,

Mrozu – „Wszystko czego chciałem” [RECENZJA]

Tytuł albumu „Wszystko czego chciałem” Mroza nie jest przypadkowy – oddaje moment, w którym artysta z przekonaniem może powiedzieć, że jest dokładnie tam, gdzie chciał być. To płyta pełna dobrej energii, wolności i radości z życia. Czy jednak zupełnie bezkrytycznie można podchodzić do jego nowej płyty? O tym w naszej recenzji.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

Tytuł albumu „Wszystko czego chciałem” Mroza nie jest przypadkowy – oddaje moment, w którym artysta z przekonaniem może powiedzieć, że jest dokładnie tam, gdzie chciał być. To płyta pełna dobrej energii, wolności i radości z życia. Czy jednak zupełnie bezkrytycznie można podchodzić do jego nowej płyty? O tym w naszej recenzji.

Recenzja płyty „Wszystko czego chciałem” – Mrozu (2026)

Mrozu przyzwyczaił nas już do wysokiej jakości swoich nagrań, zgrabnie łącząc klimat lat 70. ze współczesnością. W jego piosenkach przebojowość opiera się na delikatnie uwypuklonych riffach gitarowych oraz subtelnym pulsie funky i soulu. Mamy trochę dęciaków, w tle pobrzmiewa orkiestra symfoniczna, a całość wyróżniają rytmiczna układność i dopracowane aranżacje, przywołujące skojarzenia z wcześniejszymi dokonaniami artysty. Tak w skrócie można opisać album „Wszystko czego chciałem”. Problem w tym, że takie ujęcie właściwie wyczerpuje jego zawartość. Momentami można odnieść wrażenie, że twórca odcina kupony od tego, co już wcześniej słyszeliśmy w jego piosenkach.

Zaskoczeń jest tu niewiele – kompozycje wyrastają z dobrze znanego szablonu, który od kilku lat z dużą skutecznością wyznacza kierunek obrany przez Mroza. O ile wcześniej ta formuła potrafiła świeżością i pomysłowością zaskoczyć, o tyle tym razem niespodzianek tu brakuje. Wiemy, że jest dobrze, charakterystycznie, aż nóżka sama chodzi i można poklaskać, ale co z tego, skoro najlepsze naboje artysta wystrzelał już na wcześniejszych płytach? O ile „Złoto”, „Szerokie wody” czy „Palę w oknie” raziły prądem, o tyle tutaj napięcie spada, a całość staje się bardziej przewidywalna. Nawet przebojowość tych numerów wydaje się mniejsza. Trudno więc nie zauważyć, że Mrozu coraz częściej porusza się po wydeptanych ścieżkach, choć nie można oczekiwać, że wokalista za każdym razem będzie chciał – lub potrafił – przeskoczyć samego siebie.

Nie da się ukryć, że artysta doskonale wykorzystuje swój czas, wyciskając z niego możliwie najwięcej: Męskie Granie, wyprzedane hale koncertowe, mniej lub bardziej udane współprace. A skoro już jesteśmy przy duetach, warto docenić piękny motyw w „Aniołach” nagranych z Julią Pietruchą, który przyćmiewa mniej udany „Odpowiedni moment” z Zalią. Mamy też połączenie sił z braćmi Kacperczyk w tytułowym „Wszystko czego chciałem”, niespecjalnie wyróżniającym się na tle pozostałych kompozycji. Nie brakuje tu również muzycznych zapożyczeń. Czy tylko ja słyszę w „Pół na pół” – gdzie na basie gra Marcel Prążyński – motyw przywodzący na myśl Tame Impalę?

Mrozu wie, jak wykorzystać swoje atuty, by przygotować album, który zapewne znów trafi do szerokiego grona odbiorców. I nawet jeśli wiele już słyszeliśmy, nie przeszkadza to dobrze bawić się przy „Wszystko czego chciałem”. Jest mniej refleksyjnie, bardziej rozrywkowo, z dużą dozą dystansu, ale też rutyny, która powoli pokazuje, że twórca zaczyna zjadać własny ogon. Nie zmienia to faktu, że otrzymujemy starannie przygotowany materiał, umacniający jego pozycję na polskim rynku muzycznym. Tym bardziej, że za jego plecami stoją uznany realizator Marcin Bors oraz jedni z najbardziej rozchwytywanych producentów w kraju, m.in. Dryskull i Leon Krześniak.

Łukasz Dębowski


  • Iza Kowalewska – „Zapalenie uczuć” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej