,

„Chciałam, żeby ta płyta niosła ze sobą dużo nadziei” – Julia Łozowska [WYWIAD]

„HERitage” to debiutancki album Julii Łozowskiej, jednej z najbardziej wyróżniających się pianistek swojego pokolenia. Na płycie artystka prowadzi słuchacza przez różne odcienie emocji, łącząc znakomite wykonawstwo z głębokim rozumieniem muzyki. O debiucie, jego powstaniu i własnej drodze artystycznej rozmawiamy z pianistką.

fot. Karolina Pukowiec

„HERitage” to debiutancki album Julii Łozowskiej, jednej z najbardziej wyróżniających się pianistek swojego pokolenia. Na płycie artystka prowadzi słuchacza przez różne odcienie emocji, łącząc znakomite wykonawstwo z głębokim rozumieniem muzyki. O debiucie, jego powstaniu i własnej drodze artystycznej rozmawiamy z pianistką.

Skąd narodził się pomysł na album „HERitage”? Jakie były jego początki, które później ukształtowały się w tak nieszablonowy projekt muzyczny?

Od początku chciałam, żeby mój pierwszy album opowiadał historię i miał głęboki wymiar osobisty. Poza tym lubię robić zamieszanie i chciałam, żeby moja płyta była wnosiła nową jakość do branży, a nie była tylko kolejnym krążkiem na półce. Wynikało to z potrzeby stworzenia czegoś naprawdę ciekawego i przynoszącego odbiorcom dużo dobrych emocji. Pamiętam, jak siedziałam na brązowej kanapie w sali pianistów w Katowicach i zastanawiałam się jak mogłabym przedstawić światu to, co mam do powiedzenia. Lubię gry słowne i inteligentne żarty, więc wymyśliłam wtedy tytuł HERitage i program płyty.

Po otrzymaniu wsparcia VeloBanku na realizację tego projektu, umawiałam sesję zdjęciową i musiałam wybrać stylizacje, które będą spójne z koncepcją płyty. Nie chodziło więc tylko o to, by dobrze wyglądały, ale by stały za nimi konkretne znaczenia. Już wtedy zaczął do mnie przemawiać element kołnierzyka, dlatego do sesji do albumu wypożyczyłam kołnierzyk marki Chylak, właśnie z kolekcji Heritage. Cieszyłam się, że elementy udało się połączyć nie tylko ze względu na to, że jest to polski design, ale również dlatego, że wybrany przeze mnie kołnierzyk nawiązuje do elementów ludowych w bardzo elegancki i delikatny sposób. Spójność nazwy kolekcji z tytułem płyty podwójnie mnie ucieszyła. Nazwa HERitage ma jeszcze kilka warstw, ale wtedy moja odpowiedź trwałaby chyba pół godziny.

Tytuł płyty można odczytywać jako połączenie słów „heritage” i „her”. Jakie znaczenie ma dla Ciebie ten drugi człon i na ile jest to album o Julii Łozowskiej, a nie tylko o muzyce Beethovena, Schumanna i Chopina?

Ten album jest pewnym podsumowaniem mojego czasu poszukiwania siebie i łączenia życia między trzema miastami, w których w ciągu ostatnich kilku lat mieszkałam. W praktyce oznaczało to dla mnie, że miałam przyjaciół wszędzie, ale gdy działo się coś ważnego akurat mnie nie było na miejscu. Bycie pianistką generalnie charakteryzuje się byciem „poza”. Nie gram w orkiestrze, nie mam prób z pianistami jak inni instrumentaliści. Jestem zmuszona w pewnym sensie do większej samotności. Moja gra zawarta na płycie w pewien sposób odzwierciedla to, jaka jestem, a warstwa graficzna miała być jej dopełnieniem.

Znaczenie „her” jest ukryte właśnie w ilustracjach, które dotyczą konkretnych miejsc i „kadrów” z mojego życia. Są one trochę jak obrazy, które przechowuję w pamięci – a wraz z nimi zapisane w nich emocje, zapachy, obecność konkretnych osób i chwile, które z jednej strony są ulotne, ale z drugiej zostają ze mną na zawsze. Chciałam w ten sposób sprawić, by odbiorcy poczuli się zaproszeni nie tylko do lepszego poznania mojego świata (niektóre znaczenia stojące za ilustracjami będę tłumaczyć i odkrywać w swoich social mediach, zachęcam do śledzenia moich profili), ale też aby z pomocą nagranych przeze mnie utworów mogli odnaleźć w tej historii swoje własne „kadry” i emocje, które są dla nich ważne.

fot. okładka płyty

Na płycie ukrytych jest wiele osobistych artefaktów i odniesień do ważnych momentów własnego życia. Jakiego rodzaju ślady może odnaleźć w tej muzyce uważny słuchacz?

Chciałam, żeby ta płyta niosła ze sobą dużo nadziei. Sonata Beethovena jest bardzo natchnionym utworem, w którym zawarty jest m.in. cytat z Pasji św. Jana J. S. Bacha, co w praktyce oznacza, że możemy usłyszeć tę samą melodię, którą Bach skomponował na słowach „es ist vollbracht” – z niemieckiego “wykonało się” (po ukrzyżowaniu Jezusa). Sonata mimo tych niezwykle trudnych emocjonalnie fraz kończy się zwycięsko, pełną nadziei i spełnienia kodą. Przypomina mi to, że nadzieja jest bardzo istotna nie tylko w życiu, ale też w procesie twórczym, po to, aby podnosić się w trudnych momentach. Z kolei Kreisleriana ze swoją zmiennością i zrywnością jest dla mnie bardzo intymną rozmową – przestrzenią, w której szczerze mogę wyrazić siebie.

Dlaczego właśnie Beethoven, Schumann i Chopin okazali się najważniejszymi przewodnikami po tej opowieści?

    Obecność na płycie kompozycji Chopina była dla mnie oczywistym wyborem nie tylko w związku z moim udziałem w Konkursie Chopinowskim, ale także poprzez sposób w jaki jego twórczość wpłynęła na mnie przez te wszystkie lata. Chopin pozostaje najwybitniejszym polskim kompozytorem, a tytuł albumu mówi o dziedzictwie, a więc nie tylko o tym z jakimi utworami wzrastałam, ale też o moim pochodzeniu.

    Wywodzę się również z Mazowsza, więc Chopin jest mi szczególnie bliski. W płycie pojawia się także mocno ukryty, ale istotny dla mnie wątek inspiracji kobietami, które są lwami scenicznymi. Doskonałym przykładem jest Martha Argerich, której album z Schumannem jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, obok takich pianistek jak: Annie Fischer, Beatrice Rana czy Yeol Eum Son. Do tego wątku nawiązuje ilustracja z butami na obcasie, które zakładam tylko wtedy, gdy wychodzę na scenę. Z kolei Schumann i Beethoven wiążą się też bezpośrednio z moimi ostatnimi ośrodkami edukacji i wspierającymi mój rozwój profesorami.

    „Kreisleriana” Schumanna jest jednym z najbardziej emocjonalnych i niejednoznacznych cykli fortepianowych. Co najbardziej fascynuje Cię w tej muzyce?

    Oprócz samych melodii, co jest najbardziej oczywistym wnioskiem, zachwyca mnie w tym utworze jego forma – sposób w jaki Schumann buduje tych osiem mocno skomplikowanych części. Zachwyca mnie jego umiejętność łączenia gwałtownej retoryki z budowaniem narracji na bardzo długich odcinkach. Oprócz tego, ukazanie choleryczności w postaci emocjonalnych zrywów i sposób w jaki łączy je z niezwykle intymnymi, czułymi, często wręcz nieziemskimi momentami. Jako ciekawostkę dopowiem, że utwór został zadedykowany Chopinowi, co wzmacnia jeszcze bardziej spójność całości albumu.

    Chopin jest obecny w życiu niemal każdego polskiego pianisty. Czy po latach intensywnego obcowania z jego twórczością nadal potrafi Cię czymś zaskoczyć?

    Każdy wybitny kompozytor potrafi zaskakiwać w nieskończoność. Częste obcowanie z niektórymi utworami może się „przejeść” i trudno wtedy o świeżość. Natomiast, gdy wracam do utworów Chopina po dłuższej przerwie lub uczę się nowych, jego język kompozytorski nadal potrafi mnie urzec i oczarować. Dotyczy to szczególnie jego późnych kompozycji.

    fot. Wojciech Grzędziński

    W jaki sposób odnajdujesz równowagę pomiędzy wiernością zapisowi nutowemu a potrzebą nadania muzyce własnego charakteru?

    Zawsze staram się z dużą uważnością odczytywać zamysł kompozytora oraz poznać kontekst powstawania utworu, czy inspiracje za nim stojące. Prawda jest też taka, że każde wykonanie na żywo jest inne i w tym myślę trzeba szukać tej ulotności i indywidualnego rysu wykonawczego. Zawsze zostawiam w wykonywanych utworach dużo własnych emocji. Coraz częściej dostrzegam, że najwięksi muzycy potrafią pozostać sobą, nie rozmijając się przy tym z intencjami kompozytora. Myślę, że jest to bardzo piękne, bo zostawia nam – wykonawcom – przestrzeń na nas samych, jednocześnie zachowując myśl kompozytorów.

    Jak wygląda proces budowania interpretacji? Zaczynasz od analizy partytury, emocji czy może od intuicji?

    Muszę przyznać, że intuicja muzyczna zawsze była dla mnie dużym przewodnikiem. Do tego dołączam oczywiście wiedzę o danej epoce, stylistyce, konkretnej specyfice kompozytora czy gatunku muzycznego. Zastanawiam się też nad tym, co kompozytor miał na myśli i co u niego w życiu się działo lub co było dla niego istotne. Przede wszystkim staram się pozwolić muzyce mówić do mnie, spróbować ją zrozumieć i poczuć, aby móc potem przekazać to publiczności.

    Na scenie, gdy wszystkie konteksty są w głowie, a emocje rozpracowane, mogę pozwolić sobie na oddanie się kreatywności, która dzieje się tu i teraz. Wykonywanie muzyki na żywo daje niepowtarzalność chwili. Uważam za niesamowicie piękne, że dajemy się urzec wykonawcy w tym bardzo ulotnym momencie.

    Udział w Konkursie Chopinowskim otwiera wiele drzwi, ale jednocześnie wiąże się z ogromną presją. Co dało Ci to doświadczenie poza samym aspektem konkursowym?

      Udział w konkursie zapewnił mi większą rozpoznawalność i możliwość zagrania wielu recitali. To cenne doświadczenie dało mi też w perspektywie czasu dużo siły i słuchania własnego, wewnętrznego głosu. Nie bez powodu uważa się, że drużynom sportowym trudniej gra się „u siebie”, presja jest dużo większa. Bycie Warszawianką i Polką na pewno miało wpływ na dodatkowe poczucie wagi wydarzenia.

      Czy po Konkursie Chopinowskim łatwiej było Ci zdefiniować własną artystyczną tożsamość, czy wręcz przeciwnie – pojawiło się jeszcze więcej pytań?

        Wedle krzywej dotyczącej bycia ekspertem w danej dziedzinie, po pewnym “zachłyśnięciu się” wiedzą nadchodzi moment, gdy jest się już naprawdę wykwalifikowanym i obeznanym, ale wydaje nam się, że wiemy mniej niż wcześniej. Więcej pytań to naturalna część procesu i myślę, że bez nich nie ma rozwoju. Cieszę się, że się pojawiają. Świadczą o ciekawości i chęci rozwoju, co w mojej ocenie oznacza same pozytywne aspekty.

        Przyznać muszę, że od konkursu minęło już trochę czasu i też o tym jest poniekąd moja płyta. Znalezienie własnej tożsamości artystycznej często jest krętą ścieżką i chwilę zajmuje. 🙂 Dziś mam jasną wizję tego, jaką pianistką chcę być i co przekazywać publiczności poprzez swoją działalność artystyczną. Nie zmienia to faktu, że poziom rozwoju, który chciałabym osiągnąć, cały czas pnie się w górę, ponieważ wciąż stawiam sobie coraz to wyższe cele.

        Czy dziś czujesz się bardziej częścią polskiej tradycji pianistycznej czy międzynarodowego środowiska młodych muzyków klasycznych?

        Hmm, czy te kwestie muszą się wykluczać? Czuję duży wpływ polskiej tradycji pianistycznej i zawsze będzie to stanowiło część mojej muzycznej tożsamości. Co dla mnie ważne, to fakt, że z moimi międzynarodowymi kolegami i koleżankami z branży potrafimy wspierać się, kibicować sobie nawzajem, czerpać garściami z możliwości przebywania z inspirującymi i genialnymi muzykami. Choćby z tego względu lubię myśleć, że jestem częścią międzynarodowego środowiska muzycznego. 🙂

        Czy masz poczucie, że młode pokolenie pianistów coraz częściej musi być również narratorem, edukatorem i ambasadorem swojej sztuki?

          Myślę, że muzycy od zawsze musieli być ambasadorami muzyki. Dzisiejsze czasy wymagają od nas pewnej „popularności”, która nie zawsze idzie w parze z jakością wykonawczą. Każdy muzyk klasyczny musi wiedzieć, kim chce być i o jakie obszary chce się zatroszczyć. Przyznam szczerze, że bycie pianistką w dzisiejszej pędzącej, często wirtualnej rzeczywistości nie jest proste. Musimy pełnić wiele funkcji jednocześnie, począwszy od rozwijania warsztatu pianistycznego, poprzez bycie swoim własnym managerem, stylistką, coachem, social mediową ekspertką. Na scenie dajemy z siebie wszystko, ogrom osobistych emocji, co później odciska swoje piętno na nas czy tego chcemy, czy też nie. Z doświadczeniem człowiek uczy się lepiej sobie z tym radzić i potrafi tymi emocjami lepiej nawigować.

          Po wydaniu tak osobistego debiutu pojawia się naturalne pytanie: co dalej? Czy kolejny album również będzie oparty na idei opowieści, czy raczej chciałabyś zaskoczyć publiczność zupełnie innym kierunkiem?

            Dziś, cieszę się tym co osiągnęłam i jeszcze „żyję” albumem, który dopiero, co ujrzał światło dzienne. Dotarcie do tego momentu, dopięcie wszystkiego na ostatni guzik i wreszcie wydanie płyty zajęło mi około roku. Mój kolejny album na pewno będzie równie przemyślany i dopieszczony, ale jego koncepcji na razie jeszcze zdradzać nie będę.


            • Lunatic Soul – „Transition II” [RECENZJA]
            • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej