„Chciałem, żeby przetrwała pamięć lepszych czasów” – Łukasz Banasiak [WYWIAD]

Autorska płyta „Random Numbers” Łukasza Banasiaka (gitara, wokal, pianino) zawiera jedne z najlepszych kompozycji w jego dorobku. Z okazji premiery albumu rozmawiamy z artystą o kulisach jego powstawania, wieloletniej drodze tych nagrań do publikacji, muzycznych inspiracjach, przyjaźniach, wspomnieniach oraz planach na przyszłość.

fot. materiały prasowe (Ł.B./B.B.)

Album „Random Numbers” czekał długo na swoją publikację. Co sprawiło, że właśnie teraz uznałeś, że te utwory są gotowe, by je wypuścić w świat?

Tak naprawdę chciałem się dla odmiany zająć czymś innym niż tylko praca. Zapomnieć o rzeczywistości, problemach i pokonać swoją prokrastynację. Może też sam fakt jego wydania jest skutkiem refleksji po śmierci Jacola – że jutro może już nie być czasu na wydanie czegokolwiek. Może jednak jutro nie potrafi zaczekać.

Trzeba je łapać dziś. I to jest słuszna koncepcja i pomysł na jakąś inną moją piosenkę. „Jutro nie zaczeka, jutro jest jak wczoraj, złap jutro już dziś…”.

Mówiłeś, że wracałeś do tych nagrań przez lata i wciąż ci się podobały. Czy podczas kolejnych odsłuchów pojawiała się pokusa, żeby coś w nich zmieniać, poprawiać, napisać coś inaczej, szczególnie przed ostatecznym ich wydaniem w 2026 roku?

Słuchając ich co parę lat w takiej postaci, w jakiej zostały zmiksowane około 2014/15 roku, słyszałem niedoskonałości swojej gitary. Byłem zażenowany swoim wokalem, którego słuchanie zawsze sprawiało mi ból, lecz zawsze podobał mi się ich klimat i szczerość. Bardziej nurtowało mnie to, czy w ogóle to wydawać. Poprawianie nie miało sensu. Mimo że powinno to zostać zmiksowane przez kogoś, kto faktycznie się na tym zna, ta muzyka mi się podoba, a coraz rzadziej podoba mi się jakakolwiek muzyka. Brakuje tu oczywiście basu… Jacek był zajęty innymi rzeczami… Jeśli już, to chciałbym kiedyś wybrać swoje ulubione piosenki z poprzednich płyt i nagrać je na nowo, w innych aranżacjach. To surowe brzmienie podoba mi się jednak bardziej niż większość plastiku i komputerowego AI, które słyszę w radiu. Ta płyta to zarówno dokument tamtego momentu życia, jak i nadal aktualny język mojej twórczości.

W „And I Say Goodbye To You” pojawia się wątek pożegnania z Jackiem „Budyniem” Szymkiewiczem jeszcze za jego życia. Jak dziś patrzysz na ten utwór — zmienił dla ciebie znaczenie po jego odejściu?

Jeśli chodzi o ten kawałek, to był to upust frustracji, że nie udało się ponownie zagrać razem. To jest też tak, no wiesz… jeśli kocha się kogoś muzycznie i przyjacielsko, jak brata, i ten ktoś potrafi dać ci niesamowitą energię, bardzo pomaga, a potem nagle znika, po latach się odzywa, mówi, że moje piosenki nagrane na czteroślad to magia, że trzeba to nagrać porządnie. Wtedy się spotykamy, a on przyprowadza Krzysia Zalewskiego, żeby zaśpiewał moje własne piosenki… (nie mam absolutnie nic przeciwko Zalefowi i pierwszy raz widziałem go wtedy na oczy). Podziękowałem mu jednak za udział w sesji. Na pożegnanie, gdy wychodził z salki ze sprzętem, zagraliśmy mu piosenkę „Tomorrow Can Wait”. Czasem myślę, że był to błąd, że powinien zostać. Wniósłby dużo do poprzedniej płyty („Tomorrow Can Wait”), szczególnie klawisze. Jednak Jacol mocno mnie tym wkurzył. Z drugiej strony dziękuję, Zalef, za to, że zmusiłeś mnie do dokończenia tekstów i zaśpiewania ich, haha… Wiem, że zaśpiewałbyś to ładnie. Kto wie, może kiedyś mógłbyś zaśpiewać trzy odlotowe piosenki, które gdzieś są na kasecie, nagrane na czterech śladach, a na których Jacek gra pięknie na basie?

Bydyń pewnie chciał z tej płyty „Tomorrow” zrobić coś, co zaistnieje… a dla mnie liczyły się wtedy inne rzeczy, na przykład żeby w ogóle cokolwiek dokończyć, odnaleźć siebie… po dziesięciu latach bez instrumentów. W sumie do tej pory nurtuje mnie, po co to zrobił.

A Jackowi napisałem wtedy backing vocals, które pięknie zaśpiewał. Wymyślił nawet jeden sam, do piosenki „Tomorrow Can Wait”. Baaaaaardzo ładny. Potem znów zrywa kontakt… Albo jeszcze taka sytuacja – Budyń wypuszcza jakąś piosenkę, w której opisane są prywatne szczegóły z mojego życia. Ten mój utwór był emocjonalną reakcją na to wszystko. Zareagowałem tak, a nie inaczej. Myślę, że Budyń wolałby taką reakcję niż jakąś pieprzoną laurkę.

Ale kto wie, może jeszcze napiszę dla niego inną piosenkę. A może melodia już jest, czeka na starej taśmie i on też tam jest, gra pięknie na basie z wah-wah. Stare piosenki z sesji. Wokal tylko dograć. Może Zalef zaśpiewa?

Ale przecież w filmie o Jacku nie ma Ciebie w ogóle.

Tak. Sebastian Juszczyk, reżyser filmu „Szkoda, że nareszcie”, skontaktował się ze mną. Powiedział, że robi film dokumentalny o Jacolu. Wspomniał też, że Mateusz Rychlicki powiedział w jednej ze scen, iż to ja inspirowałem zarówno jego, jak i Jacka w tamtych czasach. Najpierw długo pisaliśmy, a później przez godzinę rozmawialiśmy. Opowiadałem mu o Jacku, po czym spytałem, czy to nagrał i wykorzysta. Powiedział, że nie… I czy mogę do niego przyjechać, bo jemu do mnie nie chce się jechać.

Nie miałem aż takiego parcia. Z Jackiem znaliśmy się z liceum. Graliśmy wtedy czasem u mnie na chacie i w domu kultury.

Później bardzo pomógł mi przy moich piosenkach, z dobrego serca, choć wcale nie musiał. Wspierał mnie też dobrym słowem, gdy tego potrzebowałem. Poznał mnie z Mateuszem Rychlickim. Był to już okres jego „Sejtenika”. Nagraliśmy wtedy dobre demo (wciąż jest na nim parę niewydanych moich piosenek, a Jacek gra tam na basie). Po latach nagraliśmy to znowu… Był magicznym człowiekiem. Grosza nigdy nie wziął. Robiliśmy te rzeczy z pasji. Pamiętam naszą ostatnią rozmowę, niedługo przed jego śmiercią. Bardzo żałuję, że ponownie nie zagraliśmy razem. Wtedy czegoś zabrakło. Przynajmniej teraz mogę podziękować Jackowi za pomoc. Dzięki.

Wydaje mi się jednak, że filmy dokumentalne, choćby częściowo finansowane z publicznych pieniędzy, powinno się robić rzetelniej.

Zaintrygował mnie motyw „Black Piano” i „Black Piano 2″ — zwłaszcza historia z instrumentem, którego losów dziś już nie znasz. Na ile w twojej muzyce konkretne przedmioty i miejsca przechowują emocje albo pamięć?

Bardzo silnie. Słysząc ją, widzę obrazy z prób, nagrań, koncertów, samych początków… A te początki były właśnie związane z czarnym pianinem, którego zakup był pomysłem mamy. Widzę tatę, jak grał na nim mamie przepięknie „Hey Jude”, „Let It Be”, „Je t’aime… moi non plus”, utwory Gershwina, jazz, muzykę klasyczną, jakieś polskie zespoły lat 60., piosenki wojenne – właściwie wszystko. Grał tak cudownie, że sam zapragnąłem grać i pisać piosenki. Pierwsze próbowałem tworzyć już w wieku 4, 5, 6 lat.

Sam, dzięki tej inspiracji, nauczyłem się grać na pianinie i gitarze. A pojawienie się tego utworu (napisałem kilkaset melodii na tym pianinie) w tak skandalicznej jakości jest symboliczne. Chciałem, żeby przetrwała pamięć lepszych czasów w formie dźwiękowej.

To mój hołd. Mimo że pianino zostało nagrane wiele lat przed resztą piosenek, chciałem, żeby znalazło się na tej płycie. Z kolei nałożenie dwadzieścia lat później posępnej elektroniki na dźwięk pianina jest symbolem mrocznych, gorszych momentów w moim życiu.

Myślę, że większość ludzi usłyszy w tym utworze tylko hałas rozstrojonego pianina i melodię graną nie w tempo. Ja słyszę tam ciekawą melodię plus kilka innych rzeczy.

Charakter i nastrój albumu przypisujesz w dużej mierze Mateuszowi Rychlickiemu. Jak wyglądała wasza relacja podczas nagrań — bardziej realizator–muzyk czy współtwórca klimatu całego materiału?

Przyjechałem na sesję z… jak zwykle nieskończonymi utworami, więc kilka pierwszych dni zamiast nagrywać, musiałem przymusowo spędzić w hotelu, ćwicząc je. Pamiętam, że strasznie byłem zły z tego powodu. Później on już jednak wszystkim się zajął, za co pięknie dziękuję, włącznie z pożyczeniem gitary od swojego brata, omikrofonowaniem, przećwiczeniem utworów, noclegiem i wyżywieniem u siebie w mieszkaniu oraz użyczeniem bardzo dobrego wzmacniacza. Wszystkie utwory, oprócz pianina, które nagrałem wiele lat wcześniej na zwykły magnetofon, zarejestrował Mateusz.

Z tej sesji pochodzi jeszcze kilka innych utworów, które może wyjdą na płycie „Small-Town Madness”. Perkusja i gitara były nagrywane na żywo, razem. Mateusz, oprócz „And I Say Goodbye to You” oraz „I Wasn’t Ehm Ehm Ehm”, grał bardzo oszczędnie i to, oraz chyba panujące wtedy upały, nadało atmosferę senności i spokoju całej płycie. A odrobinę dziwny, nawiedzony klimat… radiowe zakłócenia i upiorne syntezatorowe tła (jak np. w „Black Piano”) to wszystko tworzy z jednej strony skromny, sypialniany nastrój, z drugiej właśnie nieco oniryczny, zupełnie jak po przebudzeniu.

Była to jednak relacja przyjacielska, mimo że ja myślałem wtedy, iż jest to bardzo dobry muzyk, który poświęca swój cenny czas takiemu amatorowi jak ja.

Traktowałem go z szacunkiem, będąc wdzięcznym, mimo iż wiem, że on myśli, że jestem kompletnym wariatem, i że może jednak tracił czas z byle kim. Zresztą na temat naszej wzajemnej relacji w tym czasie napisałem inną piosenkę „Who Do You Think You Are”, którą wtedy również nagraliśmy wspólnie. Więc w sumie słuchałem pilnie jego zaleceń realizatorskich, a o stronie udźwiękowienia decydował on. To również on był za zwolnieniem tempa w kilku utworach i uproszczeniem partii gitary. I miał rację.

W sumie bez niego nie byłoby tej płyty, improwizacji z Jankowiakiem i Norkiem, a być może w ogóle już bym więcej nie grał.

 

fot. okładka płyty

Sam odpowiadałeś za produkcję, miks i częściowo mastering. Czy na którymś etapie świadomie pilnowałeś, żeby ten materiał nie stał się zbyt „ładny” i nie stracił swojej surowości?

W sumie, jak teraz na to patrzę, to duża część produkcji i nagrania instrumentów to zasługa Mateusza Rychlickiego. Wtedy jeszcze chyba we mnie wierzył. Jeśli chodzi o miks i mastering, to trudno powiedzieć, jaki cel mi przyświecał – to było już wiele lat temu.

Mateusz chyba wolał, żebym, oprócz wokalu (sam zarejestrował chyba tylko jeden, do „I Wasn’t”), nic już nie dogrywał do tych śladów i dał to zmiksować komuś dobremu. Istnieje kilka utworów w innych wersjach z jakimiś samplami, które dodałem. I kiedy on to usłyszał, powiedział, że już nigdy nie zagra ze mną, jeśli je komuś pokażę. W sumie, oprócz sesji do „Out Of Tune”, później już ze mną nie zagrał. Może dlatego, że puściłem je w innej postaci Adamowi Sołtysikowi, który – jak mi powiedział – prawie wyrzucił je przez okno.

Co ciekawe, po latach Adam puszczał mi jakieś swoje produkcje, które przypominały mi te moje elektroniczne dodatki sprzed wielu lat. Rychlicki bardzo dużo mi pomógł przy tej płycie i nigdy nie wziął za to ani grosza. Teraz, kiedy słuchaliśmy razem winyla, powiedział, że to jest dobra muzyka. Pewnie był to sarkazm. Myślę też, że jest rozczarowany faktem, że to wypuściłem.

Zresztą ten materiał chyba od początku miał być demem pod przyszłe nagranie tych utworów kiedyś z Jackiem na basie.

Tytuł „Random Numbers” sugeruje przypadek, ale sama płyta wydaje się bardzo intuicyjnie uporządkowana. Na ile przypadek rzeczywiście odgrywa rolę w twoim procesie twórczym?

Sam tytuł jest w sumie nieprzypadkowy i nawiązuje do treści piosenki „Random Number”, która nota bene opowiada o tym, że gdy byłem mały i zostawałem sam w domu, czułem się bardzo samotny. Dzwoniłem wtedy do nieznanych mi ludzi, wybierając przypadkowe numery, tylko po to, żeby usłyszeć czyjś głos albo być może mając nadzieję, że ktoś oddzwoni i porozmawia ze mną. Dodatkowo tytuł pewnie wziął się stąd, że czasem puszczam numery na chybił trafił w totolotka – przy okazji pozdrowienia dla zespołu Lotto. Sam zwrot „random numbers” oznacza również numery wybrane właśnie w taki sposób. I tak jakoś, w związku z tym wszystkim, sam tytuł przyszedł mi do głowy i spodobał mi się. Stwierdziłem, że ma nie tylko sens, ale również dobrze brzmi.

W moim życiu przypadek odgrywa dużą rolę, może dlatego zbyt często próbuję wszystko kontrolować, zamiast czasem zaufać przeznaczeniu. Ale jest to jedna z rzeczy, nad którą pracuję. O roli przypadku rozmyślam zresztą od czasu, gdy jako mały chłopiec zobaczyłem film Kieślowskiego.

Jeśli jednak chodzi o sam przypadek, to rzeczywiście największą rolę odegrał on w tym, jak zachował się looper w nagranym za pierwszym podejściem, na wpół improwizowanym utworze „Random Number”. Jeśli chodzi o moje melodie, to zawsze musi być tak, jak je wymyśliłem. Wyjątkiem jest może „Knock Knock” z płyty „Tomorrow Can Wait”, gdzie Szymkiewiczowi udało się wymyślić własną melodię pod koniec mojego utworu. I ta jego linia basowa jest jedną z fajniejszych rzeczy, jakie słyszałem w życiu.

Natomiast teksty to już zupełnie inna historia. Zazwyczaj piszę je dopiero na sesji – jeśli nie dziesięć lat później – i często są związane z przypadkami oraz wydarzeniami towarzyszącymi nagraniom.

W informacji o premierze pojawia się też gotowy już album „Out of Tune”. Czy po „Random Numbers” będzie to naturalna kontynuacja, czy raczej wejście w zupełnie inne miejsce artystyczne?

Jest to chyba zupełnie inna płyta. Bardziej odlotowa. Mimo że jej pierwsza część  – siedem utworów granych na żywo i zarejestrowanych przez Pielkę jeszcze w 2016 roku, krótko po „Random Numbers” – powstała w ciągu jednego dnia, druga część, czyli pięć kawałków, została nagrana dopiero dziesięć lat później. Część materiału powstała w Tucznie, część w Tychach, dlatego początkowo album miał nosić tytuł „TyTy”.

Gram tam w połowie utworów na Wurlitzerze, więc całość ma nieco inne brzmienie. W tej części nie ma gitary, za to pojawiają się klawisze, bas Pielki i perkusja Rychlickiego. Zresztą Pielka także w pozostałych, bardziej gitarowych trzech utworach bardzo ładnie zagrał na perkusji i basie. Mój bas również pojawia się w kilku nagraniach.

W połowie utworów próbuję śpiewać – pewnie z kompromitującym skutkiem – a właściwie deklamować po polsku teksty, które napisałem… znów prawie dziesięć lat później. Całość jest mocno melodyjna, piosenkowa. Są tam dwa improwizowane utwory, ale jak zwykle u mnie muzyka była nagrywana na żywo. Dwa kawałki zostały nagrane „na setkę” z wokalem, zresztą chyba na jeden mikrofon.

„Out of Tune” nagrałem nie tylko dla siebie – choć właściwie nagrywam prawie wyłącznie dla siebie. Są tam również dwie piosenki napisane dla mojej dziewczyny.

Tak naprawdę chciałbym jednak kiedyś nagrać płytę poruszającą temat chorób psychicznych, alkoholizmu, autyzmu, przemocy w rodzinie i związkach, znęcania się człowieka nad człowiekiem oraz braku tolerancji.

Nie wiem jednak, czy byłbym w stanie sam podołać takiej płycie, mimo że mam już gotowy jeden utwór.

Bo jest to temat tobie bliski?

Być może się mylę, ale wydaje mi się, że jest to temat bliski w jakimś stopniu większości ludzi, nie tylko w Polsce.

Poza tym płyta mogłaby poruszać również bliskie mi klimaty wojskowych blokowisk i małych popegeerowskich wsi w okresie od stanu wojennego, przez przemianę ustrojową, aż po pierwsze lata po niej.

Chciałbym także poruszyć temat imigrantów i emigrantów. Jest mi on szczególnie bliski, ponieważ w swojej pracy realnie pomogłem – czasem z narażeniem zdrowia i życia – kilku tysiącom naszych wspaniałych rodaków.

Ktoś zainteresowany zrobieniem koncept albumu?

Fajnie byłoby też wspomnieć o niekończących się, wietrznych dniach… Tutaj Cieślak by pomógł, haha – ma doświadczenie. Widzę tam również innych muzyków. No, takie marzenia…

Dziś również premiera kolejnego singla – zwariowanego „I Wasn’t Ehm Ehm”.

Z okazji urodzin życzymy Ci wszystkiego najlepszego, wielu udanych płyt, znalezienia muzyków, z którymi mógłbyś grać, oraz dystrybutora, który pomógłby Ci w promocji Twojej twórczości.

*****

Łukasz Banasiak – „Random Numbers” [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *