
Maria Peszek od lat nagrywa płyty bezkompromisowe – takie, które nie tylko prowokują do myślenia, ale też potrafią wzbudzać silne emocje, czasem nawet kontrowersje. Jednym z najmocniejszych przykładów takiej postawy pozostaje album „Jezus Maria Peszek” z 2012 roku. To właśnie ta płyta, bezpośrednia w przekazie i odważna w formie, na trwałe zapisała się jako jedno z najważniejszych i najbardziej wyrazistych dokonań w dorobku artystki.
fot. okładka albumu
Recenzja płyty „Jezus Maria Peszek” – Maria Peszek (Mystic Production, 2012)
Nieczęsto zdarza się, że powstają płyty ważne oraz doskonałe w każdym calu. Do nich trzeba zaliczyć trzeci krążek Marii Peszek pt. „Jezus Maria Peszek”. Niezaprzeczalnie jest tu bardzo wyraziście i bezkompromisowo. Czytelność poszczególnych utworów jest tak silna, że nietrudno dostrzec dosadny przekaz.
Jednak owa dosadność staje się uwarunkowana naszymi poglądami na sprawy, które artystka porusza w swoich tekstach. Niektóre wyśpiewane rzeczy stają się zobrazowaniem pewnej postawy i tym samym są reprezentatywne dla określonego grona osób. Dla nich kontrowersja będzie jedynie wymownym, a jednocześnie potrzebnym spojrzeniem na rzeczywistość.
Patrząc z innej perspektywy, dla kogoś o odmiennym spojrzeniu na świat całość poprzez swój mocny wydźwięk może jawić się jako zwykłe bluźnierstwo, tym samym stając się czymś nieprzyswajalnym również w sferze muzycznej. Jedno jest pewne – ta płyta nie pozostawia nikogo obojętnym.
Obiektywnie oceniając muzyka ujawnia się w swej szorstkości zjawiskowo, dlatego doskonale prezentują się „Sorry Polsko”, czy „Szara flaga”. Równie mocno zaznaczają swoją obecność – boląca w przekazie „Nie wiem czy chcę” o niechęci do pozostawienia po sobie potomka, a także „Nie ogarniam”, gdzie w przypowieści o załamaniu nerwowym przedstawiono jednocześnie przebojową, choć nikczemnie oddartą z niedopowiedzeń warstwę muzyczną. Konkretne dźwięki wyrwane z klubowo-ilustracyjnych obrazków nadają głębi, podkreślając niepopularny wydźwięk i treści „Jezus Marii Peszek”. A wszystko to zostało zarysowane grubą kreską, podkreślającą jaskrawość każdej piosenki.
Wspólna praca wokalistki z Michałem „Fox” Królem przyniosła trafiony w dziesiątkę rezultat końcowy. Z tej płyty można być dumnym, utożsamiać się z nią lub też jej się wstydzić; może ona wprowadzać w zakłopotanie albo nawet powodować oburzenie. Tym bardziej, że „Pan nie jest moim pasterzem” w katolickim kraju może wzbudzać wątpliwości.
Utwory, rodząc skrajne emocje, stały się sztuką skłaniającą do dyskusji. I dlatego umieszczenie tej płyty w pop nurcie będzie lekkomyślnym nieporozumieniem. Należy też pamiętać, że proponowane spojrzenie z punktu widzenia Marii Peszek nie narzuca jedynej i niepodważalnej racji, a staje się jedynie poglądem na trudne tematy, zbyt rzadko podejmowane w piosence. Tym samym ta płyta skłania do myślenia, daleko wykraczając poza rozrywkowy charakter.
Łukasz Dębowski





