„Wiem, że są wokół mnie ludzie, którzy we mnie wierzą” – Lena Romul [WYWIAD]

„Hiperfiksacja” to tytuł czwartego albumu Leny Romul. Brzmieniowo utwory zanurzone są w szeroko rozumianym rocku — od alt-rocka i grunge’u po elementy orkiestracji i rapu. O długiej drodze artystki, która doprowadziła ją do obecnego miejsca można przeczytać w naszym wywiadzie.

fot. materiały prasowe

Twoja droga artystyczna to muzyczna różnorodność od jazzu, improwizacji, aż po rock i alternatywę – czy „Hiperfiksacja” to kolejny krok w ewolucji Twojego brzmienia, czy raczej moment syntezy dotychczasowych doświadczeń?

Nie chciałabym dzielić pojęć “ewolucja” i “synteza” – w moim wypadku ewolucja jest wypadkową syntezy doświadczeń. Dojrzewamy dzięki naszym doświadczeniom. Daleka jestem od zamykania się muzycznie, bo moja droga artystyczna wygląda w konkretny sposób, nie tylko dzięki różnorodnym współpracom czy inspiracjom, ale również dzięki mojej edukacji muzycznej. Jako muzykoterapeutka jestem przekonana, że muzyka ma być odpowiedzią na konkretny stan emocjonalny, który nas dotyczy w tym momencie, a nie całe nasze życie. Style muzyczne to sposoby na wyrażanie siebie, a moje ostatnie lata prywatnie były pełne zawirowań, uważam, że „Hiperfiksacja” dobrze oddaje moje własne rewolucje.

Tytuł albumu nawiązuje do stanu intensywnego, całkowitego skupienia emocjonalnego i twórczego. Czy mogłabyś rozwinąć tę myśl, która kryje się za tytułem „Hiperfiksacja”?

W języku polskim słowo “Hiperfiksacja” nie do końca istnieje – jest ono zapożyczeniem z literatury anglojęzycznej (hyperfocus). Jest to stan, w którym jednostka całkowicie skupia się na jednej czynności, obiekcie czy przedmiocie, ignorując potrzeby pierwszego rzędu (np. fizjologiczne). Stan ten jest jedną z charakterystycznych cech dla osób neuroatypowych. W moim przypadku hiperfokus pojawia się raz na jakiś czas i odrywa mnie całkowicie od rzeczywistości. Jestem w stanie oddać się swojej wizji na wiele godzin, dni, miesięcy, aż nie uznam, że “projekt” jest zakończony. Projektem może być wiele rzeczy, linia melodyczna, kompozycja, aranż do piosenki, improwizacja na saksofonie, tworzenie wizji na grafikę, pisanie tekstu dotyczącego muzykoterapii, pisanie książki do nauczania muzyki czy pracy naukowej. Osoby, które są ze mną blisko wiedzą, że w takich momentach nie warto mi przeszkadzać, bo jak skończę swoją fiksację to wrócę do normalności. Jednak jeśli fiksacja zostanie mi przerwana, bardzo ciężko będzie mi do niej wrócić i będę się plątać w złych emocjach.

Tytuł albumu nawiązuje do tego, że zdałam sobie sprawę z tego, że tego typu fiksacje nie dotyczą każdego. W ostatnich latach zdałam sobie sprawę również, że muszę nauczyć się akceptować siebie i swoje “odloty”, bo wtedy jestem spokojniejsza i mniej zestresowana. Akceptacja siebie to ważny etap w samorozwoju. Jestem dumna z tej płyty, bo wykazałam się odwagą, zarówno w muzyce, jak i tekstach.

Na materiałem, który znalazł się na tej płycie pracowałaś trzy lata. Z czego wynikał tak długi okres tworzenia utworów? Czy ten czas pozwolił Ci coś więcej dowiedzieć się o sobie pod kątem tworzenia autorskich utworów?

Głównym powodem dla którego moje albumy pojawiają się tak rzadko jest to, że więcej jestem w stanie zrobić dla najbliższej rodziny, niż dla kariery. Najważniejszą rolą w moim życiu jest bycie Matką. Po drugie, kiedy zaczynałam solową karierę, używano mojego imienia i nazwiska w artykułach dotyczących plotek, a nie muzyki. Finał “Mam Talent” w którym brałam udział oglądało na żywo 5 milionów ludzi. Chwilę po nim ludzie rozpoznawali mnie na ulicach, a ja bardzo źle to zniosłam. Teraz, 16 lat później, nie boję się tego, co ludzie o mnie pomyślą, jak mnie ocenią, co o mnie napiszą. Wtedy nie zgodziłam się na kontrakt fonograficzny, który miał ze mnie zrobić “polską Adele”. Dzisiaj ja tym zarządzam, z pomocą bliskich i zaufanych osób. Mój album pojawił się teraz, kiedy ja jestem w stanie poświęcić na niego czas i nie cierpi na tym nikt inny oraz nikt nie narzuca mi, co powinnam nagrywać, żeby się sprzedać. Czuję ogromną swobodę artystyczną, jestem sobą. Tym razem stworzyłam album z producentem, który zaakceptował mnie w całości, nie chciał mnie zmieniać. Dowiedziałam się o sobie, że jestem odpowiednia, wystarczająca, że mogę, a wręcz powinnam wyrażać swoje zdanie. Dzięki temu przestałam się wstydzić.

Czy w tym czasie pojawiły się jakieś momenty procesu twórczego, które były dla Ciebie przełomowe – jeśli tak, to co to było?

Oczywiście! Zależało mi na tym, żeby utwory miały formy piosenkowe, ale bardzo nie chciałam, by forma i wymogi radiowe zdominowały brzmienie, teksty i aranżacje. To się udało, wiele piosenek trwa dłużej niż 3:30, w niektórych refren pojawia się dopiero po dwóch minutach, w wielu z nich są długie wstępy wprowadzające w klimat. Łukasz (producent) jest na tyle uzdolniony i otwarty, że chętnie podejmował się wyzwań w stylu orkiestracja (smyki, instrumenty dęte), duże zmiany dynamiczne, odważne brzmienia. Postanowiłam pewne tematy nazwać wprost słowami, chciałam też, by ruch melodii współgrał z tekstami. Tworzenie płyty „Hiperfiksacja” uświadomiło mi, że sztuka nie ma być wygodna, a prawdziwa, mody przemijają, a artysta musi wyrażać siebie. Inaczej po co w ogóle tworzyć?

Co według Ciebie jest największą wartością albumu „Hiperfiksacja”? Czy jest coś, za co szczególnie cenisz wszystkie piosenki, które się na niego złożyły?

„Hiperfiksacja” jest koncept albumem, a nie ciągiem piosenek. Od początku single, które wrzucałam na YouTube i streamingi były publikowane według zamysłu, pokazując kolejne fragmenty historii. Uważam, że dopiero teraz słuchacz może zrozumieć moją opowieść. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam swoje przeżycia oddać muzyką, że teraz można ze mną spędzić 35 minut i stwierdzić, że też odczuwa się podobne emocje.

Za produkcję muzyczną odpowiadał Łukasz Snajpi Stępniewicz. Jak oceniasz jego realny wpływ na to, co tworzysz i później starasz się przekazać w konkretnej formie słuchaczowi? Czy współpraca z nim czegoś Cię nauczyła, a może nawet pozwoliła Ci się rozwinąć?

Nigdy wcześniej nie pracowałam z kimś tak otwartym i kreatywnym, jednocześnie posiadającym wiedzę, doświadczenie i brak strachu w tworzeniu. Snajpi niczego się nie boi, do nikogo nie próbuje dopasować, potrafi oddać się muzyce i słuchać artysty, z którym pracuje. Jest też bardzo uzdolniony, jeśli chodzi o wizualną stronę muzyki – potrafi oczami wyobraźni zobaczyć obraz do utworu, co więcej, nagrać swój pomysł i zmontować. To oczywiście wynika z jego wcześniejszych doświadczeń i produkcji (Majka Jeżowska, Izabela Trojanowska, Jacek Kawalec, Krzysztof K.A.S.A. Kasowski, Letni, Edyta Strzycka). Myślę, że przy współpracy z każdym z tych artystów Snajpi szukał odpowiedniego brzmienia, dynamiki, wrażliwości, nie dominował nad produkcją, tylko czuwał, by była w tym odpowiednia energia, a sam proces tworzenia sprawiał przyjemność. Tak było również w przypadku „Hiperfiksacji”. Mówimy tutaj o współtworzeniu, a to jest bardzo rzadkie. Unikatowe wręcz. Rozwinęłam się w tej relacji jako artystka, rozwinęłam się również jako człowiek.

 

fot. okładka płyty

Jak oceniasz nowy album w odniesieniu do Twojej wcześniejszej twórczości? Czy jesteś w stanie jeszcze identyfikować się ze swoimi poprzednimi albumami?

Na każdym albumie słychać kolejne etapy mojego rozwoju i jestem dumna z tego, że je zapisałam dźwiękami. Bez wątpienia „Hiperfiksacja” podoba mi się najbardziej z moich albumów. Myślę, że jest moją najważniejszą płytą. Żadnemu wcześniejszemu producentowi nie opowiedziałam tak dokładnie, czego słuchałam w okresie dojrzewania, czego słuchałam kiedy nikogo koło mnie nie było, na jakich koncertach w życiu zmieniło się we mnie wszystko, które albumy wielkich twórców są dla mnie kluczowe, z czym się identyfikuje pomimo upływu lat. Nie zapomniałam o tym pomimo wielu lat współpracy z innymi artystami jako muzyk akompaniujący, pomimo występów telewizyjnych, pomimo próby przekonywania mnie przez innych, że do branży muzycznej należy się dopasować. Nie należy. 🙂

Nowy album zanurza się w rocku i elementach alternatywy – jak łączy się to z Twoimi inspiracjami? Czy jest coś, co obecnie szczególnie interesuje Cię w muzyce?

Tutaj warto zawrócić na chwilkę do przełomu wieków, lat 2000-2010, i tego, skąd pochodzę muzycznie. W czasie, kiedy kształtował się mój gust chodziłam do ogólnokształcącej szkoły muzycznej II stopnia. W ramach zajęć przygotowywałam wiele jazzowych utworów na saksofon, ćwiczyłam na fortepianie, uczyłam się śpiewu klasycznego, dyrygentury, grałam w big-bandzie i śpiewałam w chórze. Dzięki rodzicom miałam w domu bardzo dużo płyt CD, a tata prawie codziennie grał w domu na gitarze elektrycznej, tak po prostu, dla siebie. Słyszałam to zza ściany. Kiedy chciałam posłuchać nowej płyty Linkin Park, tata dawał mi też do posłuchania Queen i Pink Floyd. Jak miałam okres zakochania w dzikości punk-rocka to nie mogłam słuchać tylko polskiego, miałam poznać korzenie tej muzyki. Kiedy miałam 15 lat pojechałam pierwszy raz sama pociągiem na Woodstock do Kostrzyna – od tego czasu czasu jest to dla mnie najważniejszy w Polsce festiwal. Pierwsze dredy miałam na głowie również w wieku 15 lat, pamiętam, że powrót po wakacjach do szkoły z nową fryzurą nie spotkał się z aprobatą dyrekcji. Glany i plecak kostka towarzyszyły mi do końca liceum, dopiero studia z saksofonu jazzowego zamknęły pewien etap. Podobnie jak wiele branżowych doświadczeń, bo pracuję czynnie w zawodzie od 18 roku życia. Zapomniałam na jakiś czas, dlaczego tak ciągnęło mnie do muzyki rockowej, dorastałam i skupiłam się na pracy, na utrzymaniu, na tym, na czym każdy dorosły człowiek skupić się musi. W swoich albumach przemycałam swoje poglądy, jednak za mocno ulegałam modom, czy pomysłom innych. Tym razem chciałam nawiązać do swoich pierwszych inspiracji.

 

Jak liczne współprace z innymi artystami wpłynęły na Twój rozwój jako twórczyni i człowieka? Czy są artyści, z którymi miałaś kontakt, a które wywarły na Tobie szczególne wrażenie?

Osobą, która miała na mnie największy wpływ artystyczny jest Leszek Biolik. Nie wiem nawet, czy on o tym wie… moja współpraca z nim zaczęła się w momencie, gdy opublikowałam pierwszy utwór kolektywu Slavic Jazz Underground pod tytułem Pełnia. Tworząc ten utwór miałam bardzo wyraźną wizję, wręcz fiksację. Leszek dotarł do tego utworu i zaproponował mi współpracę przy rockowych projektach. Dzięki niemu zaśpiewałam na największych salach koncertowych w Polsce, również dzięki tej współpracę miałam okazję śpiewać z Piotrem Roguckim, Renatą Przemyk, Kubą Badachem i Michałem Wiraszko. Ta współpraca przypomniała mi o moich korzeniach muzycznych, dodała odwagi, a w konsekwencji była impulsem do tworzenia „Hiperfiksacji”.

Kolejną ważną współpracą jest wieloletnie koncertowanie z Majką Jeżowską oraz wspólny utwór Skazana. Dzięki koncertom z Majką nabrałam pewności siebie oraz odwagi scenicznej. W tej pracy poznałam Łukasza Snajpiego Stępniewicza, a to zaowocowało albumem, o którym dzisiaj rozmawiamy.

Osoba, która otworzyła mnie scenicznie to Nick Sinckler – jego amerykańska swoboda i dojrzały język muzyczny nauczyły mnie, że nie ma na scenie rzeczy niemożliwych, a ja mam prawo również być swobodna.

Ważnym momentem mojego rozwoju jest współpraca z Karrot Kommando, z Pablopavo, wybitnym pisarzem i autorem tekstów oraz z zespołem Duberman. Dzięki współpracy z Karrot Kommando wydałam trzy różnorodne albumy, na kolejnych udzieliłam się wokalnie, dotarłam koncertowo z muzyką do Japonii, Gruzji i na wyspy Kanaryjskie.

Do dzisiaj słychać na koncertach zespołu Tabu moje chórki – zachęcam do posłuchania ich na żywo, takiej energii w tym kraju nie ma nikt.

Te wszystkie współprace spowodowały, że jestem członkiem ZAIKSu i jestem dumna z tego, ile utworów skomponowałam i współkomponowałam oraz ile z tych utworów dotarło do list przebojów i koncertów telewizyjnych.

Jak oceniasz miejsce, w którym obecnie się znajdujesz jako artystka? Czy w tym kontekście czujesz poczucie spełnienia, czy raczej nadal dopada Cię niepewność? Czy czujesz, że wciąż musisz walczyć o uwagę słuchaczy?

Jestem bardzo spełniona. Wiem, że mam stałych słuchaczy. Wiem, że są wokół mnie ludzie, którzy we mnie wierzą. Moje kolejne albumy zawsze pozwalają mi dotrzeć do kolejnych ludzi czujących tak jak ja. Jestem za to wdzięczna, za każde odsłuchanie mojej muzyki, to najlepsze co może spotkać twórcę. Jestem żywym dowodem na to, że liczy się realna komunikacja i wierni odbiorcy, relacje, ludzie. Jestem tam gdzie chciałam być.

Jak ważne są dla Ciebie koncerty? I jak przygotowujesz sceniczną wersję utworów, które znalazły się na albumie „Hiperfiksacja”?

Jestem po premierowym koncercie w Warszawie, miałam zaszczyt zagrać go ze znakomitymi muzykami, którzy wyrazili chęć dalszej współpracy, nawet namawiają mnie do tego, bym zorganizowała więcej możliwości spotkań koncertowych. Patrząc na to, w jakich miastach jest odtwarzany mój album (dzięki premierze mam dostęp do jakichkolwiek danych na ten temat) wiem, że mogłabym wystąpić w większych miastach w Polsce na solowym koncercie, zaczynam wierzyć w to, że warto wyruszyć w trasę koncertową. Nie myślałam o tym wcześniej ale odbiór płyty mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, podobnie jak odbiór koncertu warszawskiego. Oczywiście na plus! Powiem więcej, nie spodziewałam się, że tyle osób się tym zainteresuje. To napędza mnie do dalszego działania, uwierzyłam w „Hiperfiksację” mocniej. Chcę więcej!

 

Lena Romul – „Hiperfiksacja” [RECENZJA]

Zostaw odpowiedź