,

Grzegorz Kupczyk – „Aperitif” [RECENZJA]

Grzegorz Kupczyk od ponad czterech dekad pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego rock/metalu. Tym razem jednak legendarny wokalista Turbo i lider CETI postanawia spojrzeć na swoją muzyczną drogę z nieco innej perspektywy. „Aperitif”, to dziesięć premierowych kompozycji, w których doświadczenie spotyka się z potrzebą artystycznej swobody.

fot. okładka płyty

Nasza ocena:

Grzegorz Kupczyk od ponad czterech dekad pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego rock/metalu. Tym razem jednak legendarny wokalista Turbo i lider CETI postanawia spojrzeć na swoją muzyczną drogę z nieco innej perspektywy. „Aperitif”, to dziesięć premierowych kompozycji, w których doświadczenie spotyka się z potrzebą artystycznej swobody.

Recenzja płyty „Aperitif” – Grzegorz Kupczyk (Mystic Production, 2026)

Grzegorz Kupczyk na „Aperitif” pokazuje się z nieco innej strony, niż mogliby oczekiwać słuchacze kojarzący go przede wszystkim z cięższym repertuarem Turbo czy CETI. W końcu po to nagrywa się solowe płyty, by nie odcinać kuponów od wcześniejszych projektów. Artysta nie wyrzeka się jednak własnych korzeni, lecz poszerza perspektywę i zwraca się ku bardziej melodyjnej odmianie rocka. Jest tu sporo klasycznego hardrockowego kolorytu, ale też wyraźna potrzeba swobodniejszego traktowania gatunkowych ram.

Kupczyk nie koncentruje się wyłącznie na ciężarze i metalowej ekspresji. Daje sobie więcej miejsca na melodykę, wokalne harmonie i kompozycje, których siła tkwi przede wszystkim w większej przystępności, przez co może czasami pojawia się zbyt piosenkowa swoboda. Co istotne, podobną lekkość da się wyczuć również w warstwie tekstowej. Zamiast konsekwentnie podążać w stronę mroku i buntu, artysta zwraca się ku codzienności, relacjom i przyjemności czerpanej z życia („Ostatni most”). Nie jest to może najbardziej oczywisty kierunek dla muzyka o takim dorobku, ale za to „Aperitif” ma w sobie coś świeżego. Czy każdemu musi to odpowiadać? Na pewno pojawią się zarzuty pod adresem legendarnego muzyka, że to już nie jest to, co kiedyś. No, ale przecież właśnie o to chodzi, żeby nie kopiować siebie z przeszłości.

Już tytułowa kompozycja dobrze wprowadza w charakter albumu, nie próbując od pierwszych sekund narzucać słuchaczowi tonażu właściwego klasycznemu heavy metalowi. Więcej tu przestrzeni, melodyjnego prowadzenia i kompozycyjnej dyscypliny, która nie pozwala gitarom przesadnie się rozpanoszyć. Później materiał nabiera energii, a „Ostatni most” czy „Dach” (z udziałem Ani Rusowicz) pokazują, że artysta nie rezygnuje zupełnie z mocniejszego gitarowego uderzenia. Szczególnie interesująco wypadają momenty, w których kompozycje zmieniają dynamikę i pozwalają poszczególnym instrumentom zaznaczyć nieco wyraźniejszy ślad.

Nie chodzi zresztą o demonstrację warsztatu, choć ten jest bezdyskusyjny, lecz o umiejętne rozłożenie różnych akcentów. Duża w tym zasługa Pawła Oziabły, którego partie gitarowe nadają materiałowi odpowiedniego temperamentu, ale też pozostałych muzyków współtworzących spójną całość. „Aperitif” nie sprawia więc wrażenia solowego przedsięwzięcia zbudowanego jedynie wokół nazwiska wokalisty. To materiał, w którym czuć porozumienie i wspólną koncepcję wykonawczą.

Nie wszystkie utwory podążają przy tym w tym samym kierunku. „Przez mrok” i „Drugi brzeg” uzupełniają bardziej przebojowe oblicze albumu o nieco inne odcienie, natomiast „Party Doll” wnosi do niego sporo rock’n’rollowego luzu. Właśnie takie momenty wydają się szczególnie ważne, bo pokazują, że Kupczyk nie traktuje muzyki jako przestrzeni, w której trzeba nieustannie podtrzymywać powagę. Pozwala sobie on na dystans, a przy tym nie traci własnej tożsamości. Z drugiej strony „Szczur” i zamykający całość „Naznaczony” przypominają o jego mocniejszym obliczu. Zwłaszcza ta ostatnia kompozycja wyraźnie podkręca temperaturę i przywołuje skojarzenia z tym, co w twórczości wokalisty najbardziej zadziorne, zdecydowane i nieustępliwe. Dzięki temu album nie rozmywa się w przewidywalnych motywach, lecz zachowuje odpowiednie proporcje między różnymi odcieniami rockowego języka.

„Aperitif” nie jest płytą, która próbuje na nowo definiować Grzegorza Kupczyka, i chyba nie taki był jej cel. Bardziej interesujące staje się to, że artysta nie zamyka się w repertuarze, z którym przez lata był utożsamiany, a jednocześnie nie musi rezygnować z elementów stanowiących o jego rozpoznawalności. Poza tym nadal najważniejszy pozostaje charakterystyczny głos, który otrzymuje nową oprawę. Dziesięć kompozycji zamkniętych w nieco ponad półgodzinnej formie pozostawia jedynie delikatny niedosyt, choć trudno uznać to za poważną wadę materiału. Być może właśnie ta zwięzłość najlepiej służy jego koncepcji.

To album pozbawiony niepotrzebnego zadęcia, w którym doświadczenie nie oznacza przywiązania do jednego sprawdzonego schematu. Twórca przypomina, że rockowa energia może mieć różne oblicza, a dojrzałość nie musi odbierać muzyce lekkości i polotu. W takim więc wydaniu „Aperitif” smakuje całkiem dobrze.

rec. Łukasz Dębowski


  • Aleksander Dębicz – „12 Dreams for Piano” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej