„Traktuję ten album jak osobiste zwycięstwo” – Maks Tachasiuk [WYWIAD]

Album „Wieje” to swoisty spacer po najważniejszych zakamarkach wyobraźni Maksa Tachasiuka – zapis emocji, doświadczeń i momentów, które ukształtowały jego artystyczną tożsamość. Już sam tytuł sugeruje konfrontację z tym, co nie zawsze łatwe i oczywiste, a co od dłuższego czasu towarzyszy młodemu twórcy. O drodze do debiutanckiej płyty, inspiracjach oraz fascynacjach – od Davida Bowie po The Beatles – mieliśmy okazję porozmawiać z artystą.

fot. Wiktoria Maziarczyk

Zacznijmy naszą rozmowę trochę od końca, bo Twoja debiutancka płyta „Wieje” ukazała się w bardzo starannie przygotowanej wersji fizycznej. Jakie ma to dla Ciebie znaczenie w czasach, gdy muzykę można mieć na wyciągnięcie ręki w serwisach cyfrowych?

Dla mnie fizyczne wydanie wciąż ma duże znaczenie, bo jest pewnego rodzaju wizytówką artysty. Zależało mi na tym, żeby moja pierwsza płyta została wydana możliwie jak najlepiej, z dbałością nie tylko o sam materiał, ale też o całą jego oprawę. Projekt całości przygotowała Angelika Muzolf i od początku wiedziałem, że zależy mi na czymś dopracowanym, spójnym, co będzie miało swoją estetykę również poza samą muzyką. Kiedyś kolekcjonowałem płyty, więc do dziś zwracam uwagę na to, jak wydawane są albumy innych artystów. Oprawa graficzna zawsze miała dla mnie znaczenie i często była pierwszą rzeczą, która przyciągała uwagę. Być może z czasem uda się wydać ten materiał również na winylu, bo to format, do którego wciąż jestem przywiązany.

Jaki był to dla Ciebie czas – od powstania pierwszych piosenek do momentu wydania tego albumu?

To był intensywny, momentami wręcz zabiegany czas, bo wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko. Niewiele ponad rok temu zagrałem pierwszy koncert na Next Fest w Poznaniu, później przyszły kolejne występy na żywo, Festiwal w Opolu, Sanki „Gazety Wyborczej”, nagroda Empiku – tych wydarzeń w krótkim czasie było naprawdę sporo. Zainteresowanie tym, co robię, rosło bardzo szybko, więc siłą rzeczy trzeba było nauczyć się za tym tempem nadążać.

O samej płycie zacząłem myśleć już na etapie singla „Psy”, kiedy ten utwór zaczął wyraźniej rezonować ze słuchaczami. Wtedy pojawiła się myśl, żeby spojrzeć na to szerzej i zacząć układać z tych pojedynczych piosenek coś większego. Zacząłem szukać powiązań między utworami, które powstawały na przestrzeni ostatnich lat, i szczęśliwie okazało się, że taki wspólny mianownik pomiędzy nimi rzeczywiście istnieje. Na początku działałem dość intuicyjnie, trochę nieświadomie, ale z czasem moja twórczość zaczęła nabierać wyraźniejszych kształtów. Powstawały kolejne piosenki, ale wracałem też do starszych pomysłów. Najstarszy tekst, który znalazł się na tej płycie, ma dziś pięć lat.

 

Tworzenie to jedno, ale równie ważne jest trafienie na odpowiednich ludzi, a później do publiczności, która w ogóle dowie się o Twoim istnieniu. Żyjemy przecież w czasach ogromnej nadprodukcji muzyki – jak przebić się ze swoją twórczością przez ten gąszcz?

Co ciekawe, w moim przypadku wyglądało to tak, że to ludzie, z którymi dziś współpracuję, trafili najpierw na mnie, a nie odwrotnie. Dzięki temu ominął mnie ten najbardziej bolesny etap, czyli nagrywanie demo i rozsyłanie go po różnych miejscach z nadzieją, że ktoś w ogóle zechce tego posłuchać. Jestem za to naprawdę bardzo wdzięczny.

A trafił na mnie Kamil z FALA LABEL. Wrzuciłem wtedy własnymi siłami „Czerwień” na Spotify i ten numer wpadł na jedną z alternatywnych playlist. Pamiętam, że jechałem akurat pociągiem z moją dziewczyną, kiedy dostałem wiadomość od Kamila. Napisał mniej więcej: „hej, może mógłbym pomóc z wydawaniem twojej muzyki?”. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Szczerze mówiąc, początkowo nie potraktowałem tego do końca poważnie, dlatego odpisałem mu dopiero po dwóch dniach.

Później się spotkaliśmy z Kamilem i Bartkiem. Bardzo szybko okazało się, że dobrze się rozumiemy. Jestem im wdzięczny za to, że obdarzyli mnie dużym zaufaniem, bo na tamtym etapie nie miałem jeszcze zbyt wielu gotowych pomysłów na piosenki. Oni jednak powiedzieli, że poczekają, że nie ma sensu niczego przyspieszać ani robić na siłę. To było dla mnie bardzo ważne.

Kiedy zorientowałeś się, że projekt „Wieje” zaczyna nabierać właściwych kształtów i nie jest już tylko zbiorem pojedynczych piosenek, ale szerszą muzyczną narracją, która ostatecznie złoży się na cały album?

W pewnym momencie zacząłem pisać kolejne piosenki już z konkretnym zamysłem. Lubię myśleć o muzyce szerzej – nie tylko w perspektywie pojedynczego utworu, ale całego albumu. Kiedy poczułem, że rodzi się z tego coś większego, naturalnie zacząłem pracować z myślą o pełnym projekcie, który będzie można zamknąć w formie płyty.

Często zaczynało się to od bardzo krótkich notatek – dwóch, trzech zdań, które zapisywałem sobie jako zalążek piosenki. Później próbowałem te myśli rozwijać i sprawdzać, dokąd mogą mnie zaprowadzić. Ostrzegano mnie, że jeśli narzucę sobie konkretny koncept, będzie mi trudniej pisać – i faktycznie tak było. Zauważyłem jednak, że najlepsze rzeczy przychodzą właśnie wtedy, kiedy muszę bardziej się postarać.

Czułem więc, że muszę dać z siebie sto procent, żeby naprawdę coś z tego wyszło. Ten album jest zbiorem najważniejszych części mojej głowy, a tym, co go spaja, jest wejście głębiej w emocje i historie, które zdecydowałem się opowiadać. Wcześniej robiłem to bardziej ogólnie, choć nadal były to rzeczy osobiste. Dopiero kiedy narzuciłem sobie konkretny kierunek, pozwoliłem sobie na większy szczegół.

 

fot. okładka płyty

Wspomniałeś, że do pisania trzeba po prostu przysiąść i pracować. Czy to znaczy, że klasyczna wena nie była u Ciebie czymś, na czym mogłeś regularnie polegać?

Wena też się pojawiała – potrafiłem obudzić się w nocy, żeby coś zapisać (śmiech). Takie momenty się trafiały, ale raczej jako wyjątki niż reguła.

Jedna z fajniejszych historii dotyczy piosenki „Lepiej”. Kiedy domykaliśmy materiał, pojawiły się głosy, że może warto byłoby dopisać jeszcze coś do albumu. Powiedziałem wtedy, że spróbuję, ale niczego nie obiecuję, bo na tamten moment nie miałem już żadnych konkretnych pomysłów i nie chciałem niczego robić na siłę. Dwa dni później szedłem do osiedlowego sklepu, zatrzymałem się na skrzyżowaniu i słuchałem „Let It Happen” Tame Impala. W pewnym momencie zapętliły mi się w głowie słowa „let it happen, let it happen” i to uruchomiło jakiś impuls. Wróciłem z tym do domu i w półtorej godziny napisałem cały utwór, co wcześniej właściwie nigdy mi się nie zdarzało.

Zupełnie inaczej wyglądało to przy kawałku „Wieje”, który jest moim ulubionym utworem na płycie. Przez około trzy miesiące chodził za mną tylko jeden wers otwierający: „Poukładam sobie w głowie”. Dopiero później stał się punktem wyjścia do całego tekstu. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie, że może za mocno trzymam się tego jednego hasła, ale ostatecznie okazało się, że warto było. Próbowałem napisać do tej piosenki inny tekst, ale wyszedł fatalnie. Zrozumiałem wtedy, że muszę trzymać się jednego pomysłu, w który naprawdę uwierzę.

Czy poza samą muzyką i pojedynczymi myślami, które udawało Ci się uchwycić, były jeszcze inne rzeczy, które Cię inspirowały?

„Zły, najgorszy sen” był inspirowany prawdziwym snem, w którym moja dziewczyna po prostu przestała istnieć, jakby nigdy jej nie było. Obudziłem się z ogromną ulgą i od razu zapisałem frazę, która później stała się tytułem. Ten pomysł odłożyłem na dwa lata, ale z czasem do niego wróciłem, bo wiedziałem, że tę historię po prostu muszę opowiedzieć.

Dobrym przykładem jest „Nigdy się nie starzej”, które razem ze „Zły, najgorszy sen” i „Bez” tworzy pewnego rodzaju trylogię o przemijaniu. Ten tekst również powstawał długo, a jego początek pojawił się w dość nieoczywistym momencie – podczas czytania biografii Davida Bowiego. Pod koniec książki był fragment opisujący jego śmierć, ale prowadzony z perspektywy pierwszej osoby. Zacząłem się nad tym zastanawiać, rozmyślać o przemijaniu, o tym, jak w ogóle próbujemy je oswoić.

Jeden z rozdziałów tej książki nosił tytuł będący parafrazą piosenki Bowiego – „Nigdy się nie starzej”. Było w tym coś bardzo prostego, a jednocześnie przejmującego. W tym smutku kryło się coś pięknego – takie dziecięce pragnienie, żeby ktoś bliski nigdy się nie zestarzał, nigdy nie odszedł. Ta bezsilność była dla mnie bardzo poruszająca.

Później postawiłem sobie sprawę jasno: muszę coś z tym zrobić. Po jakimś czasie muzyka do tego tekstu po prostu się ze mnie wylała. To był dla mnie bardzo wzruszający moment – ryczałem, gdy tworzyłem tę piosenkę.

Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie Davidem Bowie?

To właściwie mój brat mnie nim zainteresował. Co ciekawe, nigdy nie byłem jakimś ortodoksyjnym fanem Bowiego – nie znam całej jego dyskografii i pewnie wciąż powinienem sporo nadrobić, choć oczywiście mam swoje ulubione utwory. Zawsze fascynował mnie jednak jako artysta kompletny.
To był ktoś, kto miał niezwykle świadomie przemyślaną drogę – zarówno artystycznie, jak i życiowo. Przeszedł przez bardzo różne etapy, także te trudne, związane z uzależnieniami czy wychodzeniem z osobistych kryzysów, a mimo to potrafił nieustannie się redefiniować. To imponujące, bo u niego rozwój nie był tylko zmianą estetyki, ale czymś znacznie głębszym.

Bardzo ciekawa była dla mnie również historia jego ostatniego albumu. Zebrał do niego nowych muzyków i podobno zabronił im słuchać swojej wcześniejszej muzyki, żeby nie odtwarzali tego, co już zrobił. To świetnie pokazuje, jakim był twórcą – nawet pod koniec drogi nie interesowało go powielanie własnego języka. Chciał iść dalej. I właśnie to wydaje mi się w nim wyjątkowe. Nawet kiedy słuchałem jego wywiadów, miałem poczucie, że to ktoś absolutnie osobny, jedyny w swoim rodzaju.

 

fot. Adam Słomiński

Co jeszcze najbardziej urzeka Cię w twórczości innych artystów?

Lubię, kiedy słychać, że ktoś naprawdę się postarał. Najbardziej urzekają mnie drobne detale, które budują charakter piosenki i sprawiają, że nie jest ona przewidywalna. Często są to niewielkie rzeczy – jakiś motyw pojawiający się w zwrotce, który później nie zostaje już powtórzony, mimo że mógłby. Takie decyzje pokazują intencję i świadomość tego, co się robi.

Doceniam właśnie takie przemyślane, świadome działania. Dlatego też mocno przemawia do mnie to, co robią Fontaines D.C. Jeżeli czuję, że ktoś włożył w swoją muzykę serce, to od razu jestem bliżej tego świata. Sam zawsze też starałem się podchodzić do tworzenia w podobny sposób.

Podobno słuchałeś też hip-hopu, na którym uczyłeś się swoich pierwszych kroków w produkcji muzycznej. Jak to wyglądało u Ciebie na początku?

Mój brat podsunął mi „Trójkąt warszawki” Taco Hemingwaya, a później sięgnąłem też po „Umowę o dzieło”. Bardzo urzekły mnie wtedy te produkcje i naturalnie zacząłem się nimi interesować – chciałem zrozumieć, jak to zostało zrobione, jak to działa od środka.

Później słuchałem też Ostrego, Łony, Fisza czy Paktofoniki. To byli artyści, którzy przede wszystkim przyciągali mnie słowem, ale jednocześnie – mając wtedy około trzynastu lat – zacząłem myśleć o tym, że sam chciałbym tworzyć podobne rzeczy od strony produkcyjnej.

Pobrałem bardzo podstawowy program, bez zapisywania projektów i próbowałem na tym eksperymentować, kopiując bity, które mi się podobały. To wszystko mocno rozbudziło we mnie ciekawość, która tak naprawdę została ze mną do dziś – również w kontekście samej produkcji muzycznej.

Jak wygląda u Ciebie teraz praca z muzycznym pomysłem, który z czasem zaczyna zamieniać się w pełnoprawną, melodyjną piosenkę?

Wydaje mi się, że sporo ułatwiła mi nawet ta dość szczątkowa edukacja muzyczna. Chodziłem do szkoły muzycznej pierwszego stopnia, grałem na fortepianie i gitarze, ćwiczyłem klasyczne etiudy wielkich kompozytorów i to na pewno w jakiś sposób mnie uwrażliwiło. Nie tylko technicznie, ale też pod kątem samego myślenia o muzyce.

Mam wrażenie, że właściwie w każdej chwili mógłbym wymyślić jakiś muzyczny zalążek. Może nie zawsze jest to od razu temat na gotową piosenkę, ale bardzo często pojawiają się w głowie drobne motywy, melodie albo napięcia, które później można rozwijać.

Poza tym bardzo dużo słucham muzyki. Właściwie niemal cały czas przemieszczam się ze słuchawkami na uszach i mam poczucie, że to też stale otwiera mi głowę. Muzyka jest gdzieś obok mnie praktycznie bez przerwy, więc siłą rzeczy cały czas pozostaję w tym procesie.

Jak dziś patrzysz na swoją dalszą drogę artystyczną? Czujesz, że znalazłeś już własną niszę i chcesz ją dalej rozwijać, czy raczej interesuje Cię wychodzenie poza wypracowane ramy i szukanie czegoś zupełnie nowego?

Po tej pierwszej płycie czuję się przede wszystkim zupełnie wolny. Samo stworzenie konceptu „Wieje” nie było łatwe, ale od początku wiedziałem, że chcę się go trzymać i doprowadzić ten pomysł do końca. Szukanie odpowiednich rozwiązań, selekcja piosenek i późniejsza realizacja całego projektu momentami były trudne, ale dały mi coś bardzo ważnego – pozwoliły uporządkować wiele rzeczy w głowie, a w pewnym sensie także rozprawić się z samym sobą. Dlatego traktuję ten album trochę jak osobiste zwycięstwo.
To daje mi dziś bardzo komfortowy moment, żeby zacząć szukać coś nowego.

Dobrze jest mieć własną niszę, ale nie chciałbym utknąć w niej na stałe. Nie interesuje mnie budowanie całej przyszłości na jednym patencie czy powtarzanie jednego sprawdzonego triku. Dużo bardziej pociąga mnie możliwość szukania nowych form i nowych sposobów opowiadania.

Coraz bardziej interesują mnie też teksty, które nie zamykają się w jednej konkretnej interpretacji. Lubię, kiedy piosenka zostawia przestrzeń, kiedy nie podaje wszystkiego wprost i pozwala odbiorcy wejść w nią po swojemu, może nawet w abstrakcyjny sposób. To zawsze było mi bliskie, zresztą bardzo cenię The Beatles, którzy potrafili to robić. W szkole lubiłem pisać opowiadania, bo mogłem wymyślać wszystko od podstaw.

Rozmawiał: Łukasz Dębowski

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *