Frankenstein Children – “Patience”

Nasz ocena

12 kwietnia ukazał się album “Patience” zespołu Frankenstein Children, który został nagrany pod okiem Marcina Patera w Bieszczadach i w Krakowie. Jego znaczną część stworzyli… w specjalnie zaprojektowanym przezeń statku kosmicznym. Tym razem przyglądamy się bliżej ich jakże dobrej płycie.

fot. Ola Bodnaruś

Recenzja płyty “Patience” – Frankenstein Children (2019)

Poza medialnym szumem i wykonawcami, którzy od lat okupują playlisty radiowe istnieją artyści bijący ich na głowę. A mowa tym razem o zespole Frankenstein Children, który niedawno wydał swoją drugą płytę “Patience”.

Panowie działają już kilka lat i mają na koncie nieco inny stylistycznie album “Here Somewhere”. Nie da się ukryć, że nowe piosenki są efektem poszukiwań. I grupa znalazła nie tylko ciekawe rozwiązania muzyczne, ale jako twórcy też dojrzeli, nabrali dystansu do siebie i świata. Nauczyli się, że niekiedy mniej znaczy więcej.

Dzięki temu powstały niezwykle klimatyczne kompozycje, ubarwione delikatnymi ozdobnikami, wydobytymi bardziej z własnej wyobraźni twórczej niż instrumentalnej wirtuozerii. Nie bez znaczenia jest obecność odpowiedniego producenta – Marcina Patera (m.in. Clock Machine, Smoking Barrelz). Ważnym gościem jest także Konrad Nikiel (na co dzień grający w Clock Machine i mający ‘prześwietny’ projekt Koko Die), który gdzieniegdzie wsparł chłopaków na drugim wokalu oraz pianinie.

Wiele rzeczy złożyło się na to, że te piosenki prezentują się co najmniej bardzo dobrze. I wcale nie jest to określenie na wyrost. Zaskakujące jest to, jak wiele udało im się wydobyć z na pozór prostych kompozycji. Intrygującym staje się fakt, ile w zwyczajnych tekstach (“Cool”), nienachalnym wokalu (“Better Start”) i drobiazgach brzmieniowych może istnieć emocji (“Oddech”).

I do tego ten zimny, ale niedołujący klimat. Nawet jeśli więcej w nim syntetycznych dźwięków, to prezentuje się wybornie (“Moment”). Chcąc doczepić się do czegoś, nie jest łatwo znaleźć słabszych chwil. Tym bardziej, że płytę zamyka bardziej ascetyczny, ale też wyraźniej zagrany na żywych instrumentach “Come Back to Me”(ukelele robi dobrą robotę!).

Istnieje już nowe pokolenie muzykującej młodzieży (do nich zalicza się też m.in. Sonbird), która nie dotknęła banału i ma już inne odniesienia w muzyce (np. Tame Impala). Nie trzeba nadmiernie szarpać gitary i walić w perkusję, żeby umieć wydobyć energię. Na Patience” wszystko jest na swoim miejscu – piękny puls, melodyka i nieprzesadnie zawiłe historie. Nie należy już tu nic przestawiać. Wystarczy słuchać. Frankenstein Children urośli do rozmiarów jednego z najciekawszych zjawisk tego roku, bo nie da się ukryć, że są zjawiskowi.

Łukasz Dębowski

 

Dodaj komentarz