
„No Rewind” to nowy album studyjny projektu Moonrise Kamila Konieczniaka. Płyta ukazała się 14 kwietnia, a poniżej można znaleźć naszą recenzję tego niezwykle wciągającego wydarzenia.
fot. okładka albumu
Recenzja płyty „No Rewind” – Moonrise (2026)
W niekończącej się przestrzeni artystycznej istnieje muzyka, która wyłamuje się nie tylko swoim ponadczasowym charakterem, ale też poszerza granice odbioru, nie przypisując się do żadnego konkretnego miejsca na mapie świata. Do niej należy „No Rewind”, czyli nowy album projektu Moonrise, od lat prowadzonego przez Kamila Konieczniaka. I choć na kolejną pełnowymiarową płytę trzeba było czekać długo, bezsprzecznie można stwierdzić, że było warto. To muzyka jeszcze głębsza, dojrzalsza, z doszlifowanym przekazem, osadzonym w szlachetnie i niezwykle wprawnie dopracowanym brzmieniu, które zaskakuje swoją wielowątkowo poprowadzoną strategią.
Sygnałem, że rodzi się kolejny etap tej historii, był wydany przed rokiem minialbum „Single Game”. Właśnie trzy premierowe utwory z tamtego wydawnictwa stały się punktem wyjścia dla obecnego przedsięwzięcia, wprowadzając w świat precyzyjnie obudowany świetnie poprowadzonymi ścieżkami elektroniki i gitar. To wydaje się więc pełniejszym zbiorem kompozycji rozpisanych z neoprogresywnym rozmachem, starannie doszlifowanych, a przy tym ujmujących swoim emocjonalnym kolorytem. Powrót do numerów ze wspomnianej EP-ki przynosi zresztą pewne zaskoczenie, bo wtedy w „Two Roads” śpiewał Marcin Staszek, natomiast tutaj usłyszeć można wersję z wokalem Ani Batko, pojawiającej się jeszcze w dwóch innych miejscach.
Ten kobiecy pierwiastek wnosi do całości wysublimowaną elegancję, ale w charyzmatycznym wydaniu. Być może nie każdy miał okazję usłyszeć artystkę wcześniej w innych zespołach (Hipgnosis, Albion, tRKproject), w każdym razie teraz pokazuje, że nie jest na tej płycie gościem z przypadku. To przecież przestrzeń, w której odnajduje się wyśmienicie. Trudno zresztą mówić tu o czymś incydentalnym, skoro utwory w jej interpretacji zyskują ciężar emocjonalny. Wokalistka nie trzyma się narzuconych ram – komunikuje własnym językiem, jasno i z odpowiednią siłą, dzięki czemu pozostaje w tym wszystkim całkowicie przekonująca. I choć Marcin Staszek pojawia się w czterech utworach, to tym razem właśnie obecność Ani jest wartością dodaną wszędzie tam, gdzie istnieje jej głos. Balladowy, wybornie rozpisany „When We Played by Heart” staje się zresztą jednym z punktów kulminacyjnych albumu.
Do tego, że lider Moonrise jest wybitnym instrumentalistą, nikogo nie trzeba przekonywać, a klasyczna wymowa „Silent Rooms” pozostaje tego najlepszym przykładem. Obok instrumentów klawiszowych pojawiają się tu również wciągające, budujące odpowiedni klimat solówki gitarowe, bez których ta muzyka nie byłaby tak treściwa (słychać to choćby w ognistej drugiej części „Friends of Blood”). Z kolei spragnionych potężniejszej energii bez trudu zachwyci ponad dziewięciominutowy „Shadows In The Dark”, imponujący rockowymi strzałami.
Poruszająca, a zarazem zachwycająca to przygoda – obcować z muzyką tak pełną i dopracowaną, w której zamiast zbędnych dopełniaczy otrzymujemy wielowymiarowo rozpisaną „symfonię” dźwięków. Ostatecznie składa się ona na projekt przenikliwy, przemyślany i działający niemal magnetycznie na świadomość słuchacza, który nie szuka w muzyce oczywistości. Tutaj historia pisze się sama, na nowo, przy ogromnej wyobraźni twórczej mózgu całej operacji – Kamila Konieczniaka. I nawet jeśli coś momentami delikatnie „trąci myszką”, nie tworzy to żadnego dysonansu pomiędzy fundamentem brzmienia a współczesną perspektywą. „No Rewind” nie nuży się nawet po wielokrotnym przesłuchaniu, co samo w sobie należy uznać za dodatkowy atut twórczości Moonrise. Warto więc wejść w ten obszar, który pozwala nam złapać oddech, ale też skłania do refleksji (teksty autorstwa Łukasza Gałęziowskiego).
Łukasz Dębowski
Neoprogresywny rock o klimatycznym charakterze. Moonrise z albumem „No Rewind”



