„Największą presję nakładam na siebie sama” – Karolina Charko [WYWIAD]

Pod koniec 2025 roku ujrzała światło dzienne debiutancka płyta „Obrazki z letargu” niezwykle wrażliwej i czarującej niebanalnym podejściem do piosenki – Karoliny Charko. O proces tworzenia albumu, a także o długą drogę prowadzącą do obecnego miejsca, w której towarzyszył jej Piotr Lato, zapytaliśmy artystkę w naszej krótkiej rozmowie.

fot. Ada Owczarczyk

„Letarg” z tytułu płyty – czy mogłabyś opisać, co dla Ciebie tak naprawdę znaczy ten stan i czy można powiedzieć, że stanowi on motyw przewodni albumu?

„Letarg” z tytułu płyty może być postrzegany w ten sposób, przy czym jest on stanem, w którym teraz tylko bywam a kiedyś byłam zbyt często. I ta płyta właśnie – już szczęśliwie wydana – jest zarówno o tym stanie jak i o procesie wychodzenia z niego. Tak więc chyba może być takim leitmotivem. A sam stan letargu mogę opisać jako obezwładniającą niemoc, oddanie sterów swoim straszkom (których mi akurat nie brakuje) i obawom, wątpliwościom… trochę paraliż, trochę stupor, trochę zamrożenie. Mimo największych chęci, by tak nie było.

Co było dla Ciebie najważniejsze, żeby zaprezentować na swoim debiutanckim albumie „Obrazki z letargu”?

Najważniejsze było dla mnie, żeby go W OGÓLE zaprezentować i przekroczyć tę barierę zbędnych rozkmin, strachu, torpedowania siebie i swoich planów. O tak. To było najważniejsze. Tak trochę wciąż nie wierzę, że się udało. Wiem, że trudno w to uwierzyć ale tak właśnie jest.

Czy mogłabyś wskazać, za co najbardziej lubisz ten album? Co według Ciebie jest jego największą wartością?

Odpowiedź na to pytanie mogła by zacząć się dokładnie tak, jak na poprzednie 😊 Ale poza tamtą myślą powiedziałabym, że fakt, iż czuję się troszkę tak, jak bym zrobiła 10 płyt a nie jedną. Bo koncept „one song – one producer”, na który się zdecydowałam, wymusił na mnie wielokrotne przełamanie się, zrzucanie gardy, ale też otwarcie i zaufanie do innego człowieka.

Gdybyśmy znali się lepiej, wiedziałbyś, jak trudne to dla mnie było – jak na początku tej drogi jechałam do Marcina Borsa i Piotra Pluty (dwa pierwsze single „Most” i „Tańcz, tańcz”) z duszą na ramieniu i gigantycznym pietrem, a pod koniec tej ścieżki nie mogłam się już doczekać kolejnych współprac. 😊 To, że tak się stało, jest dla mnie olbrzymim osobistym zwycięstwem. No i fakt, że mimo różnych producentów zachowaliśmy jednak z moim Piotrkiem (z którym byliśmy takimi producentami nadzorującymi) tę moją nutę w tym wszystkim. Tę emocję blue. Stąd w ogóle termin Blue-Pop, który wymyślił Piotrek.

 

fot. okładka płyty


Czy od początku wiedziałaś, że chcesz nagrać album na zasadzie „one song – one producer”? I czy nie miałaś obaw, że może zakłócić to spójność całego projektu?

Na samym początku owszem, zastanawiałam się, jak to wyjdzie, ale po pierwsze – osoby, do których się zwracaliśmy, nie były przypadkowe. Znaliśmy ich pracę, ich vibe i to musiało pasować. Po drugie, to w sumie gdzieś tam moje piosenki, moje teksty i było tak, jak mówił Piotrek: „songwriterem jesteś ty i to zawsze sklei ten album”. Po trzecie – Marcin Bors miksujący całą płytę. Ten ostatni krok pozwolił jeszcze lepiej utrzymać ten materiał w ryzach i nadać mu odrobinę Borsowego charakteru. 😊

Twój album balansuje między różnymi gatunkami muzycznymi. Czy było to świadome poszukiwanie brzmieniowej tożsamości, czy efekt spontanicznych eksperymentów z producentami?

Ciekawe, bo chociaż faktycznie zdarza się, że odbija to raz w stronę popu, raz hip-hopu czy ballady filmowej, to ja gdzieś tam czuję bliskość tych obszarów. Był to efekt raczej współpracy z producentami – od początku założyliśmy, że dajemy każdemu przestrzeń na odciśnięcie swojego stempelka na tej płycie. Oczywiście w ramach zdrowego, blue-popowego rozsądku.

Najprawdopodobniej na wycieczkę w krainę metalu, muzyki biesiadnej czy ostrego electro bym się nie zdecydowała. Nie dlatego, że nie lubię. Po prostu nie tego chciałam. Nie to mi w duszy gra.

W tekstach często pojawia się intymność, nostalgia, refleksja. Jak duża część albumu to opowieści autobiograficzne – a ile uniwersalne emocje, które wyrażasz w słowach poszczególnych piosenek?

Duża część. Raczej sporadycznie wymyślałam kompletnie inne historie czy postaci (jak np. w „Upaja”). Kolor blue i emocje jako pierwsze ustawiły się w kolejce na ten rollercoaster, jakim jest zabawa w muzykę. 😊 Największa moja emocjonalna populacja.

Debiut po latach dojrzewania jest zawsze obarczony oczekiwaniami. Czy w którymś momencie procesu czułaś presję z tym związaną i w jaki sposób próbowałaś jej sprostać?

Każdy debiut jest obarczony oczekiwaniami. Na pewno także osobistymi. Największą presję nakładam na siebie sama. I chociaż przez wszystkie lata od The Voice of Poland – po którym zaczęłam marzyć o płycie – właściwie jej nie czułam, bo muzycznie niewiele działo się wtedy w moim życiu, to podczas pracy nad albumem na pewno pomogły mi dwie rzeczy: terapia i Piotrek. Obydwie okazały się niezbędne dla powodzenia całego projektu.

Gdybyś miała wskazać jeden moment na płycie, który najlepiej definiuje Ciebie jako artystkę, który byłby to utwór i dlaczego?

Nie wiem, czy w ogóle można tak powiedzieć, bo to przecież wszystko są moje rzeczy i wszystko, co kiedykolwiek zrobię, dołoży cegiełkę do „mnie jako artystki”. Na pewno jednak są to te utwory, które wyrzucają na zewnątrz wszystkie moje straszki, najmocniej łączą się z emocjami, którym dałam ujście na albumie – emocjami, czy też tą jedną główną, okołoletargową. „Hamak”, „Zima”, „Letarg” – przypadkowo pierwsze dwa robiłam głównie sama, jako producentka. 😊 Te przychodzą mi na myśl w pierwszej kolejności.

 

Czy długi czas powstawania tego albumu powodował u Ciebie uczucie zwątpienia, niepewności w to, co robisz? Miałaś momenty kryzysowe podczas pracy nad tymi piosenkami?

Nie raz, nie dwa i nie siedem. Balansowanie na takiej linii, strefa dyskomfortu w pierwszej fazie prac nad płytą, było w sumie codziennością, którą permanentnie odchorowywałam. Miałam kryzysy, długie przerwy w kreatywności, blokady, ale jednak im dalej w las, tym czułam się lepiej. Muzycznie, producencko, tekstowo – każdy kwartał dodawał mi odwagi, każdy kolejny tekst budował mnie, każdy song stanowił tarczę osłaniającą przed całą resztą muzycznego świata, biznesu, social-mediowego jestestwa – czy jak to nazwiemy. Nie jest to mój żywioł, nazwijmy rzeczy po imieniu. 😊 Sama muzyka w sumie stanowi dla mnie najprzyjemniejszy element. Teraz już w 100%.
Ale to, co dookoła muzy? O la la…

Jak oceniłabyś rolę i wkład Piotra Lato w ten album? Jak bardzo jego sugestie oraz wsparcie było Ci potrzebne? Czy jego spojrzenie wpłynęło na charakter Twoich utworów?

Tak jak już wspomniałam, Piotrek był i jest dla mnie ogromnym wsparciem – zarówno muzycznym, jak i mentalnym. Jego wiara w cały ten projekt, w moją muzykę, bywa niekiedy dużo większa niż moja własna. Więc w momentach zwątpienia jego motywacja i wiara w to, co robimy, pomagają mi wrócić na tory. Staramy się też oboje dokształcać, bywać na konferencjach, jeździć na showcase’y, szukać wszelkiej dostępnej (i niedostępnej) edukacji w naszej dziedzinie i robić to wszystko z głową.

A muzycznie jest zaangażowany w każdy dźwięk, który na tej płycie powstał. Nie mam na myśli instrumentalnej realizacji, ale wsparcie, podpowiedzi i rozwiązania – wszystko to płynie z serca i z doświadczenia, którego przecież ma sporo. Sam nagrał, wyprodukował, promował i tłoczył swój własny album, zna mnóstwo muzyków i potrafi poruszać się po tym rynku. A fakt, że obojgu nam w duszy gra emocja blue, sprawia, że muzycznie totalnie się rozumiemy. Ufamy sobie.

Skoro album jest już dostępny, to co teraz jest dla Ciebie ważne? Na czym będziesz starała się skupić w 2026 roku?

Plan na 2025 rok był taki – budzić świadomość. Realizować szykowaną niemal trzy lata płytę z głową, koncepcją i strategią, bez strachu, bez pieniędzy, bez wsparcia wytwórni i utartych ścieżek. Uważam, że naprawdę sporo udało nam się osiągnąć amatorskimi metodami. Nie stać nas na teledyski, trasy koncertowe, merch i wiele innych rzeczy, ale to, co mieliśmy naturalnie – jako część swojego talentu – wykorzystaliśmy i widzieliśmy efekty naszej pracy. Zarówno wśród dziennikarzy muzycznych, słuchaczy, jak i nawet samego Spotify, które jednak zauważyło nasz wysiłek – bo jeśli dwukrotnie trafiam na okładkę playlist, których zresztą lubię słuchać, to jest to takie małe spełnienie marzenia. 😊

2026 – bardzo chciałabym, żeby był rokiem wyjścia z mojej dziupli. Chciałabym uciekać od świata social mediów w świat realny: koncertów małych i dużych, miasteczek małych i dużych, kawiarni, przestrzeni alternatywnych, festiwali muzyki autorskiej, festiwali dużych, showcase’owych – ale przede wszystkim dotarcia zespołu i grania. ŻYCZCIE MI TEGO JAK NAJWIĘCEJ.

*****

Karolina Charko – „Obrazki z letargu” [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź