,

Środek lata w rytmie muzyki. Erste Letnie Brzmienia w Krakowie! [RELACJA]

Świetny balans gatunkowy, brak konieczności wyboru między ulubionymi wykonawcami i organizacja, która wreszcie nie utrudniała życia uczestnikom. Krakowskie wydanie cyklu Erste Letnie Brzmienia 2026 pokazało, jak powinien wyglądać przemyślany plenerowy festiwal.

fot. Hubert Rydz

Świetny balans gatunkowy, brak konieczności wyboru między ulubionymi wykonawcami i organizacja, która wreszcie nie utrudniała życia uczestnikom. Krakowskie wydanie cyklu Erste Letnie Brzmienia 2026 pokazało, jak powinien wyglądać przemyślany plenerowy festiwal.

Organizacja imprezy na utwardzonej płycie lotniska okazała się strzałem w dziesiątkę. Gdy nad Krakowem zbierały się deszczowe chmury, nikt nie musiał martwić się o walkę z błotem, a pogoda ostatecznie okazała się ciepła, ale daleka od uciążliwego skwaru. Dobrze sprawdziła się również logistyka – bliskość scen oraz rozsądnie ułożony harmonogram pozwalały zobaczyć praktycznie każdego artystę bez konieczności bolesnych wyborów. Całość uzupełniały sprawnie funkcjonujące strefy gastronomiczne i partnerskie oraz bezpłatny dostęp do wody pitnej, który powoli staje się festiwalowym standardem.

Choć tuż po otwarciu teren wydarzenia nie sprawiał wrażenia zatłoczonego, było to nieco mylące. Wielu uczestników spędzało czas w strefach partnerskich i gastronomicznych, gdzie można było odpocząć, coś zjeść i jednocześnie słuchać muzyki. Przed Sceną Główną niemal każdy koncert gromadził już bardzo liczną publiczność. Pewnym mankamentem okazały się natomiast momenty, gdy występ na jednej scenie kończył się dokładnie w chwili rozpoczęcia kolejnego na drugiej. W praktyce oznaczało to konieczność szybkiego przemieszczania się między koncertami, często kosztem krótkiej przerwy na jedzenie czy napoje.

Dzień 1: Energia Kacperczyków, wizualne show Wieniawy i poruszająca Brodka

Piątkowy wieczór na scenie głównej otworzyli bracia Kacperczyk, rozgrzewając publiczność swoimi największymi przebojami, w tym „Wszyscy jesteśmy Kacperczyk” i „Jakby zjadł mentosy i popił je colą”. Po nich scenę przejęła Julia Wieniawa, która rozpoczęła swój koncert z taką energią, że dosłownie po chwili na scenie zabrakło prądu. Krótka awaria nie wybiła jednak ani jej, ani publiczności z rytmu. Po wznowieniu występu artystka zaprezentowała dopracowane widowisko z efektowną oprawą wizualną i hitami „Omamy”, „Nie muszę” oraz „Dziś sobie dam”, a do wykonania „Sebiksów” zaprosiła jednego z braci Kacperczyk.

Równolegle działała scena „Wierz w Siebie” (Next), przeznaczona dla mniej znanych i rozwijających się artystów. Dzień otworzył tam zespół Babyhats, a później wystąpili m.in. Bonaventura oraz zespół Ewa Koc. Co ciekawe, momentami również ta część festiwalu przyciągała bardzo liczne grono słuchaczy. Przed wieczornym finałem publiczność rozruszał Bass Astral, serwując intensywny elektroniczny set.

Monika Brodka zaskoczyła podwójnie – nietypową koncepcją sceniczną oraz wykonaniem „Grandy”, czyli reinterpretacji swojego albumu sprzed lat. Centralnym elementem scenografii był niewielki domek, wewnątrz którego artystka przez część koncertu wykonywała utwory, będąc filmowaną kamerą. W efekcie widzowie częściej oglądali ją na telebimach niż bezpośrednio na scenie. Pomysł był odważny, choć dla części odbiorców mógł pozostawić poczucie pewnego niedosytu. Mimo widocznej ciąży Brodka dała z siebie bardzo dużo i nie brakowało jej scenicznej energii.

Pierwszy dzień zamknął Vito Bambino, dobrze znany z „Męskiego Grania”. Jego charyzma, swobodny kontakt z publicznością oraz wykonania utworów „Decyzje” i „Zabiorę Cię tam” po raz kolejny potwierdziły, że należy do grona najlepszych koncertowych artystów w Polsce.

Dzień 2: Klasyka Turnaua, premierowe Babie Lato i wielki finał Kasi Sochackiej

Drugi dzień rozpoczął Grzegorz Turnau z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej pod dyrekcją Moniki Kochanowicz. Było to eleganckie i dopracowane otwarcie popołudnia, choć stylistycznie wyraźnie różniło się od pozostałych koncertów, przez co mogło sprawiać wrażenie nieco oderwanego od charakteru całego festiwalu.

Zaraz po nim zadebiutował nowy skład projektu Babie Lato: Natalia Grosiak, Bela i Kathia. Mimo drobnych problemów technicznych na początku koncertu artystki szybko odzyskały rytm, a premierowe utwory „Nie piję”, „Co chcę to mam” i „Przejdzie” pokazały, że projekt ma duży potencjał i był jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń całego weekendu.

Na Scenie „Wierz w Siebie” swoje pięć minut wykorzystali Bartek Turski i Dominika Płonka, spotykając się z bardzo ciepłym przyjęciem. Więcej dyskusji mogła wywoływać decyzja o umieszczeniu na tej scenie Ewy Farny. Biorąc pod uwagę jej pozycję na rynku i ogromną popularność w Polsce oraz Czechach, wybór wydawał się co najmniej zaskakujący. Już na długo przed koncertem było widać, że właśnie na jej występ czeka jedna z najliczniejszych grup uczestników całego festiwalu.

Artystka odwdzięczyła się potężnym wokalem w „Bez łez”, świetnym wykonaniem „Don’t Start Now” Dua Lipy oraz czeskim akcentem w utworze „Neříkej co se má stát”. Wieczór na tej scenie zakończył elektroniczny koncert zespołu XxanaxX.

Finałowe godziny na scenie głównej należały do wyrazistych kobiet. Natalia Szroeder zagrała bardzo dojrzały koncert – od energicznego „Pusto”, przez porywające „Poganianki”, aż po refleksyjne „Powinnam?”.

Najbardziej poruszający moment całego festiwalu przyniósł jednak występ Kaśki Sochackiej. Do ostatniej chwili nie było pewne, czy artystka pojawi się na scenie z powodu nagłej choroby. Ostatecznie zdecydowała się wystąpić, mimo wyraźnych problemów z głosem. W wielu momentach zgromadzeni pod sceną przejmowali znaczną część wokali, pozwalając jej oszczędzać nadwyrężone struny głosowe.

Trudno było nie odnieść wrażenia, że właśnie wtedy najlepiej było widać wyjątkową więź między artystką a słuchaczami. Sochacka, mimo osłabienia, do samego końca nie traciła uśmiechu, a finał jej koncertu był jednym z najbardziej emocjonalnych momentów całego weekendu.

Pewnym minusem z perspektywy kontaktu z publicznością okazała się również konstrukcja obu scen. Brak wybiegów ograniczał artystom możliwość podejścia bliżej fanów, co przy bardziej żywiołowych koncertach było wyraźnie odczuwalne.

Podsumowanie

Krakowska edycja Erste Letnie Brzmienia 2026 pokazała, że duży festiwal można zorganizować z myślą o komforcie uczestników. Dobrze zaplanowana przestrzeń, różnorodny line-up i kilka ciekawych artystycznych niespodzianek złożyły się na weekend, który pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Nie obyło się wprawdzie bez drobnych mankamentów, jednak nie wpłynęły one znacząco na odbiór całego wydarzenia.

Jeśli szukacie festiwalu, który stawia zarówno na muzykę, jak i wygodę uczestników, Erste Letnie Brzmienia pozostają jedną z najciekawszych propozycji tego lata.

Hubert Rydz


  • Dżem – „Sobie potrzebni” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej