Ralph Kaminski – „GÓRA” [RECENZJA]

Nasz ocena

Ralph Kaminski zaprezentował nowy album zatytułowany „GÓRA”. Czym ta płyta wyróżnia się na tle jego wcześniejszych dokonań i czy naprawdę zasługuje na nasze zainteresowanie? Można mieć wątpliwości, ale o tym w dzisiejszej recenzji.

Recenzja płyty „GÓRA” – Ralph Kaminski (Universal Music Polska, 2026)

Po projektach wyraźnie określonych różnorodną konwencją Ralph Kamiński powraca z albumem „GÓRA”, który ma domknąć jego artystyczną dekadę. Nie jest to jednak zwrot całkowicie niespodziewany. Jeśli ktoś pamięta płytę „Morze” bez trudu odnajdzie tu punkty styczne. Twórca ponownie sięga po bezpośredni, intymny wydźwięk własnych utworów, tyle że tym razem doprowadza go do granic przerysowania – to, co na debiucie trudno zaakceptować, tutaj zostaje dodatkowo spotęgowane.

Na pierwszy rzut oka można mieć poczucie obcowania z artystą w pełni świadomym, mającym jasno określoną wizję. Problem w tym, że w tej najbardziej osobistej odsłonie Kaminski zdaje się gubić proporcje. Owszem, jest refleksyjnie, momentami obnażająco szczerze, ale towarzyszy temu wyraźne siłowanie się z materią. Nadmiar tkliwości, wylewającej się niemal z każdej frazy, szybko zaczyna dojmować, a gęsta nostalgia w wielu momentach staje się męcząca, wręcz nie do zniesienia („Miłość do Ciebie”).

Takie przesadne podkreślenie smutku jest nieznośne – zwłaszcza w charakterystycznym głosie, który dodatkowo obciąża kompozycje, tym bardziej że same w sobie nie oferują nic szczególnie wartego uwagi. Proste, akustyczne partie fortepianu nie wnoszą większej głębi, a krótkie, powtarzalne frazy nie budują napięcia ani nie prowadzą narracji w interesującym kierunku. Na tym tle korzystniej wypadają sporadyczne chóralne zaśpiewy, które chwilowo ożywiają projekt („List z wielkiego nieba”). To jednak za mało, by przełamać dominujące wrażenie jednostajności i stylistycznej sztampy. Bywa więc nudno, mało ciekawie, a do tego tak patetycznie, że aż boli.

Można odnieść wrażenie, że Ralph zwyczajnie nie udźwignął tego projektu – ani emocjonalnie, ani koncepcyjnie, choć uczciwie trzeba przyznać, że w warstwie tekstowej nie brakuje autentyzmu. I szkoda, że nawet delikatne wtręty folklorystyczne pozostają jedynie sygnałem estetycznym, a nie realnym rozwinięciem tej inspiracji („GÓRA”). Nieco więcej energii przynosi „Nie bój się na zapas!”, ale to jedynie chwilowe przełamanie smętnego nastroju – zbyt słabe, by zmienić odbiór całości.

Trudno odmówić Kaminskiemu szczerości i dobrych intencji – te są tu wyraźne. Problem polega na tym, że nie przekładają się one na równie przekonującą formę muzyczną. Teatralna maniera, zamiast wzmacniać przekaz, zaczyna go przytłaczać, a kompozycje – pozbawione wyraźnej dynamiki i polotu – nie są w stanie unieść emocjonalnego ciężaru, który artysta na nie nakłada.

Chyba jednak lepiej pobawić się na „Balu u Rafała” niż tonąć w apatycznych piosenkach, które bez sensownego przekazu w tekstach całkiem zniknęłyby w małostkowości. W efekcie „GÓRA” okazuje się projektem bardziej deklaratywnym niż rzeczywiście angażującym.

Łukasz Dębowski

[fot. okładka albumu]

 

Ralph Kaminski – „Bal u Rafała” [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź