Wojciech Kanclerz – “Myślotoki” [RECENZJA]

Nasz ocena

Choć artysta tworzy od wielu lat to “Myślotoki” są pierwszą EPką Wojtka Kanclerza. Jego twórczość opiera się na wielowątkowości muzycznej oraz czytelnym wyrażaniu myśli. Album ukazał się w czerwcu tego roku, a dziś prezentujemy recenzję tego wydarzenia.

fot. okładka EP

Recenzja EP “Myślotoki” – Wojciech Kanclerz (2021)

„Myślotoki” to pierwsza pełnoprawna EPka działającego w wielu projektach na przestrzeni lat – Wojciecha Kanclerza. Choć artysta nagrał wiele pojedynczych singli, to nigdy nie doczekały się one zamknięcia w formie albumu. W końcu to się zmieniło, czego efektem jest wydanie (także fizyczne) tego zbioru pięciu utworów.

W pierwszym zetknięciu niemal wszystkie kompozycje wydają się trudno przyswajalne, niełatwe w odbiorze, może nawet trochę odpychające. Po zadaniu sobie trudu i odkryciu sensu poszczególnych kawałków, dostrzeżemy ich kontekst, nie tylko muzyczny, ale właśnie znaczeniowy jeśli chodzi o przekaz.

EPka rozpoczyna się od szorstkiego, garażowego, pozbawionego przyjaznego aranżu utworu „Idą wreszcie”. Brudne, agresywnie poprowadzone brzmienie gitarowe zderza się z pozornym nieładem wokalnym. Wyrazem artystycznym stają się więc wykrzyczane partie słów, jakby celowo zagłuszane motywami muzycznymi, które stają celowym środkiem tak określonego artyzmu. Podobnie dzieje się w kolejnym, tnącym każdym dźwiękiem i niepokornym słowem kawałku „Transformacja”, gdzie Kanclerz śpiewa: „Kartki lecą samoloty / Kreski plamy z wielkim słowem / Tam formuje się bryłowy / Nawis światła nagi człowiek”. O ile myśl znaczeniowa nie jest w tym fragmencie oczywista, to warto zwrócić uwagę na to, że artysta odnalazł własny język wypowiedzi, który jest dosyć nieoczywisty, choć w pewnym stopniu uniwersalny. Przy tym trafiający słowem w przekaz w nim zawarty i umiejętnie wysupłujący jego funkcję.

Dosyć specyficzne, często mechaniczne zgrywanie tych kompozycji nie jest pozbawione sensu, gdyż słowa przeplatają się ciekawie, trafnie uzupełniając tak rozwarstwioną i dystynktywną warstwę muzyczną. Artysta zdecydował się też pozostawić większe pole dedukcji słuchaczowi, zamieszczając ponad 7 minutową kompozycję instrumentalną („Myślotoki”). W tym przypadku pojawia się bardziej znacząca kombinacja dźwięków, która ma wywołać jeszcze mocniejsze wstrząsy w świadomości słuchacza, pomimo że sama muzyka wydaje się już bardziej uporządkowana. Muzyczny zasięg jest jeszcze inny w krótszym, klasycznie i powściągliwie prezentującym się instrumentalu zatytułowanym „Belarus”. W „Don’t Spill All Yur Water” pojawiają się za to bardziej przyjazne harmonie, choć można też wyczuć namiastkę improwizacji.

Na „Myślotokach” znajdziemy alternatywną muzykę podziemia, gitarową burzę, pozorny harmider i wokalne nieskoordynowanie. To jednak ma swoją istotność w takiej, może niełatwo przyswajalnej zbieżności kilku ważnych elementów tego albumu. Jeśli będziemy w stanie złożyć w całość te może czasem zbyt przejaskrawione interpretacje, ze specyficzną ekspansywnością muzyczną, wtedy docenimy wartość tych utworów. Choć należy zaznaczyć, że niszowy charakter tego projektu, który można określić mianem intencjonalnego hałasu, na pewno nie będzie dla każdego zrozumiały.

Łukasz Dębowski

*****

Album “Myślotoki” ukazał się fizycznie i jest dostępny, m.in. na Bandcampie: https://wojciechkanclerz.bandcamp.com/releases

 

fot. materiały prasowe

Jedna odpowiedź do “Wojciech Kanclerz – “Myślotoki” [RECENZJA]”

Dodaj komentarz