Groovosophers – „Groovosophers” [RECENZJA]

Nasz ocena

22 marca ukazał się debiutancki album krakowskiego zespołu Groovosophers. Płyta została nagrana m.in. z gościnnym udziałem amerykańskiego trębacza Satisha Robertsona. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tej płyty.

fot. okładka albumu

Recenzja płyty „Groovosophers” – Groovosophers (2025)

Jeśli raz usłyszycie dokonania Groovosophers, to nigdy o nich nie zapomnicie. I nie dajcie się zwieść, że mamy do czynienia z debiutantami, bo choć otrzymaliśmy pierwszą płytę zespołu, to w jego skład wchodzą doświadczeni muzycy, przez lata grający ze sobą w innych bandach. Tym razem zdobyte doświadczenie oraz eklektyzm wykorzystali w autorskim projekcie, tworząc bogaty brzmieniowo zestaw kompozycji, który porywa od pierwszych dźwięków. Można nazwać to euforycznym graniem, a zawodowstwo twórców wpływa na charakter tej twórczości, przynosząc wiele afirmatywnej oraz lekko płynącej muzyki.

Mamy do czynienia z utworami instrumentalnymi, więc trzeba wymienić skład grupy, który mocno opiera się na kreatywności wszystkich muzyków, biorących udział w tym przedsięwzięciu. Każdy z nich jest na równym poziomie ważności, co sprawia, że cały projekt jest starannie wyważony od strony instrumentalnej.

W nagraniach wzięli udział: Tomasz Karaszewski (saksofon tenorowy i altowy), Filip Wyrwa (gitary, syntezator gitarowy), Grzegorz Madej (klawisze, organy Hammonda, Rhodes), Marcin Essen (gitara basowa i bezprogowa gitara basowa) i Grzegorz Bauer (perkusja). Do tego dochodzą znakomici goście, którzy również mają niebagatelny wpływ na kształt wybranych propozycji. Płyta została nagrana z udziałem Satisha Robertsona – trąbka (z Brooklyn/NYC i James Carter Quintet), Patryka Zakrzewskiego – perkusjonalia (znanego między innymi z występów z Miką Urbaniak/Ulą Dudziak) i Rafał Walczak – trąbka w „Chewing Gum”.

Zderzenie tak wielu indywidualności przyniosło więc projekt, który w skali międzynarodowej można nazwać wydarzeniem, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę rozległość muzyczną ich kompozycji. Panowie nie boją się łączyć ze sobą różne style, stąd w tych utworach dostrzeżemy wpływy muzyki latynoskiej, klezmerskiej czy bałkańskiej (świetnie osadzona rytmika w mozaikowym numerze „BAA BAA”).

Zestawienie poszczególnych instrumentów wpływa na jego wymowę i znakomity dialog, który udało się przy tej okazji stworzyć. Wyraźnie słychać, że każdy element ma swoje uzasadnione miejsce, rozbudowując artystyczną treść tego albumu, nawet jeśli pojawia się spokojniejsza, nasycona większą emocjonalnością propozycja („For All Those Who Have Passed”). A przecież dostajemy też utwór Johna Scofielda – „I’ll Take Les”, zaskakujący transowym, może nawet drum’n’bassowym podkładem. To nie koniec niespodzianek, bo ostatnim kawałkiem został – idący w stronę rocka progresywnego – trochę za bardzo odstający od reszty – „No Place To Hyde”.

Profesjonalizm wszystkich muzyków nie przyniósł nadętego do granic możliwości projektu. Słychać, że to nie jest twórczość, która powstała, żeby chwalić się swoimi umiejętnościami, choć te są oczywiste i często znajdują swoje uzasadnione miejsce na debiutanckiej płycie Groovosophers. Czuć w tym jednak luz, zabawę niebanalną formułą oraz najlepsze wykonawstwo, które tylko dopełnia tak zręcznie zaprezentowany materiał. Grupa może więc bez problemów przemierzać z tą muzyką szlaki nie tylko w Polsce.

Łukasz Dębowski

 

Leave a Reply