Z okazji 20-lecia albumu „DO MI NO” zespołu Pustki ukazało się jego pierwsze winylowe wydanie, a płyta trafiła również do serwisów streamingowych. To dobry moment, by wrócić do historii jednego z ważniejszych albumów w dorobku grupy, ale też przyjrzeć się okolicznościom jego powstania i wydarzeniom, które towarzyszyły wówczas zespołowi. O „DO MI NO”, historii Pustek oraz wielu ciekawostkach związanych z tamtym okresem rozmawialiśmy z Radkiem Łukasiewiczem.
Dlaczego to właśnie trzecia płyta „DO MI NO” zespołu Pustki doczekała się teraz wydania na winylu i w cyfrze?
Dwudziestolecie jest bardzo dobrym pretekstem do tego, żeby ją wskrzesić, bo po pierwsze to ważna płyta, taka pierwsza nasza, która poszła szerzej. A po drugie nie było jej ani w cyfrze, ani też na żadnym nośniku, bo wszystkie nakłady płyt CD się wyczerpały. Nie była od dawna dostępna. Jak ktoś chciał sobie posłuchać, to po prostu nie mógł, więc teraz ukazała się na winylu i w streamingach.
Czyli to nie jest początek większego planu wskrzeszania kolejnych nagrań Pustek? A może gdyby pojawiła się taka okazja, byłbyś skłonny wracać również do starszego materiału?
Dwudziestolecia starszych albumów już były i pojawiły się też próby przywrócenia tych materiałów do cyfrowej dystrybucji. „Studio Pustki” jest zremasterowane w cyfrze, „8 Ohm” też. Nie wznowiliśmy tych płyt na winylach, bo jednak bez wsparcia instytucjonalnego jest trochę ciężko.
Tutaj natomiast Polskie Radio się zadeklarowało, znaleźli czas i pieniądze na winyl i wygląda na to, że na tym nie stracą, więc myślę, że to jest optymalna sytuacja.
Polskie Radio w ogóle wyciąga teraz różne rzeczy z archiwum, pojawiają się kolejne wydawnictwa, więc ktoś tam zaczął o tym myśleć.
Mam jednak wrażenie, że Ty sam stałeś się bardziej zainteresowany wracaniem do rzeczy, które już się wydarzyły. Widać to chociażby po tym, że na Instagramie wrzuciłeś historię utworu Brodki. Lubisz wracać do własnej przeszłości?
To ja bym rozdzielił te dwa światy. Wracanie do starych płyt jest dla mnie po prostu porządkiem we własnej twórczości, we własnym katalogu. Uważam, że fakt, iż przez tak długi czas płyta „DO MI NO” nie była dostępna w żadnej formie, był uchybieniem.
Ale w Zespole Pustki czy wśród byłych członków zespołu jestem w sumie jedyną osobą, która jest aktywna w takich działaniach. W związku z tym ten temat musiał poczekać na moje moce przerobowe.
Czyli Twoje zdanie było najważniejsze, żeby ten album w ogóle się teraz ukazał?
Nie. Zapytałem wszystkich chyba w grudniu zeszłego roku: „Ej, słuchajcie, jest 20-lecie „DO MI NO”, robimy coś?”. Wszyscy byli na tak. Powiedziałem: „Dobra, to pójdę do radia i zapytam, czy chcą zrobić «DO MI NO», a potem je wydać”. Super, będzie winyl. Janek od razu powiedział: „Dobra, to ja zrobię poligrafię”.
To była więc z mojej strony inicjatywa wynikająca przede wszystkim z potrzeby uporządkowania własnej twórczości. Chcę też pokazać ten dorobek nowym odbiorcom, których mam teraz bardzo wielu, między innymi dzięki naszym płytom z Biszem, ale oczywiście także zespołowi Matylda/Łukasiewicz. To są osoby, które kompletnie nie wiedzą, że 20 lat temu nagrywałem płyty, z których jestem dumny.
Próbuję im ten fragment swojej historii trochę przybliżyć. Jest bardzo dużo osób, które myślą, że zacząłem karierę z Biszem albo właśnie z Matyldą. Tymczasem w tym roku obchodzę ćwierćwiecze mojej obecności na scenie. Zacząłem bardzo wcześnie, zaraz po maturze grać koncerty, założyłem Pustki. Ludzie często myślą, że mam na koncie trzy płyty i parę piosenek dla innych artystów.
Uważam, że moją artystyczną odpowiedzialnością jest dbanie o ten tak zwany back catalogue. To trochę jak dbanie o własne dzieci. Chcę o nie zadbać i sprawić, żeby nadal były obecne.
Tym bardziej że jestem z tego dorobku dumny i się z nim utożsamiam. Mój wkład w jego powstanie był naprawdę duży. To są główne powody, dla których chciałem wrócić do „DO MI NO”.
Skoro mówimy o dwudziestoleciu „DO MI NO”, pojawia się naturalne pytanie: czy Pustki mogą jeszcze spotkać się na scenie, choćby z okazji tego jubileuszu?
Nie, myślę, że nie. Zaproponowałem składowi, który nagrywał płytę żebyśmy zagrali „DO MI NO”. Wtedy Pustki tworzyli Janek Piętka, Filip Zawada, Grzesiek Śluz, Basia Wrońska i ja.
Filip, Janek i Grzesiek nie grają już w ogóle muzyki, zajmują się zupełnie czymś innym. Powiedzieli, że nie chcą występować. I rozumiem to, bo stres związany z ponownym wejściem na scenę po latach niewystępowania jest naprawdę ogromny. Dla nich to jest miła przeszłość i zamknięty rozdział. Ja jestem tą osobą, która nadal gra, zakłada nowe zespoły, funkcjonuje na scenie i tak dalej. Basia też jest aktywna, tylko działa z mniejszą częstotliwością i bardziej koncentruje się na swojej działalności solowej.
Skoro Pustki nie zagrają koncertów, znalazłeś własny sposób na świętowanie tego jubileuszu. Powstał projekt, w ramach którego grasz fragmenty „DO MI NO”. Skąd ten pomysł?
Wychodząc naprzeciw tej sytuacji i wiedząc, że Pustki nie zagrają żadnego koncertu, powołałem do życia ten twór: „Radek Łukasiewicz gra fragmenty «DO MI NO»”. Zagrałem już podczas Great September w Łodzi i w radiowej Trójce, gdzie można było usłyszeć sześć utworów z „DO MI NO”, wykonanych przeze mnie solo, na gitarze akustycznej. Zagram też na specjalnej imprezie związanej z festiwalem Inside Seaside.
Robię to po to, żeby nadać celebracji dwudziestolecia trochę większą rangę. Wiadomo, jeżeli pojawiają się występy, ludzie od razu bardziej się tym interesują. Ale jest w tym także moja osobista potrzeba zmierzenia się z tym materiałem po dwudziestu latach. Dzisiaj intensywnie tworzę trochę inne rzeczy, a możliwość przypomnienia sobie tego, co współtworzyłem dwadzieścia lat temu, jest niesamowitą przygodą. Takim przecinkiem w aktualnych działaniach. Tak naprawdę to również duży przywilej, że w ogóle mogę coś takiego zrobić.
Czyli nie traktujesz tych koncertowych wersji jako prostego odtwarzania dawnych piosenek, tylko próbujesz ugryźć je na nowo?
Oczywiście. Przecież części z tych utworów w ogóle nie śpiewałem. Wybrałem takie piosenki jak „Tonie wszystko”, zupełnie nieoczywisty utwór, nie był przecież żadnym singlem ani szczególnie eksponowaną piosenką. Bardzo dobrze gra mi się go z gitarą akustyczną.
Część tych utworów śpiewałem na koncertach Pustek, kiedy Janek już odszedł, ale nie wszystkie. Niektóre może zaśpiewałem raz w życiu. Nigdy właściwie nie wykonywałem ich solo, z gitarą, dlatego jest to dla mnie zupełnie nowy format.
Czy ten projekt będzie żył osobno, czy widzisz możliwość przemycania piosenek Pustek również do swoich innych koncertów, na przykład tych związanych z zespołem Matylda/Łukasiewicz?
Myślę, że nie. Nie proponowałem tego Matyldzie, nie wiem, czy by chciała, ale też nasz świat jest z tak osobny, że nie wiem, czy takie przeszczepy miałyby w ogóle artystyczny sens.
Wolę oddzielić te dwie historie, bo Pustki to jednak pewien zamknięty rozdział, przeszłość, do której można wracać, ale niekoniecznie trzeba ją łączyć z tym, co robię dzisiaj.
„DO MI NO” powstało w bardzo konkretnym momencie historii Pustek. Z jednej strony mieliście za sobą eksperymentalne, instrumentalne poszukiwania, z drugiej zaczęliście mocniej koncentrować się na piosence. Z dzisiejszej perspektywy widzisz ten album jako przełom w działalności zespołu czy raczej efekt wielu intuicyjnych decyzji?
To był taki czas, kiedy po drugiej płycie zaczęliśmy trochę inaczej myśleć o naszej twórczości. Na pierwszej i drugiej płycie rzeczywiście były fragmenty instrumentalne, bo mieliśmy duże ciągoty do improwizacji, do grania długich faz, czy to noise’owych, czy właśnie improwizowanych.
Po płycie „8 Ohm” Przemek Wojcieszek, reżyser filmowy, odezwał się do nas z pytaniem, czy nie skomponowalibyśmy dla niego muzyki do teatru. Zagraliśmy na żywo w spektaklu „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” w TR Warszawa i graliśmy w nim przez dziesięć lat.
To trochę zmieniło nasze myślenie o tej wspólnej, zespołowej twórczości. Okazało się, że te instrumentalne odjazdy mają swoje miejsce gdzie indziej — właśnie w teatrze albo w kinie. Później z Wojcieszkiem zrobiliśmy film „Doskonale popołudnie”. Zresztą jego tytuł wziął się od naszej piosenki z płyty „8 Ohm”.
Te dwa światy zaczęły się więc naturalnie rozdzielać. Muzyka instrumentalna stała się trochę muzyką użytkową, a my mieliśmy pretekst do tego, żeby kolejną płytę zrobić już stricte piosenkową. Uważam, że to było bardzo dobre, mogliśmy skupić się na komunikatywności i przebojowości piosenek. To wyszło dość naturalnie.

fot. materiały prasowe
Przyjęcie „DO MI NO” musiało więc być dla Was ważnym doświadczeniem. Czy spodziewaliście się, że płyta otworzy Wam drzwi do znacznie szerszej publiczności?
Przyjęcie tej płyty bardzo nas zaskoczyło. Pod koniec 2005 roku, wypuściliśmy „Telefon do przyjaciela”, jakoś w październiku, jako pierwszy singiel. W podsumowaniu roku okazał się już alternatywnym singlem roku w Trójce. To dało nam ogromnego napędu.
My już wtedy pracowaliśmy nad całą płytą, ale ten sukces dał nam wiarę, że może ktoś naprawdę chce tej muzyki słuchać. Wydaliśmy album i okazało się, że antena Trójki się dla nas otworzyła. Wcześniej puszczali nas Paweł Kostrzewa w „Trójkowym Ekspresie” czy Agnieszka Szydłowska, ale po „DO MI NO” weszliśmy na tę normalną playlistę, tę największą antenę w ciągu dnia. Tam, gdzie była Madonna i gdzie był Sting. To był przełom. Trójka miała wtedy dużo większą moc niż dziś. Piosenki zaczęły trafiać na Listę Przebojów Trójki, dochodziły tam do wysokich miejsc, a my zaczęliśmy dostawać zaproszenia na festiwale.
Był pierwszy Open’er na Babich Dołach, z dwiema scenami. Wcześniej festiwal odbywał się na Skwerze Kościuszki, a jeszcze wcześniej w Warszawie.
Artur Rojek zaprosił nas też na pierwszy Off Festival. To był dopiero początek, wszystko dopiero raczkowało. Na Off Festivalu grał wtedy T.Love. Był również ważny dla nas festiwal rockowy w Węgorzewie, na który też nas zaproszono. Był jeszcze Przystanek Woodstock, ale tam wtedy nas nie zaproszono i zresztą nigdy nie zostaliśmy tam zaproszeni.
Na tamte czasy to właściwie wyczerpywało festiwalową mapę Polski. Ta scena była wtedy malutka, dlatego zaproszenia na te imprezy były dla nas naprawdę dużym wyróżnieniem. Graliśmy na porządnych scenach, na świetnym sprzęcie, wszystko dobrze brzmiało.
Czyli przełom był widoczny nie tylko w zainteresowaniu mediów, ale też w samej frekwencji na koncertach?
Ewidentnie. Dostawaliśmy zaproszenia na kolejne koncerty, na które przychodziło coraz więcej ludzi. Pierwsze dwie płyty miały swoich wiernych fanów, ale było ich, setka w każdym mieście. Nagle zaczęło przychodzić 200–300 osób.
Dla takiego zespołu jak my to była naprawdę duża zmiana. Graliśmy już w innych salach, na innych warunkach. Po „DO MI NO” znaleźliśmy się w innym miejscu.
Na „DO MI NO” szczególnie mocno wybrzmiewają takie utwory jak „Telefon do przyjaciela” czy „Słabość chwilowa”. Czy już podczas pracy nad płytą myśleliście o potencjalnych singlach, czy najważniejsza była konstrukcja albumu jako całości?
Zdecydowanie konstrukcja całości. Wtedy sprzedawało się płyty i przed ich wydaniem ukazywał się jeden singiel, maksymalnie dwa, a kolejne już po premierze albumu. Może 20 procent działań promocyjnych odbywało się przed premierą, a 80 procent dopiero później.
Dlatego myśleliśmy przede wszystkim całym albumem — jego brzmieniem, konstrukcją i spójnością. Ważne było dla nas to, żeby poszczególne piosenki nie funkcjonowały wyłącznie jako osobne utwory, ale tworzyły całość.
W tekstach jest sporo relacji, samotności, rozczarowania, pewnego rodzaju emocjonalnego zagubienia. Po dwudziestu latach te teksty brzmią dla Ciebie inaczej? Są bardziej dokumentem pewnej epoki Waszego życia czy przeciwnie – odkrywasz w nich rzeczy, które zaskakująco dobrze przetrwały próbę czasu?
Myślę, że udało się nazwać pewne uniwersalne stany związane z rozstaniem w taki sposób, który przetrwał próbę czasu.
Charakter tekstów i kierunek ich tematyki w dużej mierze narzucił Janek. Przeżywał niedawne rozstanie i to wpłynęło zarówno na tematykę, jak i na klimat całej płyty. Mnie łatwo było się z tym utożsamić, bo też znałem ten stan, wiedziałem jakiego rodzaju mogą to być emocje. Ze wszystkich płyt nagranych z Jankiem, na tę miał on mentalnie największy wpływ.
A jak wyglądała relacja między muzyką a tekstem? Co było pierwsze? Z tego, co mówisz, można odnieść wrażenie, że teksty miały duży ciężar i były zaczynem piosenki?
Na tamtym etapie niemal zawsze punktem wyjścia była muzyka.
„Telefon do przyjaciela” powstał z akordów, które grałem sobie na gitarze w 2002 roku. Tematy gitarowe w „Tchu mi brak” wymyśliłem w podobnym czasie. Potem rozwijał to oczywiście cały zespół i dalsza praca miała już charakter wspólny. Inni też przynosili pomysły. Filip zawada przyniósł partie basu na których zbudowaliśmy „Słabość chwilową” czy „Królową Marsa”. Mogę jednak powiedzieć z dużą pewnością, że muzyka u nas właściwie zawsze była pierwsza.
Przy okazji wznowienia wybraliście na single utwory, które nie były wtedy singlami. Czy zależało Wam na tym, żeby pokazać „DO MI NO” z trochę innej strony niż dwadzieścia lat temu?
Chodziło o pokazanie utworów, które nie były singlami 20 lat temu, żeby ugryźć temat z innej strony.
Czy po dwudziestu latach, mając dzisiejsze doświadczenie producenckie, zrobiłbyś tę płytę inaczej?
Myślę, że oryginalne partie są zapisem tamtego czasu. Może trochę inaczej bym zmiksował niektóre momenty, bardziej radykalnie, czasami bardziej brudnych, mocniej podkreślając emocje zawarte w tych piosenkach. Ale ja jestem bardzo krytyczny wobec własnego dorobku, tu i tak mam bardzo mało uwag.
Czyli nie masz potrzeby poprawiania „DO MI NO” jako całości, ale czy są utwory, wobec których po latach masz jednak pewien niedosyt?
Tak. Są dwa utwory na tej płycie, które nie zadowalają mnie w pełni.
Kiedy słyszę „Bałagan”, „Słabość chwilową” czy „Telefon do przyjaciela”, niewiele bym w nich zmieniał. Może dokonałbym jakichś drobnych zmian produkcyjnych, ale generalnie zostawiłbym je w tej formie.
Natomiast „Tchu mi brak” i „Tonie wszystko” to dwa utwory, które zrobiłbym inaczej. Nie dlatego, że nie przetrwały próby czasu, tylko dlatego, że dzisiaj użyłbym do nich innych środków. Namówiłbym zespół, żebyśmy inaczej spróbowali wydobyć z tych piosenek emocje i nadać im trochę inny wymiar.
A czy samo przygotowanie reedycji po dwudziestu latach wiązało się z jakimiś większymi trudnościami? Mam na myśli mastering, oprawę, decyzje dotyczące tego, jak ten materiał powinien dziś funkcjonować.
Jeśli chodzi o szatę graficzną winyla, przygotował ją Janek.
Natomiast oryginalny mastering jest bardzo dobry. Udało mi się namówić Polskie Radio, żeby w 2006 roku przeznaczyło pieniądze na mastering w Hamburgu, u Toma Meyera w studiu Master & Servant. W tamtym czasie to było jedno z najlepszych studiów masteringowych w tej części Europy. Te nagrania cały czas brzmią bardzo dobrze. Przygotowanie materiału na potrzeby cyfrowej dystrybucji, Spotify czy winyla to już natomiast w dużej mierze działania techniczne.
Czy jubileusz „DO MI NO” może być początkiem szerszego porządkowania historii Pustek i Twojej dyskografii?
Dla mnie to ma ogromne znaczenie. Myślę, że z takich punktów do odhaczenia w przyszłości byłyby przede wszystkim winylowe wydania „Końca kryzysu” i „Kalambur”. To są rzeczy, które chciałbym jeszcze zrealizować. Być może dwudzieste rocznice będą do tego dobrą okazją.
Natomiast jest jeszcze jeden materiał Pustek, który do tej pory się nie ukazał. Właśnie teraz, kiedy o tym myślę, przypomniałem sobie, że pochodzi on z okresu „DO MI NO”. Mniej więcej pół roku po wydaniu tej płyty nagraliśmy na zamówienie TVP Kultura muzykę do niemego radzieckiego filmu „Aelita”. To było coś naprawdę super. Powstała odjechana ścieżka dźwiękowa, oparta na muzyce instrumentalnej, miejscami z wokalizą Basi. Ten materiał również nigdy nie został wydany i trzeba się nad tym pochylić. Jeżeli będę miał czas, to się tym zajmę.
Dużo zależy też od tego, jak publiczność będzie reagować na to, co dzieje się teraz wokół Pustek.
Matylda/Łukasiewicz koncertuje bardzo dużo. Widziałem was już trzy razy na żywo i faktycznie widać zainteresowanie tą muzyką. To chyba trochę zaskakujące, że ten projekt dostał tak dużo życia i możliwości?
Tak, gramy dosyć trudną muzykę, radia grają nas dużo mniej, niż kiedyś grały Pustki. Ale mnie interesują przede wszystkim koncerty, na których są tłumy. To jest żywy zespół i na nim się koncentruję.
A masz jeszcze kontakt z byłymi członkami Pustek? Zdarza wam się spotkać, porozmawiać, powspominać?
Odezwałem się do Janka, kiedy graliśmy z Matyldą w Krakowie. Janek tam mieszka, więc udało mi się namówić go na wspólne zdjęcie i nakręcenie filmiku o tym, że będzie winyl.
I to jest chyba szczyt jego możliwości medialnych. Powiedział, że nie chce udzielać żadnych wywiadów i zostawił to na mojej głowie.
Skoro już trochę wychodzimy poza „DO MI NO”, to chciałbym zapytać o moment, w którym Pustki właściwie zawiesiły działalność. Dlaczego do tego doszło?
Basia, kiedy urodziła drugie dziecko, bardzo chciała wydać płytę solową. Przyszła któregoś dnia i powiedziała nam, że odchodzi z zespołu.
De facto, gdyby podejść do tego proceduralnie, Pustki nadal istnieją. W zespole są Grzesiek Śluz i ja. Tyle że my w duecie nigdy niczego nie robiliśmy, ale formalnie zespół nie został nigdy rozwiązany.
Ja byłem wtedy również w bardzo ważnym momencie współpracy z Biszem. Wcześniej wyszła „Wilczy Humor”, przygotowywaliśmy „Ducha oporu”, miałem się czym zająć.
Czyli Pustki były jeszcze wtedy w procesie twórczym? Mieliście już pomysły na kolejną płytę?
Pracowaliśmy nad płytą, której ostatecznie nie dokończyliśmy. Mam w komputerze jeszcze jakieś utwory z tego okresu, jednak później nic z nimi nie zrobiliśmy. Chyba nigdy nie mówiłem o tym w żadnym wywiadzie.
Rozmawiał: Łukasz Dębowski

![Pol Wanda – „Nieba krzyk i król Wiatr” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/08/Pol-Wanda-album.jpg)





Dodaj komentarz