Retrofuturystyczna podróż przez dźwięki. LOVER – „Technicolor” [RECENZJA]

Nasz ocena

„LOVER – Technicolor” to album powstały na styku elektroniki i rocka, inspirowany klasyczną muzyką syntezatorową, soundtrackami horrorów i science fiction z lat 70. i 80., a także muzyką znaną z gier wideo. Poniżej znajduje się nasza recenzja tego zaskakująco dobrego projektu.

fot. okładka albumu

Recenzja płyty „Technicolor” – LOVER (2026)

Projekt to ambitny, a co najważniejsze – w pełni udany. Filmowo prowadzone motywy, osadzone w klasycznych formatach muzyki syntezatorowej, stanowią jedynie część albumu „Technicolor” twórcy występującego pod pseudonimem LOVER. Całość spowija gęsty, nasycony klimat, który może przywoływać ducha elektroniki lat 70. i 80., jednak ważniejsze pozostaje jego umiejscowienie w wyraźnie zindywidualizowanej przestrzeni. To właśnie ona nadaje materiałowi dodatkową wartość – przeszłość zostaje tu przefiltrowana przez współczesną wrażliwość i wzbogacona o retrofuturystyczny, momentami lekko rockowy, a co za tym idzie, co nadaje materiałowi żywy wyraz artystyczny.

Pewne zapożyczenia nie ujmują charakterowi tego wydarzenia. LOVER zresztą nie ukrywa własnych inspiracji, otwarcie się do nich odwołując. Wśród nich wymienia takich wykonawców jak Klaus Schulze, Kraftwerk, Jean-Michel Jarre czy kompozytor muzyki filmowej Hans Zimmer. Można również dostrzec tu echa „kinowego” oblicza Daft Punk, czyli ścieżki dźwiękowej „Tron: Legacy”, która stała się jednym z najbardziej sugestywnych przykładów syntezy elektroniki i monumentalnej narracji (tu bez orkiestracji, ale z wyraźnym sznytem głębokiego urzeczywistniania stylowej wizji – „Now Fade”).

Być może te skojarzenia wydadzą się zbyt daleko idące w kontekście „Technicolor”, jednak chodzi przede wszystkim o sposób projekcji dźwięku: akcentowanie określonych pasaży, budowanie napięcia i operowanie przestrzenią. To podejście do muzyki jak do modelu o niemal filmowej konstrukcji, niepozbawionego subtelnego patosu, ale jednocześnie wyważonego pod względem użytych środków.

Rozmach w tym przypadku nadaje intensywności, nawet jeśli momentami wyczuwalna jest soundtrackowa strategia budowania brzmienia. Znakomicie słychać to w potężnym „Night Was The Black Dawn”, gdzie rockowa energia nabiera niemal obezwładniającej siły. Podobnie dzieje się w mocniejszym utworze „Aura Serpentine”, który trochę zachwiał konceptualny styl całego przedsięwzięcia. Twórca nie rezygnuje jednak z melodyki, utrzymującej się na powierzchni nawet w bardziej wyważonych, choć wciąż podszytych niepokojem fragmentach („The Vanishing”). Bardzo dobrze wypadają również punkty styczne z estetyką starych filmów grozy („March Of The Dead”). Trudno natomiast mówić tu o wyraźnych strukturach piosenkowych. Czy działa to na niekorzyść albumu? Wręcz przeciwnie – to niedopowiedzenie, zanurzone w mroku i konsekwentnie formowanej adaptacji, okazuje się jednym z jego atutów.

„Technicolor” LOVERa to doskonale przemyślany i ukazany kierunek muzyczny, który intryguje od pierwszej do ostatniej instrumentalnej suity. Choć nie brakuje tu odniesień do nurtów obecnych w elektronice od dekad, bez trudu można dostrzec wyczulenie na detal i znamienne wydobycie najcenniejszych elementów syntezatorowych struktur, podbitych rockową iskrą. Jak na debiut – rzecz znakomita i zdecydowanie warta uwagi. To album, który aż prosi się o wydanie winylowe.

Łukasz Dębowski

 

Na styku elektroniki i rocka. LOVER z albumem „Technicolor” [PREMIERA]

Zostaw odpowiedź