,

Szymon Soliwoda – „Roots” [RECENZJA]

Szymon Soliwoda prezentuje swój debiutancki album „Roots”. To wydawnictwo, na którym młody gitarzysta zabiera słuchaczy w podróż przez najpiękniejsze utwory napisane na gitarę klasyczną. Więcej w naszej recenzji tego wydarzenia.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

Szymon Soliwoda prezentuje swój debiutancki album „Roots”. To wydawnictwo, na którym młody gitarzysta zabiera słuchaczy w podróż przez najpiękniejsze utwory napisane na gitarę klasyczną. Więcej w naszej recenzji tego wydarzenia.

Recenzja płyty „Roots” – Szymon Soliwoda (2026)

Sięganie po światową klasykę muzyki gitarowej wymaga od artysty nie tylko precyzji wykonawczej i dogłębnego zrozumienia materii, ale również umiejętności nadania znanym kompozycjom własnego charakteru, tak aby ukazać je w perspektywie wykraczającej poza wierne odtworzenie zapisu nutowego. Właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa sztuka interpretacji – znalezienie równowagi pomiędzy szacunkiem dla oryginału a własną wrażliwością. Udało się to Szymonowi Soliwodzie, który na płycie „Roots” zebrał kilka znakomitych kompozycji, należących do istotnego kanonu repertuaru przeznaczonego na gitarę klasyczną. Nie jest to jednak wyłącznie podróż w głąb tradycji instrumentu.

Przekraczanie granic, również tych kulturowych i stylistycznych, staje się ważnym elementem tego wydawnictwa, szczególnie w zetknięciu z twórczością kompozytorów, którzy poszerzali idiom gitary o inspiracje pochodzące z innych muzycznych światów. Sztuka Soliwody polega przy tym na umiejętnym skupieniu się na detalach: barwie, artykulacji, dynamice czy sposobie prowadzenia frazy, które wspólnie budują charakterystyczny koloryt jego wykonań. Dzięki temu ten album można odbierać nie tylko jako ukłon w stronę gitarowej tradycji, lecz także jako próbę odnalezienia w niej własnego miejsca.

Wśród wybranych propozycji znalazł się jeden z ważniejszych punktów tego programu, a mianowicie „Koyunbaba op. 19” Carlo Domeniconiego, który właśnie przełamywał granice kulturowe. Ta czteroczęściowa suita na gitarę solo stała się wręcz jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów współczesnego repertuaru gitarowego. Domeniconi przez lata interesował się kulturą i tradycją muzyczną Turcji, a w latach 1977–1980 prowadził tam kurs gitary klasycznej na konserwatorium Uniwersytetu w Stambule, więc jego zrozumienie tematu nie było dziełem przypadku. Zaskakujące jest natomiast znakomite podejście Soliwody, potrafiącego uwidocznić to, co stanowi o wyjątkowości tej kompozycji – inspiracje muzyką turecką.

Świadomość materii i bardzo dobre prowadzenie narracji to istotne elementy kolejnej z propozycji, a mianowicie „Tarantelle” Johanna Kaspara Mertza. Utwór należy do „Barden-Klänge” op. 13 („Dźwięki bardów”), jednego z najważniejszych zbiorów kompozycji Mertza na gitarę. Pierwsze wydanie pochodzi z 1847 roku. Tutaj należy wyróżnić kilka elementów, które w wykonaniu Szymona są szczególnie słyszalne. Najważniejsza pozostaje nieustanna kontrola techniczna, odnosząca się także do ruchu rytmicznego. Twórca potrafił więc nie tylko oddać aurę całości od strony technicznej, ale również utrzymać napięcie, które nieustannie towarzyszy temu utworowi. Precyzja godna mistrza.

I aż szkoda, że te dwie kompozycje zostały zamieszczone na końcu albumu, bo to właśnie one stają się jego punktem kulminacyjnym. Wcześniej pojawiają się natomiast trzy utwory Joaquína Rodrigo. Jego muzyka nie polega na prostym cytowaniu hiszpańskiego folkloru – tradycja zostaje przefiltrowana przez neoklasyczną dyscyplinę formy, kolorystykę i indywidualny język kompozytorski. Wszystkie te elementy Soliwodzie udało się szczególnie dobrze przedstawić w finałowym ogniwie cyklu „Tres piezas españolas”, czyli „Zapateado” – energetycznym utworze, pełnym stylowości, rytmicznej staranności i lekkości artykulacji.

Natomiast album otwiera „Julia Florida” Agustína Barriosa Mangoré, czyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów paragwajskiego kompozytora i gitarzysty, a przy okazji bardzo dobry przykład jego lirycznej strony. Ten klimat został przeniesiony do wykonania Szymona, mającego szeroką wizję okiełznania znanych motywów w nowej, ale niezmienionej na potrzeby jego płyty formie. W tym przypadku bezpośrednie przełożenie charakteru kompozycji na własny język wykonawczy przynosi jakość, która nie wzbudza wątpliwości, że mamy do czynienia z czymś znakomitym.

„Roots” okazuje się więc wydawnictwem, które swoją wartość buduje nie tylko poprzez elegancję i precyzję wykonawczą, ale również poprzez świadome pokazanie możliwości gitary klasycznej. Szymon Soliwoda nie traktuje wybranego repertuaru wyłącznie jako obowiązkowego zestawu kompozycji, lecz pozwala mu wybrzmieć w sposób przemyślany, zachowując szacunek dla oryginałów i jednocześnie nadając całości własny rys. Dzięki temu album może pełnić również funkcję swoistego przewodnika po klasyce gitarowej. Być może dla części słuchaczy stanie się pierwszym impulsem, by sięgnąć po oryginalne nagrania mistrzów i odkryć kontekst, z którego wyrastają poszczególne dzieła. I właśnie w tym widzę dodatkową wartość „Roots” – płyta nie zamyka się w świecie samego wykonawcy, lecz może otworzyć słuchacza na znacznie szerszą historię instrumentu.

rec. Łukasz Dębowski


  • Lunatic Soul – „Transition II” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej