Mr Lonely – „Mr Lonely” [RECENZJA]

Nasz ocena

Mr Lonely to krakowski zespół, który wyłonił się z chaosu bluesowych dźwięków gitar i jazzowych melodii instrumentów dętych, zanurzonych w rockowej energii. 13 lutego 2026 ukaże się ich debiutancki album.

fot. okładka albumu

Recenzja płyty „Mr Lonely” – Mr Lonely (2026)

Jak połączyć jazzową swobodę i artystyczną otwartość z bluesowo-rockowym charakterem autorskiej muzyki, w której dęciaki istotnie urozmaicają brzmienie poszczególnych kompozycji? Zespół Mr Lonely zdaje się znać odpowiedź na to pytanie. Większą część debiutanckiego albumu oparto tu na nieoczywistych harmoniach oraz bogatej kolorystyce dźwięków, podanych w organicznym, naturalnym anturażu, bez nadmiernego cyzelowania całości na etapie produkcji. Dzięki temu otrzymujemy dosyć surowe utwory, które bronią się pomysłem, żywą projekcją oraz dużą żarliwością – cechą wyraźnie obecną w estetyce krakowskiego bandu.

Chociaż projekt opiera się na solidnych fundamentach profesjonalizmu, zespół chętnie bawi się formułą, wychylając się poza oczywiste założenia. Ogrywanie materiału jest w pełni świadome i bezpośrednio odsłania to, co gra w ich duszach. Ostatecznie nie chodzi jednak wyłącznie o dobrą zabawę – choć „Long Way Home” buja wyjątkowo przyjemnie – lecz także o głębsze emocje, wyraźnie obecne w lekko grunge’owym, podszytym psychodelią „Humming Spirals”.

Całość osadzona jest więc w precyzyjnie zarysowanych rolach poszczególnych instrumentów, które wspólnie kreują spójną, autonomiczną rzeczywistość. I nawet jeśli elegancji dodają tu przede wszystkim jazzujące dęciaki, efekt wypada przekonująco, bo każdy z muzyków bezbłędnie odnajduje się w przyjętej strategii. W takich momentach kompozycja urzeka piosenkową melodyką, większą przejrzystością oraz wciąż bardzo dobrym zgraniem („Little Truth”).

Nic w ich muzyce nie jest oczywiste – za każdym razem panowie poszukują idei, która realnie wpływa na kształt poszczególnych kompozycji. Bo jak inaczej odnieść się do stylowego, niewspółcześnie zaprezentowanego numeru „Something Between Us” o rock’n’rollowym zacięciu? Eklektyczne zestawienie utworów nie każdemu musi przypaść do gustu, nie odbiera to jednak materiałowi energii i wigoru, zdolnych dostarczyć wielu pozytywnych wrażeń. I to niezależnie od celowo niewygładzonego brzmienia, wyczuwalnego nawet w lżejszych fragmentach („The Cover”).

Mr Lonely jest jak dobrze naoliwiona maszyna, która dopiero nabiera rozpędu, a najlepsze wciąż pozostaje przed nimi. W ich muzyce nie brakuje doskonale ukierunkowanej energii, która z czasem może zyskać jeszcze większą oryginalność, przekładającą się na finezję przyszłych dokonań – bo kreatywności odmówić im nie sposób. Debiutancki album szczególnie dobrze odnajdzie się w koncertowych realiach, gdzie ta żywa materia wybrzmi najpełniej, choć już same nagrania potrafią skutecznie oddać ten klimat.

Łukasz Dębowski

 

fot. K. Cembrowski

 

Zostaw odpowiedź