30 lat później. Big Day – „Dzień trzeci” [RECENZJA]

Nasz ocena

Z perspektywy zbliżającej się 30. rocznicy premiery „Dzień trzeci” album ten nabiera dziś zupełnie innego ciężaru – nie tylko jako kolejny tytuł w dyskografii Big Day, ale także jako dokument momentu, w którym polska scena gitarowa szukała własnego języka.

fot. materiały prasowe

Recenzja płyty „Dzień trzeci” – Big Day (Universal Music Polska, 1996)

Zespół pojawił się na początku lat 90. jako grupa wyraźnie odrębna od dominujących trendów – zamiast podążać za grunge’em czy cięższym rockiem, postawili na melodyjność, harmonię wokali i inspiracje sięgające lat 60. oraz brytyjskiej sceny gitarowej. „Dzień trzeci”, wydany jako trzeci album grupy, ukazał się w czasie największej popularności zespołu i szerzej: boomu na gitarową muzykę w Polsce. To płyta rozbudowana – 16 utworów, co przekłada się na około 55 minut muzyki, utrzymana w estetyce pop-rocka, ale wyraźnie zakorzeniona w autorskim stylu zespołu.

Ich znak rozpoznawczy – charakterystyczne współbrzmienie głosów Ani Zalewskiej-Ciurapińskiej i Marcina Ciurapińskiego już wtedy tworzył rozpoznawalność zespołu na tle konkurencji. W polskiej muzyce gitarowej nie było wielu zespołów, które tak konsekwentnie budowały styl na dialogu dwóch głosów. Dawało to większą miękkość brzmienia, „piosenkowy” charakter oraz mniej konfrontacyjny, a właśnie bardziej dialogowy ton.

Warto mocniej skupić uwagę na tekstach, bo to one w dużej mierze „niosą” tę muzykę. Big Day operują językiem prostym, ale nie banalnym – bez metaforycznego przeładowania, raczej w duchu codzienności i relacyjnych napięć. To podejście, które dziś znów wraca do łask (np. u Korteza), ale w latach 90. było alternatywą wobec bardzo poetyckich, abstrakcyjnych tekstów albo prostych, radiowych fraz.

Słuchana dziś, po niemal trzech dekadach, brzmi jak świadome rozwinięcie wcześniejszych pomysłów. To nie jest album rewolucyjny, raczej konsekwentny. Big Day nie próbują tu redefiniować swojej muzyki, lecz ją porządkują i rozszerzają. Mocniej wyostrzone gitary pozostają centralnym punktem, melodie są nośne, a kompozycje często krótkie i zwarte („Shiz”). Jednocześnie pojawia się większa różnorodność nastrojów – od bardziej energetycznych fragmentów (singlowy „Zostawić ślad”), po spokojniejsze, refleksyjne momenty („Miłość”).

Właśnie ta równowaga wydaje się dziś największą siłą „Dnia trzeciego”. Album nie popada w przesadną przebojowość, ale też nie zamyka się w hermetycznej alternatywie. Jest gdzieś pomiędzy – i to „pomiędzy” było w połowie lat 90. niezwykle cenne. W czasach, gdy część zespołów próbowała kopiować zachodnie wzorce, Big Day budowali własną tożsamość, opartą na melodii, emocji i pewnej lekkości, która do dziś pozostaje ich znakiem firmowym.

Z dzisiejszej perspektywy można jednak zauważyć pewne ograniczenia. Długość albumu i szesnaście utworów sprawiają, że nie wszystkie kompozycje zapadają równie mocno w pamięć. Brakuje też wyraźnego punktu kulminacyjnego – jednego utworu, który definiowałby całość tak, jak największe hity z innych płyt zespołu. To raczej zbiór równorzędnych piosenek niż narracja prowadząca do jednego momentu.

Nie zmienia to faktu, że wpływ takich albumów jak „Dzień trzeci” na polską muzykę jest trudny do przecenienia. To właśnie dzięki zespołom pokroju Big Day utrwalił się w Polsce model grania gitarowego, które nie musi być ani przesadnie ciężkie, ani banalnie popowe. Ich podejście – melodyjne, ale autorskie – można dziś odnaleźć w wielu współczesnych projektach indie i alternatywnych, które również stawiają na emocję i prostotę zamiast produkcyjnego nadmiaru. Nie każdy album z lat 90. dobrze znosi próbę czasu – wiele z nich brzmi dziś archaicznie przez produkcję lub stylistykę, a „Dzień trzeci” starzeje się stosunkowo łagodnie, bo nie opiera się na modnych wówczas „efektach epoki”, bazuje na klasycznym instrumentarium oraz unika skrajności stylistycznych.

Na tle dzisiejszej sceny „Dzień trzeci” może wydawać się albumem bardziej „prostolinijnym”, mniej eksperymentalnym. Współczesna produkcja często stawia na warstwowość, elektronikę i hybrydowe formy. Tym bardziej jednak słychać tu coś, co dziś bywa deficytowe, czyli klarowność kompozycji i bezpośredniość przekazu. To płyta, która nie potrzebuje wielu środków, by w pełni wybrzmieć.

Z okazji 30-lecia łatwo spojrzeć na ten album jak na kapsułę czasu, ale byłoby to uproszczenie. „Dzień trzeci” Big Day’a nie jest tylko zapisem swojej epoki, to także przykład konsekwentnego budowania stylu, który przetrwał próbę czasu. Dziś często liczy się brzmienie i produkcja, a wtedy ważniejsza była kompozycja i melodia. Może nie jest to najbardziej przełomowe wydawnictwo lat 90., ale z pewnością jedno z tych, które w cichy sposób współtworzyły fundament polskiego pop-rocka.

I być może właśnie dlatego dziś brzmi tak uczciwie.

Mateusz / tasty.discs

 

fot. okładka płyty

30-lecie albumu „Kalejdoskop” zespołu Big Day [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź