Behemoth prezentuje „I, Scvlptor” – ekskluzywne wydawnictwo, zawierające 8 niepublikowanych utworów – 7 nowych nagrań studyjnych i jeden utwór koncertowy. Czym tym razem zaskoczył zespół? O tym w naszej recenzji.
Recenzja płyty „I, Scvlptor” – Behemoth (Mystic Production, 2026)
Behemoth powraca z wydawnictwem, które trudno jednoznacznie wpisać w klasyczny albumowy schemat. „I, Scvlptor” nie jest bowiem regularną płytą będącą prostą kontynuacją ubiegłorocznego „The Shit Ov God”, choć nie brakuje tu premierowych kompozycji. To raczej świadomie skonstruowana podróż pomiędzy tym, co dla zespołu stanowi teraźniejszość, a tym, z czego wyrósł jego obecny język. Są więc nowe nagrania, ponownie zarejestrowane utwory z początków działalności, interpretacje kompozycji Venom i Bathory, a także alternatywna wersja jednego z premierowych numerów.
Już otwierający całość „I, Scvlptor” pokazuje zespół doskonale znający ciężar własnego brzmienia, ale jednocześnie niepozbawiony potrzeby dalszego poszukiwania. Jest monumentalnie, mrocznie i gęsto, choć nie chodzi tutaj wyłącznie o siłę gitarowego uderzenia. Ważną rolę odgrywa rytm, powtarzalność głównego motywu oraz budowane stopniowo napięcie, które nadaje kompozycji niemal hipnotycznego charakteru. To Behemoth mocno zakorzeniony w swojej współczesnej estetyce, ale niepozbawiony przestrzeni na bardziej atmosferyczne rozwiązania. Sam Nergal określa ten utwór jako metaforę nieustannego kształtowania siebie, co dobrze współgra z ideą całego wydawnictwa.
Jeszcze ciekawiej robi się w „Lord ov the Horizons”, gdzie pojawia się element, którego po grupie niekoniecznie można się spodziewać. Początek opiera się na bardziej stonowanej, niemal posępnej narracji, a Nergal sięga po czystsze, quasi-śpiewane partie. Nie jest to jednak próba radykalnego odcięcia się od dotychczasowego stylu, lecz raczej pokazanie, że w jego ramach wciąż można znaleźć inne środki ekspresji. Późniejsze przyspieszenie, mocniejsze partie wokalne i gitarowe dopełniają konstrukcję, dzięki czemu kompozycja nie pozostaje jedynie eksperymentem, ale zyskuje własną dramaturgię. Co ciekawe, utwór powstał jeszcze w 2021 roku i długo czekał na właściwy moment, by ujrzeć światło dzienne.
Pomiędzy tymi premierowymi propozycjami pojawiają się dwa utwory, które przenoszą nas znacznie dalej w przeszłość. „Rise of the Blackstorm of Evil” pochodzi z najwcześniejszego okresu działalności grupy, natomiast „In Thy Pandemaeternum” reprezentuje już etap „Pandemonic Incantations”. Oba nagrania zostały zarejestrowane na nowo, ale nie chodzi tutaj o mechaniczne odtworzenie dawnych pomysłów przy użyciu współczesnej produkcji. Szczególnie pierwsza z tych kompozycji otrzymała wyraźnie zmienioną oprawę aranżacyjną, zachowując przy tym rozpoznawalny szkielet oryginału. To interesujące zderzenie, bo pokazuje nie tylko różnicę techniczną dzielącą oba okresy.
Warto zatrzymać się również przy „Begotten”, czyli kompozycji powstałej podczas sesji do „The Shit Ov God”, która ostatecznie nie znalazła się na tamtym albumie. I trudno uznać to wyłącznie za przypadkowy odrzut. Utwór rzeczywiście wyróżnia się na tle ubiegłorocznego materiału, wprowadzając bardziej chwytliwy motyw i pewne skojarzenia z estetyką new wave oraz post-gotyckim klimatem. Nie oznacza to oczywiście odejścia od ciężaru, bo Behemoth nadal pozostaje tutaj bezkompromisowy, ale sposób prowadzenia kompozycji jest nieco inny. Właśnie ta odmienność sprawia, że „Begotten” dobrze odnajduje się na „I, Scvlptor”, gdzie nie musi już podporządkowywać się koncepcji poprzedniej płyty.
Drugą część wydawnictwa wypełniają dwa hołdy dla zespołów, które odegrały ważną rolę w kształtowaniu ekstremalnego metalu. „In League With Satan” zespołu Venom otrzymuje charakterystyczny dla Behemotha ciężar, a dodatkowego kolorytu nadaje mu obecność Shagratha z Dimmu Borgir. Koncertowy charakter ma natomiast „The Return of Darkness and Evil” Bathory, zarejestrowany na żywo z udziałem Sakisa Tolisa z Rotting Christ. Tutaj liczy się przede wszystkim energia wykonania i surowość, której nie sposób pomylić ze studyjną perfekcją. Oba wybory mają zresztą logiczne uzasadnienie – są ukłonem w stronę źródeł, z których Behemoth czerpał na początku swojej drogi.
Na końcu pozostaje jeszcze alternatywna, surowiej brzmiąca wersja „Lord ov the Horizons”. Dla najbardziej zagorzałych fanów może być interesującym dodatkiem, pozwalającym spojrzeć na tę kompozycję z nieco innej perspektywy, choć w kontekście całego wydawnictwa trudno traktować ją jako równie istotny element jak premierowe utwory czy ponowne nagrania dawnych kompozycji. Z drugiej strony właśnie takie szczegóły pokazują, że „I, Scvlptor” zostało pomyślane również jako rodzaj zajrzenia za kulisy procesu twórczego.
Największą siłą tego wydawnictwa jest więc jego niejednoznaczność. Nie dostajemy kolejnego pełnowymiarowego albumu, który można bezpośrednio zestawić z poprzednimi płytami Nergala i spółki. Nie wszystkie elementy mają tutaj identyczną siłę, bo jest różnorodnie. Zespół nie odcina się od własnych korzeni, lecz wykorzystuje je jako materiał do dalszego kształtowania muzycznej tożsamości. W tym sensie tytuł okazuje się wyjątkowo trafny – Behemoth wciąż coś rzeźbi, tyle że tym razem z materii złożonej z własnej przeszłości, obecnych możliwości i kilku nieoczywistych pomysłów. To nie kolejny monument postawiony w dyskografii zespołu, lecz interesujący zapis momentu, w którym doświadczony twórca ponownie bierze do ręki dłuto. Dla fanów na pewno będzie to zaskakująca ciekawostka.
rec. Łukasz Dębowski

![Pol Wanda – „Nieba krzyk i król Wiatr” [RECENZJA]](https://polskaplyta-polskamuzyka.pl/wp-content/uploads/2026/08/Pol-Wanda-album.jpg)





Dodaj komentarz