
fot. Kamila Makarewicz
Jaka była geneza powstania albumu „Ogień miłości”? Na ile większa przystępność tego materiału była świadomą decyzją, a na ile efektem procesu twórczego?
Materiał na album “Ogień miłości” tworzyłem w wieloletnim procesie. Na poziomie literackim i emocjonalnym piosenki powstawały i dojrzewały w atmosferze rozmaitych, osobistych doświadczeń, refleksji, miłosnych uniesień i porażek. Po raz pierwszy odważyłem się tak otwarcie napisać piosenki o miłości i chciałem ubrać je w przebojową, radiową formę. Z jednej strony możemy mówić o kalkulacji, z drugiej – jest to moja niezależna, odważna decyzja o pewnym flircie z konwencją.
Czy ten album można uznać jako świadomy zwrot komunikacyjny w stronę szerszego grona odbiorców?
Marzę o tym, by być artystą popularnym i rozpoznawalnym w polskiej branży muzycznej. Mój nowy album jest takim komunikatem – jestem dla Was i zapraszam!
Czy czujesz, że album „Ogień miłości” jest bardziej przebojowy od Twoich wcześniejszych dokonań? Czy jest to również próba wyjścia ze swoją muzyką do rozgłośni radiowych? Jak w ogóle oceniasz rolę radia w dzisiejszych, internetowych czasach?
Zdecydowanie tak. Na początku pracy nad produkcją, miksem i aranżacją utworów z albumu podjąłem kilka kluczowych decyzji wspólnie z Markiem Dziedzicem, który współprodukował „Ogień miłości” oraz zadbał o jego oryginalny, oldschoolowy charakter brzmienia, przy jednoczesnym zachowaniu nowoczesnej dynamiki i efektownej stylistyki piosenki. Podkłady perkusyjne wyprodukował Piotr Wykurz, nadając moim kompozycjom nowe życie i przebojowy flow, a chórki Martyny Bacik, dodały muzycznego charakteru i piękna.
Ja… odkąd pamiętam marzę o nagraniu takiego jednego, rozpoznawalnego uniwersalnego przeboju. Jeśli na tym albumie jeszcze to się nie wydarzyło, będę próbował dalej.
Rozgłośnie radiowe tylko w kilku przypadkach promowały moje nowe single – byłem grany w Radiu Lublin, we wrocławskim radiu RAM. Niestety moje single nie trafiły na listy przebojów… Mam wrażenie, że rozgłośnie radiowe mają pewne “rezerwacje” dla sprawdzonych wykonawców i labeli. Ale my niezależni twórcy nie możemy poddać się nigdy!
„Ogień miłości” brzmi jak metafora bardzo pierwotna, ale Twoje teksty często operują napięciem między bliskością a dystansem – czym dla Ciebie jest ten „ogień” w kontekście współczesnych relacji?
Pisząc teksty, staram się dawać przestrzeń do indywidualnej interpretacji, subiektywnego przeżycia piosenki, niczego nie narzucać odbiorcy. Taka twórczość zawsze była mi bliska i inspirująca. Tytułowy “ogień” dla mnie osobiście jest pewną instynktowną siłą, która pozwala trwać, wzrastać w miłości, pomimo… Zdaję sobie sprawę, że współcześnie naprawianie relacji, praca, trud nie są modne i wygodne.
Czy traktujesz ten album jako spójną narrację o miłości, czy raczej zbiór osobnych stanów emocjonalnych, które dopiero w całości układają się w opowieść?
W pewnym sensie jest to album konceptualny, przedstawia różne oblicza miłości, jak i przeszkody stojące na drodze do tego przeżycia. Dla mnie jednak “Ogień miłości” jest przede wszystkim zamknięciem bardzo konkretnego, długoletniego etapu w życiu.
Na ile estetyka lat 80. i 90. jest dla Ciebie językiem, a na ile filtrem, przez który reinterpretujesz współczesne brzmienie?
Estetyka lat 80. i 90. jest mi naturalnie bliska, wychowałem się na brzmieniach z tamtych lat. W swoim muzycznym studio posiadam oryginalny syntezator z lat 80. oraz modele odzwierciedlające i imitujące muzyczny charakter i vibe tamtych czasów.

fot. okładka płyty
Jak według Ciebie zmieniło się Twoje pisanie tekstów na przestrzeni lat? Co dla Ciebie jest teraz najważniejsze w wyrażaniu się poprzez słowo?
Najważniejsza jest i zawsze będzie dla mnie szczerość wyrazu. Pisanie tekstów traktowałem często terapeutycznie i oczyszczająco, zwłaszcza po dramatycznych przeżyciach. Twórczość jest wówczas oazą wolności. Miewam doświadczenia, gdy w codziennych czynnościach zatrzymuje mnie jakiś wers, który posiada melodię – nucę w kółko i zapisuję, po czasie oceniam jego wartość.
Aktualnie pochylam się nad większą świadomością, jak ważnym i odpowiedzialnym zadaniem jest napisanie dobrego literacko tekstu – analizuję, podziwiam wybitne szlagworty i dążę do kreowania własnych, równie wartościowych.
Od lat funkcjonujesz jako artysta niezależny. Jak dziś definiujesz swoją niezależność – bardziej jako wolność twórczą czy konieczność organizacyjną?
Wolność twórcza daje mi wielką siłę, uwielbiam planować kolejne muzyczne wizje i działania. Niezależność ma również swoją cenę. Zdajemy sobie sprawę, jak wielu artystów – pukających od lat do bram mainstreamu – poddaje się i rezygnuje z pasji. Ja mam taką pewną wadę – nie umiem się poddawać.
Czy czujesz, że znalazłeś już swój idiom, czy „Ogień miłości” to etap przejściowy, bo być może w planach masz już zupełnie inny projekt muzyczny?
“Ogień miłości” będzie miał swoją kontynuację. O szczegółach nie mogę jeszcze szerzej opowiadać, ale… w planie jest album, który ma już swój tytuł – będzie poruszał tematykę miłosną w obliczu współczesnych wyzwań i młodzieńczych wizji, wspomnień, rodem z lat 90. Muzycznie podobnie, choć planuję rozbudować piosenkową formułę znaną z tegorocznej płyty.
Jak wyobrażasz sobie koncertową wersję tego albumu – bliżej jej do intymnego setu, czy jednak pełnoprawnego, tanecznego live actu? I czy w ogóle byłbyś zainteresowany prezentowaniem nowego albumu podczas koncertów?
Mam wizję powrotu na scenę. Z dzisiejszej perspektywy najbardziej realną formą mojego występu live będzie solo act – z dużą ilością rekwizytów, emocji i niespodzianek.
Jak dziś czujesz się jako artysta tworzący muzykę? Czujesz się w jakimś stopniu spełniony artystycznie?
Trudno mi mówić o spełnieniu. Zawsze stawiam sobie wysoko poprzeczkę, a później mierzę się z trudem i pewnego rodzaju rozczarowaniem. Myślę, że to cena drogi rozwoju. Ten album pokazał mi, jak dużo mam w sobie wytrwałości, odwagi i był naprawdę ważnym krokiem. Dzięki tej pracy, uporządkowałem wiele aspektów muzycznej działalności w obliczu kolejnych wyzwań – nadchodzących niespodzianek i koncertów.



