmy, żeby miał w sobie poczucie ulotności i pewnego zawieszenia, a głos Moliny idealnie dopełnił tę historię. Nie traktujemy jej udziału jako klasycznego gościnnego występu – bardziej jako spotkanie dwóch muzycznych światów, które w tym przypadku bardzo dobrze się uzupełniły.
Molina pochodzi z Kopenhagi. Nie jest szeroko znana w Polsce, choć na europejskiej scenie alternatywnej uchodzi za jedną z najbardziej interesujących artystek.
Jak zazwyczaj wygląda wasz proces twórczy?
Kacha: Tekst prawie zawsze pojawia się na końcu. Najpierw powstaje muzyczna baza, często przygotowana przez Łukasza, ale mi też się zdarza w tej materii działać. Później szukam melodii wokalnych, spotykamy się i wspólnie rozwijamy pomysły. Dopiero później przychodzą słowa. Każdy utwór ma oczywiście swoją historię, ale ten schemat powtarza się u nas bardzo często.
Łukasz: Przy tej płycie miałem jedno podstawowe założenie – jak najszybciej przełożyć pomysł z głowy na instrument. Nie analizować zbyt długo, nie poprawiać wszystkiego bez końca. Chciałem zachować świeżość pierwszej intuicji.
Kacha: Spędziliśmy też bardzo dużo czasu razem. Mam wrażenie, że właśnie dzięki temu ta płyta jest tak spójna. To nie jest zbiór pojedynczych utworów, tylko efekt długiego procesu, który przechodziliśmy wspólnie przez kilka lat.
Mam wrażenie, że nigdy nie goniliście za popularnością w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Czy zawsze bardziej zależało wam na budowaniu własnego świata?
Kacha: Tak, zdecydowanie. Nigdy nie mieliśmy potrzeby bycia wszędzie. Nie ciągnęło nas do tego, żeby za wszelką cenę pojawiać się w telewizji czy na okładkach. Oczywiście miło jest docierać do nowych odbiorców, ale zawsze najważniejsza była dla nas sama muzyka.
Mam też poczucie, że wiele osób zaczyna dziś tworzyć z myślą o rozpoznawalności. U nas było odwrotnie. Najpierw była pasja, fascynacja muzyką i potrzeba tworzenia. Dopiero później pojawili się słuchacze.
Łukasz: Myślę, że istnieją różne drogi funkcjonowania na rynku muzycznym. Są artyści stworzeni do telewizji i dużych formatów rozrywkowych. To też jest jakaś droga. My natomiast zawsze byliśmy zespołem koncertowym, bardziej związanym ze sceną klubową i festiwalową.
Najbardziej cieszy mnie to, że przez te wszystkie lata udało się zbudować własną publiczność. Ludzie przychodzą na koncerty dlatego, że chcą usłyszeć naszą muzykę, a nie dlatego, że zobaczyli nas dzień wcześniej w programie telewizyjnym.
Patrząc na początki Coals, czujecie dziś sentyment do tamtych czasów?
Łukasz: Ogromny. Pamiętam nasze pierwsze koncerty, kiedy wszystko było robione bardzo intuicyjnie. Nie mieliśmy doświadczenia, ale mieliśmy mnóstwo entuzjazmu. Dziś oczywiście jesteśmy dużo bardziej świadomi, ale czasami miło wrócić myślami do momentu, kiedy wszystko dopiero się zaczynało.
Dla mnie to jest też przypomnienie, jak nieoczywista była ta droga. Muzyka była jedną z wielu moich pasji. Nie zakładałem, że stanie się moim życiem zawodowym. Przez długi czas tworzyłem właściwie tylko dla siebie.
Kiedy poznaliśmy się z Kachą i zaczęliśmy wspólnie działać, wszystko zaczęło rozwijać się bardzo naturalnie. Nikt nie miał wielkiego planu pod tytułem „załóżmy zespół i podbijmy świat”. To wydarzyło się samo.
Czy po tylu latach działalności wciąż udaje wam się zachować ekscytację związaną z tworzeniem nowych rzeczy?
Kacha: Myślę, że tak. Oczywiście zmienia się perspektywa. Kiedyś wszystko było nowe, dziś mamy już pewne doświadczenia i wiemy więcej o sobie. Ale nadal ekscytuje mnie moment, kiedy powstaje nowa piosenka albo kiedy nagle okazuje się, że jakiś pomysł zaczyna żyć własnym życiem.
Łukasz: Dla mnie najciekawsze jest to, że ciągle można się rozwijać. Każda płyta jest odpowiedzią na poprzednią. Każda współpraca czegoś uczy. Dzięki temu nie mam poczucia stania w miejscu.

![Mieczysław Kosz – „Ikar. Solo na Jazz Jamboree” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/06/Mieczyslaw-Kosz-Ikar.-Solo-na-Jazz-Jamborre.jpg)





Dodaj komentarz