,

Rebirth – „ON AIR” [RECENZJA]

Młody kwintet jazzowy Rebirth oddaje hołd Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu. Debiutancki album zespołu zatytułowany „On Air” to ukłon w stronę wybitnego saksofonisty, kompozytora i wieloletniego gospodarza radiowych „Trzech kwadransów jazzu”. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa, które jest dostępne na CD oraz pięknie wydanym winylu.

fot. okładka płyty winylowej

Nasza ocena:

Młody kwintet jazzowy Rebirth oddaje hołd Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu. Debiutancki album zespołu zatytułowany „On Air” to ukłon w stronę wybitnego saksofonisty, kompozytora i wieloletniego gospodarza radiowych „Trzech kwadransów jazzu”. Poniżej można znaleźć naszą recenzję tego wydawnictwa, które jest dostępne na CD oraz starannie wydanym winylu.

Recenzja płyty „On Air” – Rebirth (2026)

Można o nich powiedzieć, że są bezczelnie pewni siebie. I słusznie. Sięgając po jazzową klasykę, przede wszystkim kompozycje Jana Ptaszyna Wróblewskiego, nie poprzestają na odtwórczym hołdzie dla mistrza. Wybranym utworom nadają indywidualnego rysu, szukając w nich przestrzeni dla osobistej muzycznej wypowiedzi. Właśnie w tym napięciu między szacunkiem dla tradycji a potrzebą zaznaczenia własnej tożsamości tkwi sens projektu Rebirth. „On Air” pokazuje, że młody kwintet potrafi wejść w dialog z jazzowym dziedzictwem bez kompleksów, a zarazem z wyczuciem, które pozwala mu wydobyć z dobrze znanych kompozycji nowy koloryt. To kolejny ważny krok zespołu, który mimo krótkiego stażu zdążył już zaznaczyć swoją obecność na jazzowej scenie.

Pomijając kwestie związane z nagrodami, które są bezsprzecznie ważne – na przykład w 2025 roku kwintet zdobył laury Junior Jazz Festival – Rebirth zdążył już precyzyjnie określić swój kierunek muzyczny, pozostając jednocześnie otwartym na nowe możliwości i wyzwania związane z dalszym rozwojem. Muzycy pokazują, że kompetencje pozwalają im budować własny język artystyczny, nawet jeśli w niektórych momentach działają jeszcze zbyt intuicyjnie. Nie odbiera to całości dojrzałej wymowy, czego dobrym przykładem jest interpretacja „Zielono mi”. Ze spuścizny Jana Ptaszyna Wróblewskiego wybrali również „Cannonbird” i „Pilnie potrzebna dobra wróżka” – utwory, które doskonale odsłaniają ich umiejętność współdziałania i precyzyjnej koordynacji w ramach całego bandu.

Uwagę zwraca także otwartość na improwizację, pozbawiona potrzeby nadmiernego eksperymentowania, a przy tym pozwalająca zachować indywidualność poszczególnych muzyków. Rebirth potrafi również różnicować emocjonalny charakter interpretacji, budując interesującą narrację w obrębie pojedynczej kompozycji. Potwierdza to udane podejście do „Svantetic” Krzysztofa Komedy.
Warto podkreślić zarówno muzyczne wykształcenie członków zespołu, jak i zdolność świadomego wykorzystania własnych predyspozycji bez popadania w przesadę.

Istotna jest tu również wspólna organizacja przestrzeni artystycznej: nikt nie próbuje wyjść przed szereg, nawet gdy w danym momencie na pierwszy plan wysuwa się sekcja dęta – trębacz Andrzej Frydko i puzonista Tymon Okolus. Skład uzupełniają Leon Jakubek, który przy fortepianie i instrumentach klawiszowych potrafi tworzyć piękne tło, Piotr Golec grający ponadprzeciętnie na kontrabasie i gitarze basowej oraz wyczulony na subtelny rytm perkusista Wojciech Lubczyński. Znaczenie ma dla nich naturalne, a więc tradycyjne brzmienie instrumentów, bez sztucznych zabiegów mających ułatwiać czy upiększać muzyczny przekaz. Liczy się bycie tu i teraz, przy jednoczesnym wyraźnym ukłonie w stronę klasycznego repertuaru. Grupa przekłada ją na świeżą, przestrzenną i nie do końca szablonową formę. Potwierdza to również obecność na albumie „Zarysu” Wojciecha Karolaka, w którym gościnnie pojawia się saksofonista Maciej Kądziela.

Najciekawsze w „On Air” jest to, że Rebirth nie musi uciekać od jazzowej tradycji, by zaznaczyć własną odrębność. Przeciwnie, to właśnie w spotkaniu z repertuarem mistrzów muzycy znajdują obszar dla osobistych decyzji, zespołowej intuicji i swobody, która nie potrzebuje ostentacyjnych gestów. Nie każda interpretacja brzmi tu jak ostatecznie rozstrzygnięta, ale może właśnie dlatego ten album nie sprawia wrażenia zamkniętej deklaracji. Jest raczej zapisem młodego zespołu, który wie, do jakich źródeł chce sięgać, coraz lepiej rozumiejąc, co sam może do nich wnieść. Taka pewność, pozbawiona potrzeby stawiania kropki nad każdym dźwiękiem, bywa w jazzie obiecującym kapitałem.

rec. Łukasz Dębowski


  • Aleksander Dębicz – „12 Dreams for Piano” [RECENZJA]
  • 30-lecie płyty „Wszystko się może zdarzyć” Anity Lipnickiej